Wędrówka przez „Boską komedię”

Wędrówka przez „Boską komedię”

Od śmierci Dantego minęło właśnie 700 lat. Włosi świętują ten jubileusz już od roku, prześcigając się w pomysłach na uczczenie pamięci człowieka uznawanego za ojca języka włoskiego, twórcy wiekopomnej „Boskiej komedii”.

Zacznijmy od tego, że Dante napisał utwór pod tytułem „Komedia” (La Commedia). Przymiotnikiem „boska” obdarzyli ją zachwyceni potomni. Dzieło powstawało w latach 1308-1321, po raz pierwszy drukiem ukazało się w 1472 roku. Pod tytułem „Boska komedia” utwór ukazał się dopiero w 1555 roku. Zgodnie z zasadami średniowiecznej retoryki komedia był to utwór, który smutno się zaczynał, a dobrze kończył.

A zaczynał się naprawdę srogo. Przedstawiamy pierwsze słowa utworu w trzech różnych tłumaczeniach na język polski, w każdej jednak sytuacja wygląda równie groźnie.


„Z prostego toru w naszych dni połowie
Wszedłem w las ciemny; jaka gęstwa dzika,
Jakie w tym lesie okropne pustkowie,
Żyjący język tego nie wypowie;
Wspomnienie gorzkie i zgrozą przenika,
Śmierć odeń gorzką nie więcej być może.
Lecz o pomocach mówiąc dobroczynnych,
Jakie spotkałem, zszedłszy w to rozdroże,
Powiem, com widział, wiele rzeczy innych.”
(Tłumaczenie: Julian Korsak, 1807-1855)

„W połowie drogi naszego żywota
Wpośród ciemnego znalazłem się lasu
Albowiem z prostej zbłąkałem się ścieżki.
O jakże ciężko teraz wypowiedzieć,
Jak ten las dziki, gęsty i ponury;
Wspomnienie samo wznawia strach okropny,
Że śmierć zaledwie okropniejszą będzie.
Lecz, bym o skarbie owym opowiedział,
Który w tym lesie znalazłem, - opowiem
o innych rzeczach, które tam spotkałem.”
(Tłumaczenie: Antoni Stanisławski, 1817-1883)

„W życia wędrówce, na połowie czasu,
Zniesiony stopą w obłędne koleje,
Pośród ciemnego znalazłem się lasu.
O, jakże ciężko wysłowić tę knieję
Te puszcz pustynnych zaciernione dzicze!
Kiedy przypomnę, dusza mi truchleje.
Gorzko, - śmierć chyba większe zna gorycze;
Lecz dla korzyści, dobytych z przeprawy,
Opowiem boru rzeczy tajemnicze”
(Tłumaczenie: Edward Porębowicz, 1962-1937)

Potem wcale nie było lepiej. Dante wprawdzie spotkał Wergiliusza, ale ten oświadczył, że nie czas na pogawędki, przed nimi bowiem niełatwa wyprawa. Razem przejdą przez Piekło i Czyściec. Do Raju wprowadzi Dantego ukochana Beatrice, zanim to jednak nastąpi, czas na większe emocje, czyli wędrówki piekielno-czyścowe. A na początek przekroczenie bramy piekieł (pieśń III).

„Przeze mnie droga w gród łez niezliczonych,
Przeze mnie droga w boleść wiekuistą,
Przeze mnie droga w naród zatraconych.
Mój budowniczy był wzniosłym artystą,
Sprawiedliwości dna grunt mój dosięga.
Mnie zbudowała wszechmocna potęga,
Mądrość najwyższa, miłość samodzielna.
Przede mną rzeczy nie było stworzonych,
Prócz nieśmiertelnych, i jam nieśmiertelna!
Wchodzący we mnie zostawcie nadzieję.”
(tłum. J. Korsak)

„Przeze mnie wchodzisz do grodu strapienia.
Przeze mnie wchodzisz do wiecznej boleści.
Przeze mnie wchodzisz między lud zgubiony!
Twórcę mojego Sprawiedliwość wiodła:
Mnie zbudowała tu Potęga Boska,
Mądrość Najwyższa i Miłość Przedwieczna,
Przede mną rzeczy stworzonych nie było.
Prócz tych, co wieczne, - i ja trwam na wieki!
Rzucajcie wszelką nadzieję, wchodzący!”
(tłum. A. Stanisławski)

„Przeze mnie droga w miasto utrapienia,
Przeze mnie droga w wiekuiste męki,
Przeze mnie droga w naród zatracenia.
Jam dzieło wielkiej, sprawiedliwej ręki
Wzniosła mię z gruntu Potęga wszechwłodna
Mądrość najwyższa, Miłość pierworodna.
Starsze ode mnie twory nie istnieją,
Chyba wieczyste, - a jam niepożyta.
Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją.”
(tłum. E. Porębowicz)

Dalej będzie jeszcze ciekawiej, ale nie zdradzimy wszystkich pikantnych szczegółów. Powiedzmy tylko, że piekło ma kształt ogromnego stożka zwężającego się ku dołowi – im niżej, tym większy kaliber przewinień. Kolejne kręgi piekielne przynoszą coraz większe grzechy, a na samym dole Lucyfer. Podczas wędrówki Dante i Wergiliusz spotykają różne znane postacie, również te prawdziwe, znane z historii. Dante nikogo nie oszczędzał. Krótko mówiąc, dzieje się tam, oj, dzieje! W końcu stąd właśnie pochodzi zwrot „sceny dantejskie”, czyli przerażające, straszne, budzące grozę…

Kręgów piekielnych jest dziewięć, a w nich grzesznicy starannie pogrupowani według zła, które czynili:
  • krąg 1 – zaczyna się łagodnie, tu znajdują się dusze nieochrzczonych dzieci oraz porządnych ludzi, których przewinieniem był brak chrztu;
  • krąg 2 – miejsce dla tych, którzy nie potrafili zapanować nad zmysłami
  • krąg 3 – spotkanie z tymi, którzy nie znali umiaru w jedzeniu i piciu
  • krąg 4 – ci, którzy nie znali umiaru z pieniędzmi, czyli skąpcy i rozrzutnicy
  • krąg 5 – gniewni, leniwi, zazdrośnicy, pesymiści
  • krąg 6 – heretycy, którzy zaprzeczali istnieniu duszy
  • krąg 7 – gwałtowni wobec siebie, innych ludzi oraz wobec Boga
  • krąg 8 – rozmaici oszuści, uwodziciele, lichwiarze, fałśzerze itp.
  • krąg 9 - zdrajcy
Poemat składa się z trzech części: Piekła, Czyśćca i Raju. Każda część składa się z 33 pieśni (plus pieśń wstępna, przedpiekielna), co razem daje 100 pieśni w całym utworze. Dante napisał swe arcydzieło jedenastozgłoskowcem i opowiedzenie całej historii zajęło mu 14 233 wersy. Do jej napisania potrzebował ponad 27 tysięcy słów. W jego utworze znalazło się miejsce i dla wyszukanego słownictwa dworskiego, i dla mowy potocznej, dialektyzmów, zapożyczeń, a nawet własnych neologizmów. Zmienne są także środki wyrazu, które mistrz stosował.

Aby nie zostawić wrażenia, że „Boska komedia” to wyłącznie sprawy piekielne, na koniec potrójny cytat z Raju (pieśń I). Nie było tam wprawdzie tak interesująco jak w Piekle, ale za to Dantemu towarzyszyło piękno i mądrość. I Beatrice…

„Cześć, chwała Tego, który świat porusza,
Nierówny rzuca blask w kole stworzenia;
Byłem ja w niebie, gdzie się rozpromienia
Blask ten najwięcej i widziałem rzeczy,
Których kto schodzi stamtąd nie powiada
Bo na to słowa nie ma głos człowieczy.
Albowiem nasza zbliżając się dusza
Do najdroższego swej żądzy przedmiotu,
Tak w nim głęboko i cała zapada,
Że pamięć traci, nadzieję powrotu,
Jednak z królestwa świętego zebrany
Skarbiec piękności w ducha mego cieśni,
Od dzisiaj będzie treścią mojej pieśni.”
(tłum. J. Korsak)

„Blask chwały Tego, co wszystko porusza,
Przenika wszechświat; lecz w jednej dzielnicy
Jaśnieje mocniej, w drugiej zasię słabiej.
Byłem ja w niebie, które światła Jego
Najwięcej chłonie, i widziałem rzeczy,
Których, ktokolwiek z tej wyżyny schodzi,
Powiadać ludziom nie umie, nie może.
Albowiem duch nasz, kiedy się przybliża,
Do żądz swych celu, tak się w nim zatapia,
Że wstecz się cofać pamięcią nie zdoła.
Wszakże, o ile myśl ma była w stanie,
Uzbierać skarbów w tem królestwie świętem,
Będzie to ninie treścią moje pieśni.”
(tłum. A. Stanisławski)

„Majestat wszystkich rzeczy wzruszyciela
W przestwory wnika i na światów skronie
Ustopniowaną jasnością odstrzela.
W niebie, co sporzej bożych iskier chłonie,
Byłem; widziałem, czego nie wyświęci
Słowami człowiek, choć był w tamtej stronie.
Bo przybliżony do celu swych chęci
Rozum nasz tak w nim przepaściście ginie,
Że nie pociągnie za sobą pamięci.
Ile z widzianych w przeświętej krainie
Cudów zaskarbić zdołał umysł gruby,
Obecnie treścią mych pieśni uczynię.”
(tłum. E. Porębowicz)

Magdalena Giedrojć





Cytaty pochodzą z następujących publikacji:

1. Dante Alighieri, Boska komedja, t. I, Piekło, tłum. Julian Korsak, Warszawa: T. H. Nasierowski, 1899 oraz Dante Alighieri, Boska komedja, t. III, Raj, tłum. Julian Korsak, Złoczów : Wilhelm Zukerkandel, [1900]

2. Dante Alighieri, Boska komedja, tłum. Antoni Stanisławski, Poznań: J. K. Żupański, 1870.

3. Dante Alighieri, Boska komedja, tłum. Edward Porębowicz, Warszawa: Instytut Wydawniczy "Bibljoteka Polska", 1921

Wszystkie dostępne na www.polona.pl
Film „Złe baśnie”:  upalne, zaskakujące piekło

Film „Złe baśnie”: upalne, zaskakujące piekło

Poruszająco realistyczna baśń, która odwraca reguły gatunku, do jakich przywykliśmy. Bracia Fabio i Damiano Innocenzo robią wiwisekcję stosunków rodzinnych i społecznych, pokazują ich erozję i tej erozji konsekwencje. W pozornie normalnym świecie klasy średniej gniew i desperacja buzują pod powierzchnią niczym wulkaniczna lawa, gotowe do eksplozji. Jak w tym świecie dorosłych odnajdują się dzieci? Czy w tej baśni będzie happy end?


„Złe baśnie” to film obsypany prestiżowymi nagrodami. Dostał m.in. Srebrnego Niedźwiedzia na MFF w Berlinie. Kino intensywne, przejmujące i zagarniające widza do swojego przesiąkniętego dramatami świata, który paradoksalnie tonie w słonecznym świetle. Jeśli poszukamy filmowych odniesień, to odnajdziemy tu klimat dzieł Michaela Hanekego czy Urlicha Seidla.

Bracia D’Inocennzo czerpią inspiracje z baśni, by skonstruować przejmujący obraz świata, w którym panuje bezwzględna walka o przetrwanie. Emocjonalni drapieżnicy wylewają swoje frustracje na słabszych. Gdy zanurzymy się w ten świat, szybko okaże się, że nie nadjedzie na pewno książę na białym koniu, by kogokolwiek uratować. Wokół dziecięcych bohaterów czyhają za to wilki, gotowe je natychmiast pożreć. Precyzyjna konstrukcja filmu przypomina rozkładane książki typu pop-up, przewracamy stronę i dostajemy kolejny cios.


„Nasz film to mroczna baśń rozpięta między twórczością Italo Calvino i Gianniego Rodariego. Byliśmy pewni, że zrobimy ten film teraz albo nigdy, bo może się zdezaktualizować” – powiedzieli bracia D’Innocenzo w jednym z wywiadów. I tu można z nimi dyskutować, bo zrobili film, który szybko się nie zestarzeje, bo opowiada o sprawach uniwersalnych w nowoczesny sposób, łącząc poezję, groteskę i dokumentalną wręcz precyzję opisu emocji.

Gorące lato na przedmieściach Rzymu. Szeregowe, schludne wille, w których mieszkają tzw. zwykłe rodziny. Z pozoru jest pięknie i schludnie, ludzie grillują, dzieci kąpią się w ogrodowych, nadmuchiwanych basenikach. Gdy bracia D’Innocenzo pozwalają widzom zajrzeć do domów i popatrzeć na to, co się tam dzieje, czar osiedla na przedmieściach pryska. Upał, który panuje na zewnątrz, kontrastuje z emocjonalnym chłodem w rodzinach.

Dorośli są sfrustrowani. Każdy z innego powodu. Cierpią, bo nie żyją na takim poziomie, o jakim marzyli, małżonek lub małżonka nie są tymi wyśnionymi, a praca nie spełnia ich ambicji. W tym świecie pełnym tęsknot i niezadowolenia żyją ich dzieci i nasiąkają negatywnymi emocjami dorosłych. Część z nich zachowuje apatyczną bierność, część próbuje się przed tym codziennym jadem bronić.


Centrum opowieści zajmują dzieci. Ich życie jest lustrzanym odbiciem życia dorosłych, którego nie rozumieją do końca. U dzieci też narasta gniew, rośnie niezgoda. Tragedia jest więc blisko, coraz bliżej.

W filmowy świat wprowadza nas narrator, który odnalazł pamiętnik pewnej dziewczynki. Pisała go zielonym atramentem i w nieoczekiwanym momencie porzuciła. To on prowadzi widza domy i uliczki osiedla prawie idealnego.

Film jest nie tylko świetnie zrobiony, ale i doskonale zagrany. Uwagę przyciągają m.in. kreacje Elia Germano („Suburra”, „Wyspa Róży”, „Czułość”) i Barbary Chichiarelli („Suburra”, „Sekret bogini fortuny”). Fantastyczne role zagrali dziecięcy aktorzy.

Bliźniacy Damiano e Fabio D’Innocenzo są filmowcami, poetami i fotografikami. Mają po 32 lata. Do świata kina weszli przebojem w 2018 r., gdy na festiwalu w Berlinie, w sekcji „Panorama”, premierę miał ich pierwszy film pt. „La terra dell'abbastanza”. Film został uhonorowany potem kilkoma włoskimi nagrodami Nastro d’argento.

Na 78. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji w konkursie głównym bracia D’Innocenzo pokazali film pt. „America Latino”, w którym główną rolę zagrał Elio Germano. Jego bohater to świetnie ustawiony dentysta z uporządkowanym życiem osobistym. Jak się jednak okazuje, nic w tej filmowej historii nie jest oczywiste. „To tajemniczy, celowo wieloznaczny thriller psychologiczny. Jest w nim wiele gatunków filmowych. Staramy się nie powtarzać nic z tego, co już w naszych filmach było. Robimy to, choć to raczej niewygodne” – powiedział w Wenecji Damiano D’Innocenzo.

Beata Zatońska

„Złe baśnie”, (Favolacce), Scenariusz i reżyseria: Damiano i Fabio D’Innocenzo, Czas trwania: 98 min., Produkcja: Włochy i Szwajcaria. W filmie „Złe baśnie” zagrali m.in.:  Elio Germano jako Bruno Placido, Barbara Chichiarelli jako Dalila Placido i Gabriel Montesi jako Amelio Guerrini. W polskich kinach od 10 września, dystrybucja: Aurora Films.

Zdjęcia: materiały prasowe Aurora Films

„Śmierć Anglika” we Florencji - kryminał Magdalen Nabb

„Śmierć Anglika” we Florencji - kryminał Magdalen Nabb

Aby zrozumieć siłę tej opowieści, warto przyjrzeć się jej autorce. Magdalena Nabb (1947-2007) była Brytyjką, która w wieku 28 lat przeprowadziła się do Florencji. W pobliskim Montelupo Fiorentino zajmowała się ceramiką, a po kilku latach zdecydowała się również zacząć pisać. Pierwsza książka „Śmierć Anglika” powstała zaledwie 6 lat po przeprowadzce do Włoch, przez ten czas Nabb zdołała jednak całkiem dobrze poznać Włochów. Książka zapoczątkowała cały cykl opowieści kryminalnych z sierżantem Guarnaccia w roli głównej. Ostatni, jedenasty tom z serii został wydany już po śmierci autorki w 2008 roku.

Historia przedstawiona w „Śmierci Anglika” nie jest skomplikowana i trudno tu liczyć na gwałtowne zwroty akcji. Ot, zwyczajna policyjna robota. Jest trup, trzeba znaleźć zabójcę. Bohaterowie tej opowieści również nie są demonami pościgów, miłośnikami mrocznych tajemnic i niedozwolonych metod pracy. Bardziej od trupa pociąga ich spokojne życie i przygotowania do przerwy świątecznej. Są jednak obowiązkowi i odpowiedzialni, więc choć w tle słychać już niemal dzwonki reniferów, uczciwie pochylają się nad zbrodnią i szukają winnego.

Nie jest im łatwo, bo trup był zagraniczny. Co gorsza, tytułowy Anglik za życia nie utrzymywał kontaktów z tubylcami, więc niezwykle trudno dowiedzieć się o nim czegokolwiek poza absolutnie oczywistymi faktami. Ponieważ jednak był krewnym kogoś ważnego, z Anglii przyjeżdża dwóch policjantów, by pomóc w śledztwie i ewentualnie chronić dobre imię zmarłego. Mamy więc zagranicznego nieboszczyka i zagranicznych policjantów, a na miejscu chorego sierżanta Guarnaccię, młodego karabiniera Bacciego, który chce się wykazać przed przełożonymi, a także kapitana, który chce dobrze wypaść przed Anglikami.

Spotkanie śledczych z Anglii i z Włoch to dobra okazja, by z lekkim przymrużeniem oka opowiedzieć o różnicach między południem i północą Europy. Co ważne, autorka nie staje po żadnej ze stron, ciepłym uśmiechem obdarza i zmarzniętych Anglików, i głodnych Włochów. Jako czytelnicy szybko zaczynamy lubić ich wszystkich, nawet jeśli nie jest nam bliski sposób myślenia którejś z nacji.

Książka powstała w 1981 roku, więc świat, w którym toczą się wydarzenia, różni się od tego, który my znamy. Obowiązującą walutą są liry, a Florencja w znacznie większym stopniu niż dziś należy do mieszkańców. Magdalen Nabb patrzy na miasto z uwagą i zaangażowaniem osoby, która tam mieszka. Dostrzega niedogodności i problemy społeczne, nieturystyczny chłód toskańskiej zimy i utarczki sąsiedzkie. Florencja nie jest tu królową sztuk, ale domem zwykłych ludzi. Dobrze jest spojrzeć czasami na Włochy właśnie w ten sposób, bez przewodników i tłumu ludzi, bez wiecznej festy i pokazów mody. Za to z czułością dnia codziennego.

Przeczytałam tę książkę z dużą przyjemnością. Niecierpliwie czekam na kolejne opowieści Magdaleny Nabb i kolejne kryminalne przygody sierżanta Guarnacci.

Magdalena Giedrojć


Magdalena Nabb, Śmierć Anglika, przełożyła Dorota Kozińska, Wydawnictwo Próby, Warszawa 2021.

  „Za otrzymane łaski” – Neapol od środka

„Za otrzymane łaski” – Neapol od środka

Cztery bardzo intensywne opowiadania. Valeria Parrella pokazuje Neapol od środka, inny od tego, który widzą turyści czy miłośnicy np. „Gomorry”. Świat, w który nas wprowadza, jest intensywny emocjonalnie i bardzo intymny. Każdy z bohaterów opowiadań z tomu „Za otrzymane łaski” szuka najlepszego sposobu na przetrwanie w Neapolu, na najlepszych możliwych warunkach. Świetnie, że możemy po polsku przeczytać opowiadania tej bardzo cenionej we Włoszech pisarki.


„Wierzę, że świat jest pełen przepięknych historii, ale potrzebny jest odpowiedni język, by je opowiedzieć. Najbardziej interesuje mnie więc praca nad językiem, nad sposobem, w jaki mówią postaci, jak budują zdania” – powiedziała Valeria Parrella w jednym z wywiadów. Urodzona w w 1973 r. Neapolu pisarka ma na swoim koncie wiele sukcesów literackich i wiele prestiżowych nagród. Tom pt. „Za otrzymane łaski” znalazł się w czołówce finalistów Premio Strega w 2005 r., a powieść „Almarina” w 2020.

Parrella opowiada o współczesnym Neapolu. Pisze z samego jego środka. Ma reporterskie ucho i niesamowity językowy słuch, co czuje się, gdy czyta się jej prozę. Płynnie przełącza się z jednego rejestru językowego na drugi. Przekład Katarzyny Skórskiej znakomicie to oddaje.

Bohaterką opowiadania „Gonitwa” jest młoda kobieta, która po śmierci partnera decyduje się zrezygnować z ukochanej pracy kosmetyczki i zająć się sprzedażą narkotyków. Musi utrzymać dziecko i jest przekonana, że inaczej jej się to nie uda. Czyli tak naprawdę wstępuje na tę samą drogę, która doprowadziła do śmierci jej Maria.

W „Siddharcie” młody Matteo, kiedyś utalentowany gitarzysta, zarabia na życie w drukarni, której właściciel jest na bakier z prawem i nieustannie ma kłopoty ze skarbówką. Marina z „Przyjaciela na niby”, elegancka pani z galerii sztuki, jest pochłonięta myślą, jak zorganizować sobie spotkanie z kochankiem tak, by nie wzbudzić podejrzeń męża. Z kolei bohaterka tytułowego opowiadania, młoda kobieta po studiach, pracuje w sklepie i stara się żyć tak, by nikt nie mógł jej rozkazywać.

Bohaterowie Parrelli stawiają czoła rzeczywistości z odwagą i mają do niej nieco ironiczny stosunek. Nawet wtedy, gdy dzieją się sprawy naprawdę poważne. Buntują się, walczą, ale czasem tzw. przeznaczenie śmieje im się prosto w twarz. Razem z nimi wędrujemy z jednej neapolitańskiej dzielnicy do drugiej, zaglądamy do ich mieszkań, oddychamy ich atmosferą. Już po kilku zdaniach opowiadania wtapiamy się w ich świat.

Beata Zatońska

Valeria Parrella, „Za otrzymane laski” (Per grazia ricevuta), przełożyła Katarzyna Skórska, wydawnictwo Pauza, Warszawa 2021.

Ucieczka przed prawdą w „Wyznaniu” Domenica Starnone

Ucieczka przed prawdą w „Wyznaniu” Domenica Starnone

„Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” – chciałoby się powtórzyć za Wisławą Szymborską. Sprawdzanie, czy potrafimy panować nad sobą, nad swoimi lękami, jest jednym z tematów powieści Domenica Starnone. Właśnie ukazał się jej polski przekład. Pisarz z Neapolu pokazuje, jak trudno zdobyć się na szczerość wobec siebie i innych. Słowa wypowiedziane przypadkiem, podczas przekomarzania się kochanków, kładą się cieniem na życiu głównego bohatera.


Warstwa fabularna jest prosta dość, ale nie w tym leży siła tej fascynującej powieści. Choć opowiada o miłosnych związkach, nie jest to romans, to raczej psychologiczna łamigłówka. Są tu trzy opowieści. Narratorem tej najdłuższej, która stanowi trzon „Wyznania”, jest Pietro Vello. To utalentowany, ba, charyzmatyczny, nauczyciel literatury z rzymskiego liceum. Potem o Pietro opowiadają dwie ważne w jego życiu kobiety.

Młody Pietro miał burzliwy, trwający trzy lata romans ze swoją byłą uczennicą, Teresą. Ta inteligentna i wybuchowa dziewczyna fascynowała Pietra i jednocześnie przerażała. Dlatego jego opowieść zaczyna się taką oto definicją miłości: „Miłość, jaką poznałem, jest [...] jak lawa pierwotnego życia, która trawi życie wzniosłe, erupcja pochłaniająca zrozumienie i litość, rozsądek i wszelkie pobudki, geografię i historię, zdrowie i chorobę, bogactwo i ubóstwo, wyjątek i regułę. Pozostaje tylko mania, czysta udręka, nieuleczalna obsesja” (tłumaczenie Katarzyna Skórska).

Na krótko przed rozstaniem kochankowie wyznają sobie swoje najbardziej wstydliwe sekrety. Ma ich to połączyć na zawsze. I łączy. Kładzie się cieniem na życiu Pietra, który ma wrażenie, że Teresa trzyma go w szachu. Czuje nieustannie jej oddech na karku, choć kobieta wyjeżdża robić karierę naukową w USA. To nic, że Pietro ma oddaną, piękną żonę, trójkę dzieci, jest cenionym pedagogiem i wydaje książki. Teresa i tajemnica, którą jej powierzył, sprawiają, że nie może spać spokojnie.

Przez ten sekret romans Pietra z Teresą w przewrotny sposób trwa, bo ona jest nieustannie obecna w jego myślach. Mężczyzna szuka potwierdzenia swojej pozycji życiowej i boi się, że mógłby ją stracić, gdyby Teresa zechciała komuś zdradzić jego tajemnicę.

Starnone bierze pod lupę takie fundamentalne kategorie jak zaufanie, bliskość i szczerość. Dokąd może zaprowadzić ich brak? Historia Piera i tych, którzy się z nim związali, pokazuje, co może się wydarzyć, gdy sobie z nimi nie radzimy Starnone stawia pytania ważne, na które bardzo trudno sobie szczerze odpowiedzieć, nawet w gabinecie psychoterapeuty. .

„Wyznanie” to część trylogii o uczuciach, do której należą też wydane po polsku „Sznurówki” i „Psikus”. Te świetne, przewrotne powieści łączy typ bohatera – to mężczyzna, dobrze sytuowany intelektualista, z pozoru pewny siebie, który jest w relacji ojciec – dziecko, mąż – żona, mąż – kochanka.



Domenico Stranone we Włoszech jest pisarzem znanym, cenionym i nagradzanym. Dostał m.in. prestiżową Premio Strega za na poły biograficzną powieść pt. „Via Gemito”, której akcja rozgrywa się w Neapolu. Jest też scenarzystą i publicystą, jego teksty ukazywały się m.in. w „l'Unità”, „La Repubblica”, „Corriere della Sera”.

Raz na jakiś czas przez włoskie media przewijają się hipotezy, że Domenico Stranone wydaje też powieści pod pseudonimem Elena Ferrante i że to tak naprawdę on jest autorem bestsellerowej tetralogii „Genialna przyjaciółka”. Starnone i Ferrante mają łączyć to, że oboje wychowali się i mieszkają w Neapolu, mają podobny styl pisania i poruszają podobne tematy. Starnone teraz już się z tych podejrzeń śmieje, ale wcześniej go irytowały.

Beata Zatońska

„Wyznanie” (Confidenza), przekład Katarzyna Skórska, Wydawnictwo Pauza, Warszawa, 2021, IBSN 978-83-960890-8-3

zdjęcie Domenica Starnone Wikimedia commons, memedesimo - www.flickr.com - Domenico Starnone
Nowe włoskie atrakcje na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO

Nowe włoskie atrakcje na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO

Od niespełna miesiąca Włochy mają 3 nowe miejsca na liście obiektów dziedzictwa kulturowego i dziedzictwa naturalnego o wyjątkowej wartości dla ludzkości, prowadzonej przez UNESCO. Tym razem doceniono sztukę Padwy, architekturę Bolonii i uzdrowiskowe walory Montecatini Terme.


Freski w Padwie

Padwa ma już za sobą doświadczenia z obecnością na liście UNESCO, ponieważ od 1997 roku na Liście Światowego Dziedzictwa znajduje się padewski ogród botaniczny. Teraz doszło aż osiem obiektów, w których znajdują się XIV-wieczne freski. Tworzą one wspólny cykl Padova Urbs Picta. Miasto już trzy lata temu stworzyło trasę o tej nazwie, aby promować artystyczny dorobek miasta, teraz całość została doceniona przez światowych ekspertów z UNESCO.

Najbardziej znanym i zapewne najdoskonalszym artystycznie obiektem jest Kaplica Scrovegnich, zwana też Kaplicą Areny, ponieważ powstała w miejscu, gdzie znajdowała się starożytna arena. Fundatorem kaplicy był Enrico Scrovegni, który zapragnął w ten sposób odkupić czyny swego ojca Reginalda, zajmującego się lichwą. Reginaldo zasłużył nawet na słowa potępienia mistrza Dantego, który umieścił grzesznika w jednym z kręgów piekielnych. Aby dzieło odkupienia było skuteczne, Enrico zaprosił do współpracy znanego wówczas i cenionego malarza Giotta. A ten wspiął się na wyżyny swego kunsztu i stworzył niezwykły cykl fresków o życiu Joachima i Anny, Marii i Jezusa. Sceny poukładane są na trzech poziomach, szczelnie wypełniając całą kaplicę, a zwieńczeniem jest przedstawienie Sądu Ostatecznego.

Kaplica Scrovegnich od dawna przyciąga wielu miłośników sztuki. Zapewne teraz będą oni także oglądać freski w pozostałych obiektach: 
  • Basilica di San’Antonio di Padova, czyli najsłynniejsza padewska świątynia, poświęcona św. Antoniemu, w której podziwiać można freski Jacopa Avanzi i Altichiera przedstawiające między innymi sceny z życia Antoniego.
  • Battistero della Cattedrale (baptysterium przykatedralne) z freskami wyobrażającymi Raj autorstwa Giusta de’Menabuoi. 
  • Chiesa dei Santi Filippo e Giacomo (kościół świętych Filipa i Jakuba), zwany też jako Chiesa gli Eremitani lub po prostu gli Eremitani, a w nim między innymi cykl fresków autorstwa Guariento di Arpo, opowiadający dzieje św. Filipa i Augustyna. 
  • Loggia dei Carraresi, będąca kiedyś częścią kompleksu Reggia Carraresi, siedziby rodu Carraresich. Tam także znajdują się freski Guariento, który w tym wnętrzu przedstawił różne sceny biblijne. 
  • Oratorio di San Giorgio, a w oratorium freski Altichiera, między innymi dotyczące życia patrona – św. Jerzego. 
  • Oratorio di San Michele, a w nim freski Jacopa da Verona. 
  • Palazzo della Raggione, dawna siedziba trybunału miejskiego i krytego targowiska, a w nim freski o tematyce astrologicznej. 

Portyki w Bolonii

Bolonia to miasto, gdzie deszcz ci niestraszny, powtarzają miejscowi. I mają rację, w największym deszczu można ją zwiedzać bez parasola. A to za sprawą ciągnących się kilometrami portyków, w różnych kolorach, wysokościach i przekrojach. W mieście są ich 42 kilometry, a wraz z peryferiami dochodzą do 62 km. Na liście UNESCO nie znajdują się jednak wszystkie portyki, a jedynie 12 najbardziej charakterystycznych fragmentów, większość o charakterze historycznym, ale znalazły się też nowsze, jak te w dzielnicy Barca.

Te wpisane na listę są, co oczywiste, najbardziej reprezentatywne dla Bolonii, w większości znajdują się w historycznym centrum, więc świadomie lub nie oglądamy je podczas zwiedzania. Urok tego miasta polega jednak na tym, że różnorodność i długość portyków wciąga i zachwyca bez względu na to, czy idziemy główną ulicą czy wąską uliczką z dala od ruchu turystycznego. Nie ma więc potrzeby chodzić po Bolonii z listą portyków na liście, wystarczy po prostu rozglądać się podczas spacerów, a i tak będzie nam dany udział w wielkim architektonicznym pięknie.

1. Ulica portyków di Santa Caterina
2. Plac z portykami przy kompleksie kościelnym Santo Stefano
3. Ulica portyków di Galliera
4 Portyki del Baraccano
5. Portyki del Pavaglione i dei Banchi przy Uniwersytecie
6. Portyki prowadzące do Sanktuarium Madonna di San Luca
7. Portyki w dzielnicy studenckiej przy via Zamboni
8. Portyki przy cmentarzu Certosa di Bologna
9. Portyki przy piazza Cavour i via Farini
10. Portyki przy Strada Maggiore
11. Portyki w dzielnicy Barca
12. Portyki przy Muzeum Sztuki Współczesnej (MAMbo).

Powrót do zdrowia w Montecatini Terme

Ta niewielka toskańska miejscowość znana jest głównie uczestnikom wycieczek zorganizowanych, ponieważ biura podróży bardzo chętnie korzystają z tutejszej rozbudowanej bazy hotelowej. Niewielu Polaków decyduje się odwiedzić do miasto dla jego walorów uzdrowiskowych. A Montecatini Terme to znacznie więcej niż tylko przyjemne miasteczko pełne sklepów i hoteli. O źródłach termalnych w tym miejscu wiedziano już w średniowieczu, w XV wieku lekarz i hydrolog Ugolino da Montecatini opisał je w książce poświęconej włoskiej balneoterapii. Dziś można pić wodę z kilku źródeł, wspomagając w ten sposób leczenie różnych dolegliwości. Miejscowa woda, zakłady uzdrowiskowe i zabytki oraz położona na wzgórzu urokliwa starówka (Montecatini Alto) stanowią wystarczającą zachętę do spędzenia tam kilku dni.

Na liście UNESCO Montecatini Terme znalazło się w doborowym, międzynarodowym towarzystwie. Pozycja, pod którą można go szukać, brzmi „Wielkie uzdrowiska Europy” i obejmuje 11 uzdrowisk z 7 krajów.
  • Montecatini Terme, Italia
  • Baden, Austria
  • Spa, Belgia
  • Františkovy Láznĕ, Czechy
  • Karlovy Vary, Czechy
  • Mariánské Láznĕ, Czechy
  • Vichy, Francja
  • Bad Ems, Niemcy
  • Baden Baden, Niemcy
  • Bad Kissingen, Niemcy
  • Bath, Wielka Brytania
Magdalena Giedrojć








     „Obiad w Rzymie”  – fascynująca kulinarna podróż w czasie i przestrzeni

„Obiad w Rzymie” – fascynująca kulinarna podróż w czasie i przestrzeni

Jedzenie i gawędy to duet doskonały. Talerz pełen złocistej carbonary inspiruje norweskiego krytyka kulinarnego Andreasa Viestada do opowieści o historii jedzenia i o tym, jak jedzenie niejednokrotnie zmieniało bieg dziejów. Książka pt. „Obiad w Rzymie” to lektura inspirująca, smakowita i porządnie naszpikowana wiedzą.


Punktem wyjścia, a właściwie osią opowieści Viestada jest restauracja La Carbonara na Campo de’Fiori, tętniącym życiem od świtu do nocy placu w centrum historycznego Rzymu. Nietrudno tam trafić, bo Campo de’Fiori leży nieopodal Piazza Navona.

„Moja książka opowiada o obiedzie w rzymskiej restauracji w czerwcu 2018 roku oraz o wszystkim, co posiłki – nie tylko ten, ale i wiele innych – mogą nam powiedzieć o naszej przeszłości. O smakach, które zmieniły nasze życie, składnikach, które nas kształtowały, jedzeniu, które żywiło całe imperium, oraz o poszukiwaniu źródeł najlepszej potrawy świata” – zapowiada Viestad i słowa dotrzymuje. I zapuszcza się w swoim smakowitym, literackim monologu aż do czasów Cesarstwa Rzymskiego, a czasem nawet i wcześniej.

W dzień uwijają się tam wśród straganów z owocami, warzywami i przyprawami sprzedawcy oraz kupujący. A gdy zapada wieczór, zapełniają się restauracje na parterach kamienic otaczających plac. Wszystko pod uważnym spojrzeniem Giordana Bruna, dominikanina, astrologa i matematyka, który rozwinął teorię Mikołaja Kopernika o obrotach sfer niebieskich. Odlany z brązu pomnik Bruna stoi w miejscu, w którym 17 lutego 1600 r. uczony spłonął na stosie za herezję.

Jak tłumaczy Viestad, klasyczna restauracja w Rzymie to lokal z tradycjami, często rodzinny, o dość krótkim i stałym menu. Gdy tam wrócimy po latach, możemy być pewni, że danie, które nas zachwyciło, będzie mieć ten sam doskonały smak.


„Tu sprzedaje się ideę niezmienności i poczucie, że przechodząc przez jej drzwi, powróciłeś do domu. La Carbonara ma stałych klientów, którzy jadają tu lunch lub obiad niemal każdego tygodnia od 50 lat. Jako sezonowy gość zjawiający się tu od ćwierćwiecza przy okazji każdej wycieczki do Rzymu wypadam przy nich jak żółtodziób” – tłumaczy autor „Obiadu w Rzymie”.

Kolejne rozdziały książki to elementy posiłku przy stole w La Carbonara, a więc: chleb, antipasto, oliwa, sól, makaron, pieprz, wino, mięso, ogień, cytryna. No dobrze, ogień trochę tu na pierwszy rzut oka nie pasuje, ale bez niego ani nikt makaronu nie ugotuje, ani mięsa nie upiecze.

Ciekawostek jest w książce mnóstwo. Autor jest erudytą, który podczas licznych kulinarnych podróży poznał smaki świata. Obala Viestad wiele kulinarnych mitów, takich jak np. ten, że to Marco Polo sprowadził makaron do Europy. Przecież już w X wieku Arabowie przywieźli sztukę wyrabiania makaronu na Sycylię.

„Polo i jego towarzysze podroży, w tym wenecjanin o nazwisku Spaghetti, dokonali desantu na wybrzeże Chin. W małej wiosce Spaghetti nauczył się mieszać mąkę z wodą i utaczać z powstałego ciasta długie patyczki, które świetnie dawały się przechowywać i smakowały wspaniale, kiedy ugotowało się je w osolonej wodzie” – przytacza jedną z makaronowych legend Viestad. I przypomina, że Marco Polo był kimś w rodzaju Pinokia, bo uwielbiał konfabulować i „podobno dzieci zwykły biegać za nim ulicami, wołając: »Panie Polo, niech nam pan opowie jakieś kłamstwo«, chcąc mu po części dokuczyć, ale jednocześnie mając nadzieję, że usłyszą nową, niezwykłą opowieść”.

Jak się okazuje to, że zawsze gotowano na włoskiej ziemi makaron „al dente” też należy między bajki włożyć, według dawnych przepisów makaron wymagał gotowania półgodzinnego.

Viestad opowiada o tym, jak dużo wina pijali rzymscy patrycjusze i czy decyzje polityczne podejmowano na trzeźwo. Snuje historię zawodów masła z oliwą, opowiada o miłości rzymian do „piątej ćwiartki” i karczochów.

„Obiad w Rzymie” wciąga i pochłania. Nawet ci, którzy o historii jedzenia wiedzą dużo, znajdą tu wiele ciekawostek. Idealnie byłoby czytać tę książkę w Rzymie i posilić się w przerwie od lektury np. w restauracji Checchino dal 1887 w dzielnicy Testaccio. Lokal jest „wkopany” w Monte Testaccio, górę, która powstała za czasów Cesarstwa Rzymskiego z testae, kawałków potłuczonych amfor po oliwie.

Beata Zatońska

Andreas Viestad, „Obiad w Rzymie”, Tłumaczenie Małgorzata Rost, Znak Koncept, Kraków 2021
· Wszystkie cytaty pochodzą z tej publikacji

Zdjęcie carbonary - Unsplash/Sebastian Coman Photography
  Cud rzymskiego śniegu. Co wydarzyło się 5 sierpnia?

Cud rzymskiego śniegu. Co wydarzyło się 5 sierpnia?

5 sierpnia to specjalna data w rzymskim kalendarzu. Tego właśnie dnia w 358 r. na wzgórzu Eskwilin w Rzymie spadł śnieg. Mówi się, że to był znak od Matki Boskiej, która w ten sposób wskazała papieżowi Liberiuszowi i pewnemu rzymianinowi o imieniu Jan, gdzie powinna stanąć świątynia jej poświęcona. Rzymianie pamiętają o tym dniu. 5 sierpnia każdego roku w bazylice pada śnieg – to płatki białych róż zrzucane z wysoka.


Od 1983 roku 5 sierpnia wieczorem na placu przed bazyliką organizowany jest też spektakl „światło i dźwięk”, który opowiada o tym, jak powstała bazylika. Na plac spada też sztuczny śnieg. Podczas głównych uroczystości w bazylice o godzinie 10.00 i podczas wieczornych nieszporów o 17.00 deszcz białych płatków róż leci ze sklepienia świątyni.

Według legendy nocą z 4 na 5 sierpnia – 358 lub 352 r., różne źródła podają różne daty – papież Liberiusz miał sen. Ukazała mu się Matka Boska i poleciła postawić bazylikę w miejscu, które wskaże. Miał tam spaść śnieg. Podobny sen miał pewien rzymianin Giovanni.

Śnieg w sierpniowym Rzymie? Jeśli już, to za sprawą cudu. I stał się cud. Wzgórze Eskwilin pokrył nazajutrz śnieg. Papież Liberiusz udał się tam ze swoją świtą i na śniegu miał wyrysować kształt świątyni poświęconej Maryi.

I stało się. W 432 r. rozpoczęto budowę na zlecenie papieża Sykstusa III, po soborze efeskim (431). Do budowy wykorzystano kolumny ze świątyni Junony Lucindy, która stała w tym miejscu. Wielokrotnie ją przebudowywano i rozbudowywano.

Na Eskwilinie stoi więc majestatyczna Bazylika Matki Bożej Większej (wł. Basilica Papale di Santa Maria Maggiore), zwana również Santa Maria della Neve (Matki Boskiej Śnieżnej). Nietrudno do niej trafić. Znajduje się blisko dworca Termini. Gdy do niej podejdziemy od strony dworca, można mieć wrażenie, że nie znajdujemy się na wzgórzu. Jednak gdy będziemy do niej iść od strony placu Weneckiego, poczujemy, że wchodzimy na wzgórze.

Bazylika ta należy wraz z bazylikami: św. Piotra na Watykanie, św. Jana na Lateranie i św. Pawła za Murami do bazylik papieskich (dawniej zwanych patriarchalnymi) Rzymu i Watykanu. Jest najstarszą bazyliką poświęconą Matce Boskiej w chrześcijaństwie zachodnim.


To piękna, przestronna trzynawowa świątynia pełna dzieł sztuki. Wnętrze tonie w złocie i czaruje posadzką w stylu kosmateski. Urzekają mozaiki z V wieku przedstawiające sceny ze Starego Testamentu, które przywodzą na myśl arcydzieła np. z Rawenny. Jedna z legend mówi, że złoto do zdobienia bazyliki przywiózł Kolumb z Ameryki.

Loggia w fasadzie ozdobiona jest mozaikami z XV wieku. W centralnej części znajduje się medalion z postacią Chrystusa. Ułożone w pasy sceny ilustrują legendę o śniegu, związaną z powstaniem bazyliki.

W kaplicy świętych. Mikołaja i Piotra w okowach na sklepieniu zachowały się freski przypisywane Pierowi Della Francesca.

W bazylice znajduje się płyta nagrobna rodziny Berninich. Tu spoczywa wybitny rzeźbiarz i architekt rzymskiego baroku Gian Lorenzo Bernini (zm. 1680). Bodaj najsłynniejszym dziełem Berniniego jest tzw. Fontanna Czterech Rzek. On też zaprojektował m.in. kolumnadę przed Bazyliką św. Piotra i znajdujący się w jej wnętrzu baldachim nad grobem świętego.

Beata Zatońska

* zdjęcia - Wikimedia commons
W domu Enrica  Caruso

W domu Enrica Caruso

W Neapolu powstało muzeum poświęcone urodzonemu tam wielkiemu śpiewakowi operowemu, Enricowi Caruso. Znajduje się w domu w dzielnicy Arenaccia przy ul. Santi Giovanni e Paolo 7. Ten sławny neapolitańczyk przyszedł na świat w mieszkaniu na pierwszym piętrze w 1873 r.


Zgromadzono tam wiele pamiątek po mistrzu. Jest wśród nich m.in. laska, z którą chodził na spacery, portrety, listy i oryginalne płyty z zarejestrowanym głosem artysty, pościel z monogramami oraz wiele innych cennych przedmiotów z nim związanych.

Enrico Caruso, król tenorów, gwiazda scen operowych we Włoszech i na świecie, zmarł 100 lat temu, 2 sierpnia 1921 r. Miał wtedy zaledwie 48 lat. Jego rodzinne miasto pamięta i czci tę rocznicę.

Pochodził ze skromnej rodziny, ojciec był robotnikiem, a matka – sprzątaczką. Mały Enrico jako dziesięciolatek poszedł pracować w tej samej odlewni co jego ojciec.

Chłopiec był utalentowany muzycznie, dobrze też rysował. Śpiewał w chórach kościelnych, uczył się u wielu różnych osób. Nie wszyscy wierzyli w jego śpiewaczy talent. Był jednak zdeterminowany i postawił na swoim.


Śpiew zaczął studiować w 1891 roku, a trzy lata później zadebiutował na operowej scenie w Neapolu. Potem przyszła wielka sława okupiona ciężką pracą. Występował m.in. w najlepszych teatrach operowych Europy, m.in. w La Scali i Covent Garden oraz w nowojorskiej Metropolitan Opera. W swoim repertuarze miał około 70 partii, m.in. Radamesa w „Aidzie” Verdiego czy księcia Mantui w „Rigoletcie” tego samego kompozytora.

Caruso nagrał mnóstwo płyt i temu zawdzięczał swoją ogromną popularność. Był jednym z pierwszych, który uwierzył w przyszłość fonografii. 18 marca 1902 r. w pokoju hotelowym w Mediolanie z pianistą Salvatore Cottone nagrał dziesięć arii, za co dostał 100 funtów honorarium. To był wielki sukces. Za nimi przyszły następne.

W 1986 r. Lucio Dalla napisał piosenkę pt. „Caruso”. Stało się to po tym, jak zanocował w hotelowym pokoju w Sorrento, w którym przed laty mieszkał śpiewak niedługo przed śmiercią.

Beata Zatońska

zdjęcia - Wikimedia Commons

 Wytrawne pomarańczki. Miłość nie tylko komisarza Montalbano

Wytrawne pomarańczki. Miłość nie tylko komisarza Montalbano

– Wiesz, jakie mam marzenie? Gdy zacznie zapadać zmierzch, usiąść na plaży w Cefalu, wyjąć kupione na wynos arancini i zjeść je, gapiąc się na morze – opowiadał mi znajomy w pewien zimowy wieczór. Zjeść arancini na plaży to świetny pomysł. Tak dobry, że warto kilka słów o arancini napisać.

Arancini to złociste kule zrobione z ryżu i usmażone w głębokim tłuszczu. W środku kryją niespodziankę, np. gorące, płynne serce z caciocavallo lub mozzarelli. Najpopularniejsze są arancini con ragù – przygotowuje się je z mięsno-pomidorowego gęstego sosu wymieszanego z ryżem i zielonym groszkiem. Koloru ryżowi czasem dodaje szafran.

Skąd nazwa arancini? Od pomarańczy. Po włosku pomarańcze to „arancie”. Ryżowe krokiety nazwano tak, bo mają podobny kształt, kolor i są pyszne.

Nie jest ważne, w której części Sycylii się znajdziecie. Wszędzie będzie można kupić od ulicznych sprzedawców arancini lub arancine. Te pyszności kupowane w Katanii czy w Palermo delikatnie różnią się kształtem, ale smakują zawsze doskonale.

Arancini to typowe „cibo di strada”, czyli włoski uliczny fast food. Niedrogie, ciepłe i sycące danie, które można zjeść w biegu i z pełnym żołądkiem odhaczać dalej kolejne punkty dziennego rozkładu jazdy.

Przepyszne krokiety z ryżu znajdziemy m.in. na największych, gwarnych, kolorowych i pełnych pysznego jedzenia legendarnych bazarach, np. Ballarò czy La Vucciria w Palermo. Ale są też w różnych barach i na wózkach obwoźnych sprzedawców jak Sycylia długa i szeroka

Trochę historii

Kiedy zaczęto przygotowywać arancini? Trudno podać dokładną datę. Może wtedy, gdy pojawili się tam Arabowie. Wyspę podbili w 828 r. i rządzili nią przez kolejne dwa stulecia. Potem wyspę z rąk arabskich wydarli w latach 1060–-1091 Normanowie pod wodzą Rogera I. Arabskie tradycje przeniknęły do sycylijskiej kultury, także tej kulinarnej. Arabowie przywieźli ze sobą przyprawy, m.in. szafran, ryż i wiele innych pysznych rzeczy.

Za czasów arabskiego panowania na terenie Trinacrii (nazwa Sycylii używana od czasów antycznych) rozpowszechnił się zwyczaj jedzenia ryżu doprawianego szafranem podawanego z kawałkami mięsa.

Panierowanie i smażenie ryżowo-mięsnych kulek według niektórych źródeł historycznych pojawiło się za panowania na Sycylii Fryderyka II. Podobno król chciał, by kucharz przygotował mu coś dobrego i pożywnego do jedzenia, co będzie mógł zabierać ze sobą na polowania.

Arancio czy arancina?

Katania i Palermo walczą o miano ojczyzny arancini. Każde z tych miast rości sobie prawo do wynalezienia tego przysmaku. Spór trwa i prawdopodobnie nigdy się nie skończy.

W Katanii i okolicach kupimy arancini o kształcie stożka. Mówi się, że inspiracją jest tu Etna. Arancio catanese jest rodzaju męskiego. Przyrządza się je tu m.in. z dodatkiem bakłażanów, gotowanej szynki, z pistacjami z Bronte i oczywiście al sugo catanese, czyli z mięsnym, gęstym sosem w środku.


Wg tradycji palermitańskiej te ryżowe pyszności mają kształt kuli i nazwę rodzaju żeńskiego. L’arancina palermitana jest też mniejsza od kuzyna z Katanii.

W sprawie nazwy wypowiedział się włoski arbiter językowy, czyli Accademia della Crusca. Zdaniem naukowców bardziej naturalne jest używanie nazwy w rodzaju żeńskim, bo odwołuje się do pomarańczy – l'arancia. Uznano jednak, że obie nazwy są poprawne, ta w rodzaju żeńskim i ta w rodzaju męskim.

Naliczono co najmniej 30 odmian arancini. Są w większości wytrawne, choć zdarzają się też słodkie.

Komisarz Montalbano

Wielkim miłośnikiem arancini jest komisarz Salvo Montalbano, bohater serii bestsellerowych opowieści kryminalnych Andrei Camilleriego. Drugi z wydanych przez pisarza tomów opowiadań z Montalbano w roli głównej nosi tytuł „Pomarańczki komisarza Montalbano”. A najlepsze arancini robi gosposia komisarza Adelina.

Beata Zatońska

Zdjęcia: 1. Nephelim BadTusk/Flickr; 2. Nelson Suarez/Flickr