Wytrawne pomarańczki. Miłość nie tylko komisarza Montalbano

Wytrawne pomarańczki. Miłość nie tylko komisarza Montalbano

– Wiesz, jakie mam marzenie? Gdy zacznie zapadać zmierzch, usiąść na plaży w Cefalu, wyjąć kupione na wynos arancini i zjeść je, gapiąc się na morze – opowiadał mi znajomy w pewien zimowy wieczór. Zjeść arancini na plaży to świetny pomysł. Tak dobry, że warto kilka słów o arancini napisać.

Arancini to złociste kule zrobione z ryżu i usmażone w głębokim tłuszczu. W środku kryją niespodziankę, np. gorące, płynne serce z caciocavallo lub mozzarelli. Najpopularniejsze są arancini con ragù – przygotowuje się je z mięsno-pomidorowego gęstego sosu wymieszanego z ryżem i zielonym groszkiem. Koloru ryżowi czasem dodaje szafran.

Skąd nazwa arancini? Od pomarańczy. Po włosku pomarańcze to „arancie”. Ryżowe krokiety nazwano tak, bo mają podobny kształt, kolor i są pyszne.

Nie jest ważne, w której części Sycylii się znajdziecie. Wszędzie będzie można kupić od ulicznych sprzedawców arancini lub arancine. Te pyszności kupowane w Katanii czy w Palermo delikatnie różnią się kształtem, ale smakują zawsze doskonale.

Arancini to typowe „cibo di strada”, czyli włoski uliczny fast food. Niedrogie, ciepłe i sycące danie, które można zjeść w biegu i z pełnym żołądkiem odhaczać dalej kolejne punkty dziennego rozkładu jazdy.

Przepyszne krokiety z ryżu znajdziemy m.in. na największych, gwarnych, kolorowych i pełnych pysznego jedzenia legendarnych bazarach, np. Ballarò czy La Vucciria w Palermo. Ale są też w różnych barach i na wózkach obwoźnych sprzedawców jak Sycylia długa i szeroka

Trochę historii

Kiedy zaczęto przygotowywać arancini? Trudno podać dokładną datę. Może wtedy, gdy pojawili się tam Arabowie. Wyspę podbili w 828 r. i rządzili nią przez kolejne dwa stulecia. Potem wyspę z rąk arabskich wydarli w latach 1060–-1091 Normanowie pod wodzą Rogera I. Arabskie tradycje przeniknęły do sycylijskiej kultury, także tej kulinarnej. Arabowie przywieźli ze sobą przyprawy, m.in. szafran, ryż i wiele innych pysznych rzeczy.

Za czasów arabskiego panowania na terenie Trinacrii (nazwa Sycylii używana od czasów antycznych) rozpowszechnił się zwyczaj jedzenia ryżu doprawianego szafranem podawanego z kawałkami mięsa.

Panierowanie i smażenie ryżowo-mięsnych kulek według niektórych źródeł historycznych pojawiło się za panowania na Sycylii Fryderyka II. Podobno król chciał, by kucharz przygotował mu coś dobrego i pożywnego do jedzenia, co będzie mógł zabierać ze sobą na polowania.

Arancio czy arancina?

Katania i Palermo walczą o miano ojczyzny arancini. Każde z tych miast rości sobie prawo do wynalezienia tego przysmaku. Spór trwa i prawdopodobnie nigdy się nie skończy.

W Katanii i okolicach kupimy arancini o kształcie stożka. Mówi się, że inspiracją jest tu Etna. Arancio catanese jest rodzaju męskiego. Przyrządza się je tu m.in. z dodatkiem bakłażanów, gotowanej szynki, z pistacjami z Bronte i oczywiście al sugo catanese, czyli z mięsnym, gęstym sosem w środku.


Wg tradycji palermitańskiej te ryżowe pyszności mają kształt kuli i nazwę rodzaju żeńskiego. L’arancina palermitana jest też mniejsza od kuzyna z Katanii.

W sprawie nazwy wypowiedział się włoski arbiter językowy, czyli Accademia della Crusca. Zdaniem naukowców bardziej naturalne jest używanie nazwy w rodzaju żeńskim, bo odwołuje się do pomarańczy – l'arancia. Uznano jednak, że obie nazwy są poprawne, ta w rodzaju żeńskim i ta w rodzaju męskim.

Naliczono co najmniej 30 odmian arancini. Są w większości wytrawne, choć zdarzają się też słodkie.

Komisarz Montalbano

Wielkim miłośnikiem arancini jest komisarz Salvo Montalbano, bohater serii bestsellerowych opowieści kryminalnych Andrei Camilleriego. Drugi z wydanych przez pisarza tomów opowiadań z Montalbano w roli głównej nosi tytuł „Pomarańczki komisarza Montalbano”. A najlepsze arancini robi gosposia komisarza Adelina.

Beata Zatońska

Zdjęcia: 1. Nephelim BadTusk/Flickr; 2. Nelson Suarez/Flickr

Gran finale

Gran finale

Moje pierwsze spotkanie z prawdziwą włoską piłką nastąpiło na początku lat 90. ubiegłego wieku. Oczywiście jako kibic doskonale znałem włoską piłkę, piłkarzy, kluby, ich osiągnięcia i porażki. Ale znać a rozumieć to zupełnie różne rzeczy.


To był mój pierwszy pobyt w Italii, dokładnie w okolicach Neapolu. W niedzielne popołudnie postanowiliśmy pójść na mszę do miejscowego kościoła, w którym jeden z księży był Polakiem. Przeszliśmy przez opustoszałe miasteczko, co nas zbytnio nie dziwiło, wszak była pora sjesty. Ale drzwi do kościoła były zamknięte. Sprawdziliśmy bardzo dokładnie – czas, który wskazywały nasze zegarki i godzina nabożeństwa podana na tablicy, były identyczne. Tylko te drzwi i brak ludzi. Po chwili w naszym kierunku ruszył szybkim krokiem silnie zbudowany krępy mężczyzna z kijem w ręku. Nie miał na sobie szat liturgicznych, tylko strój w biało-zielone pasy. Powitał nas po polsku i poinformował, że teraz nie będzie żadnej mszy, tylko za jakiś czas nabożeństwo weselne lub żałobne. To był nasz ksiądz. Pierwszy tifoso, którego poznałem osobiście. 

Dowiedzieliśmy się, że miejscowa drużyna piłkarska gra wielkie derby z drużyną z sąsiedniej parafii. Walka o prymat nad okolicą przez najbliższy rok. Tradycja sięgająca kilku wieków wstecz. Wcześniej w turniejach rycerskich, dzisiaj w meczu piłkarskim. Oczywiście poszliśmy na ten mecz. Zobaczyłem całe miasteczko, który wspólnym śpiewem przy akompaniamencie bębnów i piszczałek zachęcał swoją ukochaną drużynę do boju. Większość trzymała transparenty, do których drzewce przyniósł nasz ksiądz. Zawodnicy dawali z siebie wszystko, przecież obserwowani byli przez swoje matki, kochanki i żony, przez sąsiadów, pracodawców i pracowników. Przez swoich. Ta prowincjonalna drużyna dawała im poczucie wspólnoty, bycia razem niezależnie od wyniku. Ale najbardziej chcieli dać radość tym, którzy na nich patrzą i w nich wierzą. Gdyby ksiądz nie zmienił godziny mszy, musiałby zmienić parafię. Jako chrześcijanie wybaczyliby mu, ale nie zapomnieli. On jako tifoso by sobie nie wybaczył.

Squadra Azzurra

To wydarzenie pozwoliło mi zrozumieć, czym jest Squadra Azzurra. Drużyna narodowa w niebieskich barwach, których nie ma na fladze Włoch, ale które są kolorem dynastii sabaudzkiej, dynastii królów Italii po zjednoczeniu. W czasach poprzedzających II wojnę światową, gdy Italia nie była potęgą gospodarczą należącą do grupy najbogatszych państw świata, a jej obywatele masowo uciekali za ocean za chlebem, Azzurri dali swemu narodowi dwukrotnie prymat w piłkarskim świecie. Podobnie w latach 70-80, gdy państwo nie radziło sobie z mafią, zamachami, a rządy upadały tak szybko, że nikt nie zwracał uwagi na ten drobny szczegół, kto jest premierem. To może jedna z głównych przyczyn pozycji futbolu w życiu tego pięknego kraju. Emocji, które wzbudzają derby w Rzymie, Mediolanie, Turynie czy miasteczku pod Neapolem. Nadzieja na radość.

W opinii wszystkich liczących się komentatorów Włosi tworzą drużynę – jak żadna inna ekipa na tych mistrzostwach. Nie ma tam wybitnych osobistości piłkarskich walczących o miano najlepszego (najdroższego) piłkarza na świecie, który myśli głównie o sponsorach. Jest zespół dobrych zawodników, którzy razem stanowią doskonały organizm. Kieruje nimi zbliżający się do czterdziestki kapitan Giorgio Chiellini z lekką już łysiną. Obrońca, więc nie ściga się z innymi na liczbę strzelonych bramek. Dba o to, by ich nie stracić. Zresztą przejął opaskę po bramkarzu, wciąż grającej legendzie Gianluigim Buffonie. Prawie wszyscy członkowie kadry narodowej są Włochami od wielu pokoleń, grają we włoskich klubach, którym potrafią pozostać wiernymi przez całą karierę. Po jej zakończeniu mieszkają wśród swoich. Być może również dzięki temu włoska reprezentacja piłkarska ma obecnie najdłuższą w historii zwycięską passę.

Włosi to jedna z trzech najbardziej utytułowanych drużyn w historii światowej piłki nożnej – cztery mistrzostwa globu, dwa Europy, złoty medal Igrzysk Olimpijskich oraz liczne sukcesy drużyn klubowych. To dlatego polscy piłkarze marzą o występach w Serie A, chociaż część z nich przekonała się, jak tam blisko od miłości do nienawiści. W końcu południowy temperament.

Wielki finał

Na obecnych mistrzostwach od początku urośli do roli faworyta. Na meczu otwarcia na Stadio Olimpico Roma pokazali, że nie tylko potrafią się genialnie bronić (słynne włoskie catenaccio), ale przeprowadzać zabójcze kontrataki czy świetnie układać atak pozycyjny. Oczywiście niepozbawione aktorstwa, symulowania fauli, bólu, kontuzji, gestykulacji, emocji werbalnej. Ale to również część ich włoskiej legendy. Tego też oczekują widzowie.

Teraz ku radości kibiców czeka ich Gran Finale. To naprawdę będzie wielki finał. Po pierwsze, mecz odbędzie się na kultowym obiekcie. Po drugie, z nie lada przeciwnikiem. Z Anglią na Wembley.

Czym jest Wembley? Wszystkim, co oznacza piłka nożna. Nie ma bardziej kultowego miejsca w piłkarskim świecie. 90 tysięcy widzów na trzech poziomach trybun. Piekło czy raj piłkarski? Każdy, kto strzeli bramkę na tym stadionie, pozostaje w historii na zawsze. Żaden blamaż nie zostanie zapomniany. Przeciwnikiem finałowym zaś nacja, która ten sport wymyśliła. Zawsze grająca świetną piłkę, ale tylko z jednym mistrzostwem świata i bez miana najlepszej drużyny na naszym kontynencie. Bardzo czekają na kolejny sukces. W końcu największy (jedyny) odnieśli na starym Wembley. Mają drużynę z młodych zawodników grających na Wyspach. Kluby, które w ostatnich 3 latach zdominowały całkowicie europejską piłkę. I kibiców, którzy krzyczą: „jak nie teraz, to kiedy…” (dalej niecenzuralne). Na tych mistrzostwach równie skuteczni jak Włosi. Grają z całkowitym zaangażowaniem od pierwszej do ostatniej sekundy. Grają obserwowani przez miliony ultrasów w pubach, którzy ani nie zapominają, ani nie wybaczają. Do historii przeszedł pewien zawodnik, którzy grał do końca meczu mimo rozbitej, krwawiącej głowy. Stracił tyle krwi, iż po ostatnim gwizdku sędziego upadł i trafił prosto do szpitala. Krew oddali mu wszyscy pozostali pacjenci.

Ten finał jest na tzw. nowym Wembley, na którym pierwszym rozegranym meczem było spotkanie drużyn Anglii i Włoch. Warto przypomnieć, że pierwszą bramkę strzelił włoski piłkarz Giampaolo Pazzini.

A więc do boju, Rzymianie! Już raz zdobyliście Wyspy. Niech wygra piękna gra.

Marcin Giedrojć - kibic piłkarski, archeolog, wielbiciel Włoch, miłośnik Rzymu


Pierfancesco Favino: nigdy nie miałem planu B. Zawsze chciałem być aktorem

Pierfancesco Favino: nigdy nie miałem planu B. Zawsze chciałem być aktorem

Pierfancesco Favino ma to coś. Jest doskonałym, charyzmatycznym aktorem. Świetnie sprawdza się w rolach uwodzicieli, polityków i czarnych charakterów. We Włoszech ma status wielkiej gwiazdy. Gra też w produkcjach zagranicznych, m.in. hollywoodzkich. W ubiegłym roku widzieliśmy go w doskonałym „Zdrajcy” w reż. Marco Bellocchio. Za rolę skruszonego mafiosa Tomaso Buscetty dostał wiele prestiżowych nagród, m.in. David di Donatello. W 2020 roku uhonorowano go nagrodą dla najlepszego aktora na festiwalu w Wenecji za rolę w filmie pt. „Padrenostro”. 


W naszych kinach pojawia się właśnie świetny film w reż. Gabriele Muccino pt. „Najlepsze lata”. Favino zagrał tam jednego z głównych bohaterów, Giulia. I o tym filmie opowiada nam w wywiadzie. Zapraszamy do czytania i oglądania! Film „Najlepsze lata” w kinach już od 18 czerwca. 

„Najlepsze lata” to historia czwórki bohaterów – Paola, Giulia, Riccarda i Gemmy – która rozgrywa się w Rzymie. Poznają się na początku lat osiemdziesiątych. Gdy są młodzi, są nierozłączni. Potem los nie zawsze obchodzi się łaskawie z ich marzeniami, planami i nadziejami.

Film „Najlepsze lata” Gabriele Muccino opowiada o losach czwórki przyjaciół na przestrzeni czterdziestu lat. Co dla pana jest w tej historii najważniejsze?

Pierfrancesco Favino: Bez wątpienia przyjaźń. Ma ogromną wartość, nie do przecenienia. Bez niej nie sposób żyć. Pozwala cieszyć się radościami i daje wsparcie wtedy, gdy się potykamy. To też opowieść o witalności i wierze w siłę marzeń, gdy jest się bardzo młodym, o rozczarowaniach, o miłości i o przemijaniu. 

 
Na planie „Najlepszych lat” spotkał się pan z Kimem Rossi Stuartem i Claudiem Santamarią. W 2005 r. zagraliście razem w „Opowieści kryminalnej” (Romanzo Criminale). Dla całej trójki ten film w reż. Michele Placido był bardzo ważnym etapem w karierze. Jak wam się grało razem po 15 latach przerwy?

Pierfrancesco Favino: Z Kimem rzeczywiście nie pracowałem od czasu „Opowieści kryminalnej”. „Najlepsze lata” były więc wspaniałą okazją do artystycznego, ponownego spotkania. To było bardzo inspirujące. Z Claudiem spotykam się raz na jakiś czas na planie filmowym, graliśmy razem też u Gabriele Muccino. Znam Claudia, przyzwyczaiłem się do jego sposobu pracy i podziwiam jego wielki talent. Przez te lata, które minęły od czasu „Opowieści kryminalnej”, trochę się zmieniliśmy, ale odnaleźliśmy wspólny ton, znowu się zgraliśmy. Rzeczywiście tamten film był kamieniem milowym w zawodowym życiu każdego z nas. Wiele mu zawdzięczamy.

Postać Giulia, którego zagrał pan w „Najlepszych latach”, to długa podróż w czasie. Czy podczas pracy nad tą rolą spoglądał pan wstecz i zastanawiał się nad swoją młodością i nad tym, czy wszystkie marzenia udało się spełnić?



Pierfrancesco Favino: Oczywiście, nie mogło być inaczej. Powróciło wiele wspomnień. Myślałem o dawnych latach, tak różnych od tych, w których teraz żyjemy. Przeżywałem jeszcze raz emocje, które towarzyszyły mi przez dziesiątki lat, gdy odnosiłem sukcesy i gdy popełniałem błędy. Praca nad takim filmem jak „Najlepsze lata” to rzeczywiście świetna okazja do osobistej podróży w czasie.

Od początku kariery aktorskiej jest pan wierny teatrowi. Reżyseruje pan też sztuki teatralne. Czy myślał pan o tym, by wyreżyserować film?

Pierfrancesco Favino: Szczerze mówiąc nigdy mi to nie przyszło do głowy. Wierzę, że jeszcze wiele przede mną jako aktorem. Mam apetyt na granie w filmach. Może nadejdzie taki dzień, że postanowię spróbować sił w kolejnym zawodzie związanym z kinem. Musiałbym mieć jednak do opowiedzenia w filmie historię, która mnie zafascynuje. Reżyserowanie w teatrze daje mi wiele satysfakcji, choć jest – muszę przyznać – dość wyczerpujące.

Często gra pan w filmach postaci, które żyły naprawdę. To m.in. Tomaso Buscetta, generał Della Rovere, mistrz kolarski Gino Bartali, terrorysta Giuseppe Pinelli, polityk Bettino Craxi. To duże wyzwanie dla aktora?

Pierfrancesco Favino: To przede wszystkim sprawa okazania szacunku. Myślę o bliskich osoby, której wizerunek kreuję w filmie, o tym, co oni pomyślą, gdy obejrzą film. Takie podejście wiele zmienia i zmusza do bardzo odpowiedzialnego budowania roli. Gdy tylko było to możliwe, starałem się spotkać z dziećmi lub żonami postaci, które grałem. Chodziło mi o uzyskanie czegoś, co można nazwać pozwoleniem, o coś w rodzaju autoryzacji. Takie rozmowy pozwalają także w pewien sposób zbliżyć się do postaci, którą się gra, poczuć jej ducha.


Zagrał pan w wielu doskonałych filmach. Jak wybiera pan role?

Pierfrancesco Favino: Najważniejszy jest scenariusz. To fundament filmu. Przede wszystkim opowiadamy przecież historie, które powinny być przekonujące. Dopiero potem przychodzi czas na inne, niezwykle ważne składniki filmu, ale nie tak fundamentalne jak scenariusz.

Rok 2020 to rok pandemii i lockdownu. Co pozostawił ten czas?

Pierfrancesco Favino: Pierwsza sprawa, która przychodzi mi do głowy, to ogromny niepokój, co stanie się z kinem, ze wszystkimi ludźmi, którzy pracują w sektorze artystycznym. Staraliśmy się przez te miesiące społecznej izolacji podtrzymywać na duchu ludzi zamkniętych w domach. I nie tylko poprzez filmy. Często nie myśli się o tym, jak ważna jest sztuka w tak trudnym czasie. Dzięki pandemii miałem więcej czasu dla mojej rodziny. Rozwijałem też swoje umiejętności kulinarne, trochę majsterkowałem. 

Jest pan znakomitym aktorem, gwiazdą. Czy były w pana życiu zawodowym takie momenty, gdy miał pan ochotę rzucić to wszystko i zacząć robić coś innego?

Pierfrancesco Favino: Od zawsze chciałem być aktorem. Nie miałem i nie mam tzw. planu B. Nawet wtedy, gdy było ciężko, nie myślałem o zmianie zawodu.

Od urodzenia jest pan rzymianinem. Jaki jest pana stosunek do tego miasta?

Pierfrancesco Favino: Rzym to coś więcej niż miasto. Rzym to opowieść o historii ludzkości. Jest niezwykle piękny, bardzo złożony. Rzym jest również sposobem życia, codziennością, bez której nie sposób się obejść.

Rozmawiała Beata Zatońska





„Najlepsze lata” –  słodko-gorzki film o miłości i przyjaźni

„Najlepsze lata” – słodko-gorzki film o miłości i przyjaźni

Nakręcona z rozmachem, epicka opowieść o czwórce przyjaciół, którzy poznali się i dorastali w Rzymie. Kolejni bohaterowie tej wzruszającej historii to czas, przeznaczenie i przepięknie fotografowana stolica Włoch. W obsadzie znakomici aktorzy – Pierfancesco Favino, Kim Rossi Stuart, Claudio Santamaria i Micaela Ramazzotti.


Reżyser Gabriele Muccino, który jest współscenarzystą filmu, opowiada o swoich bohaterach na przestrzeni 40 lat. Ich losy wpisane są we włoskie przemiany – polityczne i obyczajowe, które nie pozostają bez wpływu na to, co dzieje się z Giuliem (Favino), Gemmą (Ramazzotti), Paolo (Rossi Stuart) i Riccardo (Santamaria). Ich idealizm, wiara w miłości i to, że w życiu wszystko jest możliwe, jeśli ma się u boku ludzi, których się kocha i którym się ufa, zostają zweryfikowane przez codzienność. Oddalają się od siebie, by po pewnym czasie znowu się odnaleźć, zdradzają boleśnie i szukają odkupienia win.

Chłopcy poznają się na początku lat osiemdziesiątych podczas krwawo rozpędzonej przez policję manifestacji. Giulio i Paolo wybiegają z klubu muzycznego w chwili, gdy Riccardo zostaje postrzelony. Wiozą go do szpitala i w ten sposób ratują mu życie. Od tej pory są już nierozłączni. Do ich trójki wkrótce dołącza Gemma, dziewczyna, w której zakochuje się Paolo.

Tę grupę przyjaciół dzieli pochodzenie społeczne i nastawienie do życia. Giulio, syn apodyktycznego mechanika, jest głodny sukcesu; Paolo to skromny idealista i marzyciel, wychowywany przez matkę, a Riccardo o artystycznych ambicjach ma spośród chłopców najbardziej stabilną sytuację rodzinną. Gemma, tak samo jak Paolo, ma tylko matkę. Gdy kobieta umiera, dziewczyna musi wyjechać do Neapolu do ciotki. To pierwszy wielki przełom w życiu całej czwórki.


Okres młodości i wchodzenia w dojrzałość Giulia, Paolo, Riccarda i Gemmy to bardzo burzliwe czasy w historii Włoch i Europy. Italia walczy z mafią i terroryzmem, a w latach dziewięćdziesiątych politycznym trzęsieniem ziemi staje się śledztwo Mani pulite, które pokazało ogromną skalę korupcji na szczytach władzy (tzw. Tangentopoli). Europa z kolei przeobraża się politycznie po upadku muru berlińskiego.

Nic nie układa się tak, jak bohaterowie „Najlepszych lat” to sobie wyobrazili. Giulio zostaje adwokatem, ale zamiast pomagać najbardziej potrzebującym, tak jak planował, daje się uwieść pieniądzom i staje się świetnie opłacany prawnikiem na usługach biznesmenów i polityków.

Riccardo, aspirujący pisarz i krytyk filmowy, nie może utrzymać rodziny na przyzwoitym poziomie. Po rozwodzie angażuje się w działalność polityczną i współtworzy nowy ruch, który ma przywrócić normalność. Znowu ponosi fiasko i przejmuje tłocznię oliwy, która od pokoleń była w jego rodzinie.

Paolo po latach umów na zastępstwo i czasowych kontraktów zostaje nauczycielem w liceum Visconti. Gemma, jedyna prawdziwa miłość w jego życiu, przychodzi i odchodzi.



Każdy z głównych bohaterów filmu to fascynująca, złożona osobowość. Role Favino, Ramazzotti, Santamarii i Rossi Sturata są bogate, pełne odcieni, niejednoznaczne. „Najlepsze lata” to po prostu dobre kino.

Gabriele Muccino – ceniony włoski reżyser, scenarzysta i producent. Urodził się w 1967 roku w Rzymie, pochodzi z artystycznej rodziny. Porzucił studia filologiczne na rzecz kina i terminowania w rzymskim Centro Sperimentale di Cinematografica. Rozpoczynał od krótkich metraży pokazywanych na antenie włoskiej telewizji Rai Uno.

W pełnym metrażu zadebiutował w 1998 roku filmem „Ecce facto”, ale prawdziwym przełomem okazał się jego trzeci film. Nakręcony w 2001 roku „Ostatni pocałunek” przyniósł mu nagrodę publiczności na Sundance Film Festival i międzynarodową rozpoznawalność, która zaowocowała zainteresowaniem ze strony Hollywoodu. Czego dowodem „W pogoni za szczęściem” (2006) czy „Siedem dusz” (2008), oba z Willem Smithem w roli głównej.

Muccino kontynuował kręcenie filmów za oceanem, współpracując z takimi gwiazdami, jak Russell Crowe, Uma Thurman czy Gerard Butler. Wraca też do swoich włoskich korzeni za sprawą takich produkcji jak „Nadeszło lato” (2016) czy „Najlepsze lata” (2020).

Film „Najlepsze lata” był nominowany do nagrody David di Donatello w kilku kategoriach, m.in. za reżyserię i za rolę Micaeli Ramazzotti. Nominację dostała także tytułowa piosenka, którą wykonał Claudio Baglioni, jeden z najbardziej lubianych włoskich piosenkarzy. Dystrybutorem filmu w Polsce jest Aurora Films

Beata Zatońska

Zdjęcia – materiały prasowe Aurora Films

Włosi pamiętają o Giovannim Falcone

Włosi pamiętają o Giovannim Falcone

23 maja 1992 r. to ważny dzień we współczesnej historii Włoch. Tego dnia w zamachu bombowym zginął sędzia Giovanni Falcone. Śmierć ponieśli także jego żona Francesca Morvillo oraz czterech agentów specjalnych, którzy chronili państwa Falcone – Vito Schifani, Rocco Dicillo i Antonio Montinaro. Do zamachu doszło na autostradzie Palermo-Mazara, na wysokości Capaci.


Co roku w Palermo i na miejscu zamachu organizowane są uroczystości państwowe ku czci sędziego zamordowanego przez cosa nostrę.

Falcone bezkompromisowo walczył z sycylijską mafią. Był jednym z tych, którzy przygotowali tzw. maksiproces (wł. maxiprocesso). Rozpoczął się 10 lutego 1986 r. w przygotowanym specjalnie na tę okoliczność bunkrze przy więzieniu dell'Ucciardone w Palermo. To był wielki cios, który włoskie państwo zadało mafii. 

Proces, poprzedzony zmasowanym atakiem na sycylijską cosa nostrę, zakończył się 16 grudnia 1987 r. Skazano łącznie 362 gangsterów, w tym ponad stu zaocznie (in absentia) – w tej grupie byli m.in. bardzo niebezpieczni bossowie Salvatore Riina i Bernardo Provenzano. Świadkiem koronnym w procesie był skruszony mafijny boss Tommaso Buscetta. Niedawno w kinach mieliśmy świetny film o Buscetcie pt. „Zdrajca” w reż. Marco Bellocchio z Pierfrancesco Favino w głównej roli.

To właśnie Totò Riina, zwany Bestią, szef sycylijskiej cosa nostry, zorganizował zamach. Sędzia, który zadarł z „nieformalnymi królami Sycylii”, miał na Sycylii zginąć. Riina był przekonany, że ta okrutna śmierć będzie przestrogą dla tych wszystkich, którzy chcieliby raz jeszcze podnieść rękę na mafię.


Zamach był obmyślany w każdym szczególe. Mafiosi świetnie wiedzieli, którą droga i kiedy będzie jechał Falcone. Na jego samochód czekało pół tony materiałów wybuchowych, które rozmieszczono na 100-metrowym odcinku drogi.

Giovanni Falcone po maksiprocesie miał całodobową ochronę. Agenci specjalni pilnowali go przez 24 godziny na dobę. Nie udało się go jednak uchronić przed mafijną zemstą.

Kilka miesięcy po śmierci Falcone mafia zabiła także sędziego Paolo Borsellino, współpracownika Falcone. Do zamachu doszło 19 lipca 1992 r. w Palermo.

Bezkompromisowy Giovanni Falcone walczył nie tylko z samą mafią, ale także ze skorumpowanymi przez przestępców strukturami państwa. Wielu prominentnych włoskich polityków było z mafią związanych, m.in. wielokrotny premier, chadek Giulio Andreotti.


Falcone wiedział, jak groźnym i potężnym przeciwnikiem jest mafia. Ale wiedział też, że nie może zboczyć z raz obranej drogi. Bywało, że szedł na rękę mafiosom, którzy zdecydowali się mówić. Tak było w przypadku Buscetty. Złamanie świętego dla cosa nostry nakazu milczenia, czyli omerty, to była sprawa bardzo poważna.

Sędzia współpracował także z Amerykanami przy wielkiej operacji zwanej „Pizza Connection”, która miała na celu uderzenie w międzynarodowych handlarzy heroiną, którzy mieli związki z cosa nostrą.

Giovanni Falcone pochodził z Palermo. Urodził się tam w 1939 r. Po odbyciu służby wojskowej skończył akademię morską i niewiele brakowało, by został zawodowym marynarzem. Zapisał się jednak na prawo. W 1974 r. trafił do Palermo do wydziału sędziów śledczych. Wtedy zaczął mafii deptać po piętach i tropić wymuszanie haraczy, handel narkotykami oraz korupcję.

Beata Zatońska

Zdjęcia - Wikimedia Commons 




 

Włoski triumf na Eurowizji! Trzydzieści jeden lat po toto Cutugno

Włoski triumf na Eurowizji! Trzydzieści jeden lat po toto Cutugno

„Rock and roll nigdy nie umrze” – powiedział tuż po ogłoszeniu ostatecznych wyników konkursu Eurowizji Damiano z zespołu Måneskin. Włosi wygrali ten muzyczny konkurs po raz pierwszy od 30 lat. W 1990 r. triumfował Toto Cutugno, który zaśpiewał wtedy piosenkę „Insieme”.


W 1964 r. Eurowizję wygrała włoska wokalistka Gigliola Cinquetti w 1964 r.

Do rzymskiego rockowego zespołu Måneskin popłynęły gratulacje z całych Włoch, także z Palazzo Chigi, czyli od włoskiego rządu.

Måneskin zaśpiewali na scenie w Rotterdamie piosenkę „Zitti e buoni” (grzeczni i cisi), z którą wygrali także Festiwal Piosenki Włoskiej Sanremo 2021. Tytuł utworu to zwrot, który często słyszą włoskie dzieci – mają być ciche i grzeczne. Måneskin śpiewali, m.in. „zaszokuj mamę…" i „Jesteśmy szaleni, ale różnimy się od nich”.

Jaką receptę na sukces mają muzycy z Måneskin? „Trzeba pozostać sobą i nie przejmować się głupimi komentarzami innych ludzi. Gramy muzykę, którą kochamy, a to jest bezcenne. Najważniejsze to być w zgodzie ze sobą” – mówi Damiano, frontman zespołu.

Był mały kiks. W mediach społecznościowych pojawiła się informacja, że podczas występu w Ahyo Arena w Rotterdamie Damiano pochylił się w pewnym momencie nad stolikiem i wciągnął kokainę. „Nie powtarzajcie tego, to nieprawda. Nie biorę kokainy!” – powtarza Damiano.



Rockowy zespół Måneskin powstał w Rzymie w 2015 r. Jest ich czworo: Damiano David – wokal, Victoria De Angelis – bas, Thomas Raggi – gitara, Ethan Torchio – perkusja. Mają od 20 do 22 lat i kochają rocka, co podkreślają w wielu wywiadach.

Na pomysł stworzenia zespołu wpadli David i De Angelis. Do składu dokooptowali
gitarzystę Raggiego, który razem z Victorią chodził do średniej szkoły muzycznej. Perkusistę znaleźli po tym, jak dali ogłoszenie w mediach społecznościowych.

Måneskin to duńskie słowo, które na włoski można przetłumaczyć jako „światło księżyca”. Dlaczego duńskie słowo? Bo Victoria jest w połowie Dunką,


Głośno zrobiło się o nich w 2017 r., gdy wzięli udział w 11. edycji włoskiego programu „X Factor”. Zajęli drugie miejsce, podpisali kontrakt z wytwórnią Sony Music i w tym samym roku wypuścili epkę „Chosen”.

Do tej pory zespół wydał dwa albumy – w 2018 „Il ballo della vita” i w 2021 „Teatro d'ira - Vol. I”

Måneskin zyskał wielką popularność. Gwiazdą stał się zwłaszcza Damiano. 22-letni przystojniak zakochany w tatuażach jest obiektem westchnień włoskich dziewczyn.

Recepta na sukces? Måneskin mówią o sobie, że są czwórką bezkompromisowych przyjaciół, którzy robią taką muzykę, jaka im się podoba.

Beata Zatońska

Zdjęcia - https://eurovision.tv (materiały prasowe) 




 

 Luca Marinelli: Martin Eden powstawał m.in. w Teatro Bellini w Neapolu

Luca Marinelli: Martin Eden powstawał m.in. w Teatro Bellini w Neapolu

– Neapol jest miastem szczególnym, tyglem kulturowym. Jest bardzo gościnny i przygarnia wszystkich, którzy są na niego otwarci. Pietro Marcello pokazywał nam to miasto, które doskonale zna. Wiele lat tam mieszkał, a urodził się w Casercie. Spędziłem w Neapolu razem z ekipą filmową fantastyczny czas – opowiada aktor Luca Marinelli o pracy na planie filmu pt. „Martin Eden”, który 21 maja wchodzi do kin.

Miłośnicy włoskich filmów znają Lukę Marinellego. Zagrał m.in. Mattię w „Samotności liczb pierwszych” oraz Cygana Fabio w „Jeeg Robot”. Za rolę w „Martinie Edenie” w reż. Pietra Marcello dostał Puchar Volpiego na festiwalu w Wenecji. Ten znakomity aktor ma na swoim koncie wiele innych prestiżowych wyróżnień, m.in. David di Donatello za „Jeeg Robot”.


Jak zaczęła się pana przygoda z „Martinem Edenem”?
Na długo przed tym, jak dowiedziałem się, że będę grał tę postać. Zobaczyłem film Pietro Marcello pt. „Bella e perduta”. Pamiętam do dziś emocje i wzruszenie, które we mnie wzbudził. Pomyślałem od razu, że chciałbym kiedyś pracować z tym reżyserem. I chyba go przyciągnąłem do siebie. Co prawda upłynęły trzy lata, ale liczy się efekt. Zadzwonił telefon i okazało się, że Marcello chce ze mną porozmawiać o nowym projekcie. To był właśnie „Martin Eden”. Tak więc zaczęło się to wszystko od artystycznej fascynacji. Gdy moje marzenie się ziściło, nie posiadałem się z radości.

Czytał pan wcześniej tę powieść Jacka Londona?
Znałem i lubiłem inne książki Jacka Londona. „Martina Edena” miałem na liście do przeczytania. Podczas pracy nad filmem przeanalizowałem tę powieść bardzo, ale to bardzo dokładnie. Czytałem jednocześnie książkę i scenariusz, który na początku liczył 300 stron.

300 stron? To bardzo, bardzo dużo.

Taką objętość miała pierwsza wersja scenariusza. Tekst się zmieniał, ewoluował. Na początku był długi, bardziej gęsty. Przejście od książki do filmu to zawsze długa droga. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że zachowaliśmy ducha pierwowzoru literackiego. To, co widzimy na ekranie, to oczywiście wizja Pietra Marcello. Z książki takiej, jaką jest „Martin Eden”, można zrobić prawie wszystko – spektakl teatralny, serial, film krótkometrażowy. To po prostu arcydzieło, jedna z najpiękniejszych książek, jaka została do tej pory napisana.

Kim jest dla pana Martin Eden?
Martin Eden to wrażliwiec o ogromnej sile woli i przetrwania. Jest empatyczny i ma przy tym niezwykłą, nieposkromioną chęć odkrywania świata, smakowania życia. Przeżywa wiele rozczarowań, ale się nie cofa. To, co z nim dzielę, to m.in. poczucie, że najważniejsza jest sama podróż, a nie osiągnięcie jej celu.


Niespodzianką dla mnie było to, że Pietro Marcello przeniósł akcje „Martina Edena” z USA do Neapolu.
Też byłem zaskoczony, ale to świetna decyzja. Neapol jest miastem szczególnym, tyglem kulturowym. Jest bardzo gościnny i przygarnia wszystkich, którzy są na niego otwarci. Pietro pokazywał nam to miasto, które doskonale zna. Wiele lat tam mieszkał, a urodził się w Casercie. Tak, spędziłem w Neapolu razem z ekipą filmową fantastyczny czas.



Martin Eden mówi w filmie po neapolitańsku. To trudny język?
Ma pani rację, to jest język, nie dialekt, jak uważa wielu. Trudny, ale piękny. Na początku przysparzał mi kłopotów, zwłaszcza gdy trzeba było coś zaimprowizować. Pomagał mi nauczyciel, wiele podpowiadał Pietro, który mówi po neapolitańsku. 

Jak wyglądały próby przed wejściem na plan filmowy?
Najpierw dużo rozmawialiśmy z Pietro, a potem pojechaliśmy do Neapolu i przez półtora miesiąca pracowaliśmy w Teatro Bellini w Neapolu. Mieliśmy do dyspozycji scenę. Było tak, jakbyśmy próbowali przed spektaklem teatralnym. Dla Pietro dialogi są bardzo ważne. Podczas prób poznaliśmy tekst od podszewki, wiedzieliśmy jak brzmią zdania ze scenariusza, poczuliśmy dynamikę scen.

Brakuje panu teatru? Mówi pan teraz z wielkim zapałem o deskach scenicznych.
Teatr to dla mnie pierwsze aktorskie doświadczenie. Studiowałem przez trzy lata w Accademia d’Arte Drammatica w Rzymie. Po studiach przez dwa lata jeździliśmy ze spektaklem dyplomowym, który wyreżyserował nasz profesor Carlo Cecchi.


Ze swoim profesorem spotkał się pan na planie Martina Edena. Jak się wam grało razem?
To było bardzo wzruszające przeżycie, nigdy wcześniej nie spotkaliśmy się na planie filmowym. Choć na co dzień jesteśmy w kontakcie, to jednak zawsze brakowało nam czasu na długie rozmowy. W Neapolu mieliśmy go więcej.

Grywa pan często mocnych, bardzo charakterystycznych bohaterów. Taki jest Martin Eden, taki był Cygan z „Jeeg Robot” czy wielki pieśniarz Fabrizio De André. Przypadek?

Nie wiem, ale coś w tym jest, skoro dostaję propozycje zagrania takich właśnie ról. Dla aktora to wielka radość, bo może pracować ze wszystkimi odcieniami emocji. Poza tym jest w takiej pracy coś z ducha alpinizmu – gdy gram taką postać, czuję się, jakbym zdobywał górę.

Jak mieszka się rzymianinowi w Berlinie? Kilka lat temu przeniósł się pan do stolicy Niemiec.
Lubię Berlin, to wspaniałe miasto, pełne teatrów, kin, sal koncertowych. Wszystko tam chodzi jak w zegarku. Można wypić kawę nie gorszą niż w Rzymie. Tak naprawdę to brakuje mi moich przyjaciół, bywają chwile, że chciałbym wyczarterować samolot i sprowadzić ich natychmiast do Berlina.

Rozmawiała Beata Zatońska

Dystrybutorem filmu jest Aurora Films
Zdjęcia – materiały prasowe





   Żar emocji  w „Martinie Edenie” i wycieczka do zawieszonego poza czasem Neapolu

Żar emocji w „Martinie Edenie” i wycieczka do zawieszonego poza czasem Neapolu

Dzięki filmom i książkom odbywamy niekończące się podróże – w czasie, przestrzeni i świecie emocji. „Martin Eden” w reż. Pietro Marcello zabiera nas na niezwykłą wycieczkę do Neapolu, który jest jednym z głównych bohaterów filmu. Tytułowego Martina Edena zagrał znakomity włoski aktor Luca Marinelli.

Neapol w filmie Marcella jest miastem zawieszonym w czasie – odnajdujemy w jego przestrzeni akcenty związane z czasem tuż powojennym, z latami trzydziestymi czy pięćdziesiątymi XX wieku. Utwór Marcellego jest szczery, mocny, zaskakujący, momentami liryczny. Gra z symbolami i naszymi przyzwyczajeniami, rozszerza granice postrzegania.


Historia Martina Edena, młodego człowieka, który marzy o spełnieniu ambicji i karierze, jest uniwersalna. To klasyczny bildungsroman, czyli opowieść inicjacyjna. Martin prze do przodu, potyka się, rozczarowuje, ale jest konsekwentny.

Los mu sprzyja. Martin broni przed napastnikami Artura, syna bogatych przemysłowców. Gdy odprowadza go do domu, poznaje jego siostrę, Elenę, w której zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Tu zaczyna się życiowa odyseja gniewnego Martina, który potrafi postawić wszystko na jedną kartę.

Luca Marinelli („Samotność liczb pierwszych”, „Jeeg Robot”) w roli Martina Edena to strzał w dziesiątkę. Jest magnetyczny i charyzmatyczny. Przystojny, głodny życia Martin w interpretacji Marinellego miewa w sobie coś diabolicznego.

Pietro Marcello, który jest także współautorem scenariusza filmu oraz współproducentem, przesączył oryginał powieści Martina Edena przez swoje widzenie świata. USA zamienił na Neapol, gdzie akcja filmu nabrała innego tempa, gęstości i barw emocjonalnych. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę.


Reżyser pochodzi z Caserty. Pytany o Neapol i jego rolę w „Martinie Edenie” odpowiadał, że stolica Kampanii jest miastem tolerancyjnym, które przyjmuje wszystkich. Ważna dla niego była również wysoka temperatura emocjonalna tego morskiego portu i jego różnorodność.

„Film jest bardzo wierny książce, choć oczywiście są pewne różnice. Nie mogło ich nie być. Ale staraliśmy się być bardzo uważni podczas adaptacji” – mówił w jednym z wywiadów Marcello.

„»Martin Eden« to opowieść o społecznych kosztach. Młody chłopak emancypuje się za pośrednictwem kultury, a potem staje się ofiarą przemysłu kulturalnego i swojego indywidualizmu. To historia uniwersalna, która może rozgrywać się wszędzie. Postanowiliśmy więc przenieść ją z USA do Neapolu, miejsca, gdzie doskonale pasuje” – tłumaczył reżyser.


Pietro Marcello jest świetnym dokumentalistą. Jak mówi w wywiadach, jednym z jego idoli jest Ermanno Olmi, mistrz włoskiego neorealizmu („Drzewo na saboty”, „Legenda o świętym pijaku”).

Film zdobył wiele nagród na międzynarodowych festiwalach. Luca Marinelli dostał Puchar Volpiego dla najlepszego aktora podczas 76. MFF w Wenecji. „Martin Eden” także był nominowany do Europejskich Nagród Filmowych w najważniejszych kategoriach: najlepszy film, reżyser, aktor oraz scenariusz. Obraz Marcella uhonorowano również szeregiem włoskich nagród filmowych David di Donatello – za najlepszy scenariusz adaptowany, nominacje: najlepszy film, najlepszy reżyser, najlepszy aktor, najlepsze kostiumy, najlepsze zdjęcia, najlepsza muzyka.

Beata Zatońska

Zdjęcia - materiały prasowe



  Vespa – włoski styl i lekcja spełniania śmiałych marzeń

Vespa – włoski styl i lekcja spełniania śmiałych marzeń

Vespa – symbol Włoch. Podziwiamy vespy na ulicach włoskich miast, robimy im zdjęcia, przywozimy breloczki z vespą. Nasi najbliżsi dostają koszulki z vespą, albo ekologiczne szmaciane torby z jej wizerunkiem. Jednym słowem wszyscy vespę znamy i kochamy, a na dodatek zazdrościmy Włochom, że mogą swobodnie poruszać się nią przez cały rok.


Vespa obchodzi właśnie 75. urodziny, a postać Enrico Piaggio, przedsiębiorcy, który ją wyprodukował, przypomniał film, który można oglądać na platformie Netflix.

Do dziś marka Piaggio wypuściła 129 modeli vespy. Jeździli nimi i jeżdżą artyści oraz celebryci, vespę miał m.in. David Bowie. Gdy zechcemy poznać historię tego kultowego pojazdu, warto odwiedzić Muzeum Piaggio w Pontederze lub Muzeum Vespy w Rzymie, przy Via Cavour.

Romantycznie

Filmowa historia Enrico Piaggio jest wzruszająca i romantyczna. Właściwie to opowieść „na motywach” życia przedsiębiorcy. Mimo problemów i złych ludzi, którzy stają na drodze Piaggio, udaje mu się stworzyć pojazd dla milionów zbiedniałych przez wojnę Włochów, uratować zakłady, które odziedziczył po ojcu. Enrico zdobywa też miłość pięknej kobiety, wdowy po bohaterze wojennym.


Film pt. „Enrico Piaggio – Vespa” reż. Umberto Marino, arcydziełem nie jest, ale daje pogląd na to, co wydarzyło się przed laty w toskańskiej miejscowości Pontedera, niedaleko Pizy. Film na pewno nadaje się do obejrzenia w weekendowy wieczór czy popołudnie. Podnosi na duchu i daje poczucie, że prawie wszystko jest możliwe.

Enrico Piaggio ukazany został jako człowiek, który myśli nieschematycznie, nie traci wiary w sukces, dba o innych ludzi i nie boi się stawić czoła przeciwnościom. I tego nam właśnie w czasie pandemii trzeba.

Filmowo

Historia skutera vespa jest zresztą mocno z kinem związana. We wspomnianym wyżej filmie duży nacisk kładzie się na to, że dzięki filmowi skuter stał się bardzo popularny. Chodzi o „Rzymskie wakacje”, które wyreżyserował Billy Wilder. Bohaterowie filmu – Gregory Peck, który zagrał amerykańskiego dziennikarza i Audrey Hepburn w roli księżniczki Anny – jeżdżą po Rzymie na vespie właśnie.


Skuter jest – co tu kryć – gwiazdą filmową. Jeździli na niej po Rzymie m.in. Marcello Mastroianni w „Słodkim życiu” Federica Felliniego, Nanni Moretti w „Dzienniku intymnym”. Lista filmów – włoskich i hollywoodzkich, w których bohaterowie jeździli vespą jest bardzo, ale to bardzo długa. Są wśród nich m.in. „Ojcowie i dzieci”, „Boccaccio 70” oraz „Sprawcy nieznani” Mario Monicellego, „Utalentowany pan Ripley” reż. Anthony Minghela, „Tłumaczka” Sidneya Pollacka. Przykłady filmowej kariery vespy można mnożyć prawie w nieskończoność.

Historycznie

Historia firmy Piaggio i jej powojennego sukcesu wyglądała tak. Najpierw był dziadek Enrica, również Enrico, który miał firmę zajmującą się obróbką drewna. Jego syn, Rinaldo, w 1884 r. założył w Pizie, przedsiębiorstwo, które produkowało wyposażenie dla statków dalekomorskich i wagonów kolejowych. Rinaldo był otwarty na nowe wyzwania, zatrudniał ludzi z otwartymi głowami. Wkrótce zaangażował się w nowo powstający przemysł lotniczy – w 1917 roku Piaggio przejął spółkę w Pizie. To był strzał w dziesiątkę; mimo kryzysu po I wojnie światowej nadal rozwijał biznes.

1924 roku Piaggio kupił fabrykę w Pontederze i zaczął budować silniki lotnicze. U Rinaldo Piaggio pracowali znakomici inżynierowie, wśród których był m.in. Corradino d’Ascanio, konstruktor jednego z pierwszych na świecie helikopterów. D’Ascanio odegrał też bardzo ważną rolę w procesie powstawiania vespy.

W 1944 r. Enrico Piaggio przejął firmę po ojcu. Produkcji samolotów i wojskowego sprzętu nie mógł kontynuować  po II wojnie z powodu umów międzynarodowych. Wtedy wpadł na genialny pomysł, w który nie od razu wszyscy uwierzyli. Postanowił, że wyprodukuje dla Włochów nowy środek transportu – tani i wygodny. Zainspirowała go… dziecięca hulajnoga.


Enrico Piaggio zwrócił się o pomoc do inżyniera d’Ascanio. I tak zaczęła się historia vespy, jednośladowego pojazdu, w którym zastosowano silnik, który został po produkcji samolotów, oraz kilka innych lotniczych rozwiązań.

Na początku vespa miała się nazywać Paperino – tak mówi się we Włoszech na Kaczora Donalda. Przeznaczenie było jednak inne. Gdy Piaggio zobaczył kolejną wersję jednośladu, powiedział: „Sembra una vespa!” (Wygląda jak osa!). I paperino został osą.

Nowe pojazdy Piaggio sprzedawały się dobrze, ale nie tak dobrze, jak by tego chciał właściciel fabryki. Na karku czuł oddech konkurencji, kilka osób chciało za długi przejąć jego firmę i rzucano mu kłody pod nogi. Początek lat pięćdziesiątych okazał się dla Enrico Piaggio i jego firmy bardzo trudny. Jednak już po 1953 r., po premierze „Rzymskich wakacji” sprzedaż vespy gwałtownie wzrosła.

Beata Zatońska 

Zdjęcia, kolejno: Artturi Siivonen/Unsplash, Andrei Mike/Unsplash





  Wycieczka na Burano, tęczową wyspę koronek

Wycieczka na Burano, tęczową wyspę koronek

Burano, kolorowa wyspa, leży w północnej części Laguny Weneckiej. Domy na Burano mienią się wszystkimi barwami tęczy. Wyspa słynie z produkcji koronek, pysznych ciastek i unikatowego smaku risotto, którego receptura jest pilnie strzeżonym sekretem.


Nasyciwszy się majestatyczną Wenecją, warto wypuścić się na okoliczne wysepki. Najsłynniejsze to oczywiście Murano i Burano. Jest też urocza, niewielka Torcello ze wspaniałymi mozaikami w bazylice Santa Maria Assunta, mroczna Poveglia, Sant’Erasmo – zwana wyspą ogrodem czy światowa Lido di Venezia, gdzie odbywają się festiwale filmowe.

Do Burano można dopłynąć tramwajem wodnym – vaporetto z Wenecji, np. spod dworca kolejowego Santa Lucia. Podróż zajmuje ok. godziny.

Można na wyspie zrobić sobie bazę wypadową do zwiedzania Wenecji i jej okolic. Burano jest klimatyczne i przytulne. Znajdziemy tu dostępne cenowo hostele i pensjonaty, choć trzeba pamiętać, że wyspa jest niewielka, więc i baza noclegowa nie przyprawia o zawrót głowy.


Z Burano można się wybrać na piechotę na sąsiednią wysepkę, Mazzorbo, bowiem łączy je drewniany most. Mazzorbo jest wiejska, sielska i pełna ogrodów.

Na Burano warto wpaść m.in. do szesnastowiecznego kościoła św. Marcina Biskupa (Chiesa di San Martino Vescovo) oraz do kaplicy św. Barbary (Cappella di Santa Barbara). Wiele przyjemności daje spacer uliczkami wyspy, wzdłuż których stoją kolorowe, pudełkowe domy. Gdy zmęczy nas strumień turystów, trzeba odbić w boczną uliczkę i tam delektować się spokojem.

Ma Burano swoją krzywą wieżę – campanille storto. Świetny widok na nią rozciąga się z brzegu wyspy Giudecca. Dzwonnicę wzniesiono przy kościele św. Marcina Biskupa, a potem, w XVIII wieku postanowiono ją poprawić i sprawić, że będzie bardziej okazała. Architekt trochę robotę spartaczył i wieża się przekrzywiła.

Głodni znajdą coś na ząb np. na placu Baldassarre Galuppi, gdzie przycupnęły bary i restauracje.


Kolorowe domy

Dlaczego domy na Burano są tak kolorowe? Teorii jest wiele. Mówi się np., że malowano je na żywe kolory, by rybacy powracający z połowów szybko mogli znaleźć swoją siedzibę mimo mgły spowijającej wyspę. Złośliwi twierdzą jednak, że domy malowano na tak kontrastowe kolory, żeby wymykający się nad ranem z sypialni cudzej żony kochanek mógł bezpiecznie wrócić do siebie.

Wg innej teorii każdy ród na Burano ma przypisany do siebie kolor i tylko na taki może pomalować swoją siedzibę.

Elewacje niskich domków na Burano są co roku odnawiane, dzięki czemu kolory błyszczą w słońcu i przebijają się przez zimową mgłę.

Nie wszystkie domy na Burano są jednokolorowe. Bywają też pomalowane na wszystkie kolory tęczy tak jak ten, który należał do Giuseppe Tosellego, zwanego Bepi Suà lub Bepi od cukierków.

Bepi był miłośnikiem sztuki i filmu, pracował jako konserwator w kinie. Gdy kino zamknięto, zajął się sprzedażą cukierków na placu Galuppi i stąd jego drugie przezwisko. Bepi malował swój dom w kolorowe wzory, cieszył się odcieniami i kształtami. Stał się legendą Burano, organizował dla dzieci pokazy filmów. Na podwórku uruchamiał projektor, rozpościerał białe prześcieradło i maluchy z Burano cieszyły się filmowymi opowieściami. Bepi już nie żyje, a w jego kolorowym domu kuzynka urządziła pensjonat. Dom Bepiego nadal pozostaje jednak najbardziej kolorowym budynkiem na Burano.


Koronkowy zawrót głowy
Burano – koronki. To pierwsze skojarzenie. Koronki zaczęto tam wyrabiać mniej więcej w XIII wieku, może wcześniej. Mistrzem w ich malowaniu był wenecki malarz Carpaccio.

Dlaczego koronki? I tu znowu z wyjaśnieniem spieszą legendy. Według jednej z nich żony rybaków musiały czymś zająć ręce podczas oczekiwania na mężów, robiły więc koronki.

Wedlug innej legendy pewien żeglarz popłynął w daleki rejs i bardzo tęsknił za swoją ukochaną. Pewna syrena zakochała się w żeglarzu i próbowała go kusić. On jednak nie dał się zwieść, bo miał w sercu tylko swoją narzeczoną. Syrenę ujęła jego wierność i razem ze swoimi koleżankami przygotowała dla przyszłej żony żeglarza koronkowy welon na ślub. I tak pierwsza misterna koronka zawędrowała na Burano.

Mówi się, że do rozpowszechnienia się koronki z Burano przyczyniła się żona doży Marino Grimani, pani Morosina Morosini. Założyła na wyspie wytwórnię, w której pracowało ok. 130 rzemieślników.


Od XVI wieku koronki z Burano zaczęły robić zawrotną karierę na świecie. Zakochali się w nich monarchowie angielscy i francuscy. Uwielbiał je np. Ludwik XVI, czyli Król Słońce.

Gdy w XVIII wieku kryzys dopadł Republikę Wenecką, skończyła się świetność zakładów na Burano. W 1872 hrabina Andriana Marcello założyła na Burano szkołę koronczarską, gdzie rewitalizowano starodawne rzemiosło. Szkoła działała do 1978 r. Obecnie w tym samym budynku, przy piazza Galuppi, znajduje się Muzeum Koronek.

Mnóstwo sklepów z koronkami jest na Via Galuppi, gdzie mieszczą się najstarsze zakłady rzemieślnicze.

Ciasteczka i risotto

Co można zjeść na Burano? Ryby, owoce morza, słynne cichetti, czyli małe przekąski, takie na jeden ząb. Słynne jest risotto di gò.

Gò (ghiozzo) to ryba, niezbyt piękna, ale pyszna. Jej polska nazwa to babka wężogłowa. Każda pani domu ma swój przepis na to risotto, przekazywany z matki na córkę i strzeże go jak oka w głowie. Risotto robi się „alla buranella”.

Składniki na risotto di gò to przede wszystkim świeżutka ryba gò, wyłowiona właśnie z wód laguny, ryż, masło, białe, miejscowe wino, soffritto, oliwa, posiekana pietruszka.

Na deser ciasteczka bussolà, również specjał z Burano. Ciasteczka te przygotowywały dla mężów żony rybaków, by na morzu mogli zjeść coś pożywnego i smacznego.

Beata Zatońska

Zdjęcia: Beata Zatońska