Nadlatuje Befana z workiem prezentów...

Nadlatuje Befana z workiem prezentów...

Befana przynosi włoskim dzieciom podarki nocą z 5 na 6 stycznia. Oczywiście tym grzecznym. Nieposłuszne dostają od niej bryłki węgla. Befana wygląda jak zła czarownica, ale w rzeczywistości jest dobra, choć podobno bywa złośliwa.


O Befanie powstało mnóstwo baśni, piosenek,  rymowanek i wierszyków.  Znają je wszystkie włoskie dzieci i potrafią zanucić, np. „Trullala' Trullala' Trullala'. La Befana vien di notte con le scarpe tutte rotte" (Befana przychodzi  nocą w zniszczonych butach). Na początku stycznia nikt we Włoszech nie wierzy w św. Mikołaja i jego prezenty. Rządzi Befana! Postać staruszki z miotłą pojawia się wszędzie, pełno jej w sklepach i w reklamach. Można też sobie zafundować maskę lub strój Befany.     

Rzeczywiście Befana nie jest elegantką. Strój ma raczej niedbały i lata na miotle. Ma długi, haczykowaty nos, spiczastą brodę i potargane włosy. Nosi obszerną suknię, fartuch  z kieszeniami, szyję ma owiniętą szalem. Jej ubranie jest połatane, a buty bywają podarte.

Ale Befana strojem się nie przejmuje, ma mnóstwo roboty. Nocą z 5 na 6 stycznia lata na miotle od domu do domu, wchodzi przez komin i zostawia dzieciom prezenty; wrzuca je do specjalnie przygotowanych pończoch. Na chwilę przysiądzie, zje przygotowaną dla niej mandarynkę lub pomarańczę, przegryzie ciasteczkiem i czasem zostawi odcisk dłoni w popiele, który wysypuje się przy talerzyku z poczęstunkiem.          

Pogańska tradycja i legenda związana z trzema królami

Befana według pogańskiej tradycji symbolizuje stary, odchodzący rok. Pochodzi w prostej linii od bogini Brechty, zwanej też Prechtą, która to była związana ze świętem Yule, przypadającym na przełomie grudnia i stycznia. Bogini przynosiła światło w prezencie zmęczonej chłodem Ziemi. Wierzono też, że opiekuje się dziećmi. Gdy pojawiała się zimą, nagradzała tych, którzy byli dobrzy, i karała złych. W starożytnym Rzymie podobną funkcję pełniła bogini Strenia (Strenua). 

Imię Befana pochodzi od greckiego słowa „epifania”.  Legenda o Befanie związana jest ze Świętem Trzech Króli. Otóż magowie podążający, by złożyć dary narodzonemu właśnie Jezusowi, zabłądzili. Spotkali staruszkę, wyjaśnili cel podróży  i poprosili, by poszła z nimi i wskazała im drogę. Kobieta nie chciała. Po pewnym czasie namyśliła się jednak, ale nie mogła już odnaleźć czcigodnych wędrowców. Od tamtej pory nocą przed Epifanią odwiedza wszystkie domy i zostawia prezenty, głównie słodycze.  Chce wynagrodzić swoje lenistwo.  Zostawia też prezenty dzieciom, licząc, że trafi na Dzieciątko Jezus.

Dlaczego Befana rozdaje także węgiel? W wielu regionach Włoch stary rok żegnano, paląc jego kukłę; pozostawała po niej kupka popiołu i zwęglone kawałki węgla.

Coś dobrego dla Befany

W każdym włoskim regionie przygotowuje się tradycyjne ciasta oraz słodycze z okazji Epifanii, dla Befany i dla dzieci.

W Piemoncie jest to fugassa d’la Befana – miękkie, puszyste i aromatyczne ciasto, któremu nadaje się kształt stokrotki. 

W Toskanii popularne są pachnące anyżem ciasteczka cavallucci di Siena. W Veneto z tej okazji jada się pinsę, rodzaj pizzy z polenty z suszonymi owocami.  Z kolei w Abruzzo podaje się  pepatelli – ciasteczka przypominające toskańskie cantucci.

W całych Włoszech do skarpet przygotowanych przez dzieci wrzuca się… słodki węgiel. Mają dwa w jednym – ostrzeżenie, żeby były grzeczniejsze, i łakocie na odgonienie smuteczku. Słodki węgiel przygotowuje się w wielu włoskich domach. Przed Świętem Trzech Króli pojawia się też w cukierniach.

Przepis na słodki węgiel

Składniki: 

Białko z jednego jajka,

500 g cukru – dwie porcje 200 i 300 gramów,

100 gramów cukru pudru,

łyżeczkę wódki,

czarny barwnik spożywczy,

100 gramów letniej wody

Przygotowanie

Ubijamy sztywną pianę z białka i 200 gramów cukru.  Potem dodajemy do piany cukier puder i łyżeczkę alkoholu (procenty wyparują pod wpływem temperatury). Ubijamy jeszcze chwilę,  dodajemy do masy barwnik spożywczy i dobrze mieszamy.

Z wody i 300 gramów cukru przygotowujemy syrop, podgrzewamy go do temperatury ok. 140 stopni – można zmierzyć  termometrem. Syrop jest gotowy, gdy energicznie wrze i pojawia się dużo małych bąbelków – zajmie to ok. 10 minut.

Wyłączamy palnik, na którym stoi garnek z syropem, i dodajemy do niego masę cukrową. Mieszamy energicznie – masa zwiększy objętość. Wykładamy ją potem do foremki wyłożonej papierem do pieczenia i zostawiamy, by wystygła i stężała. Potem wyjmujemy ją z foremki i kroimy na nieregularne bryłki. Węgiel gotowy.    

Tam, gdzie mieszka Befana 

Święty Mikołaj mieszka w Laponii, nieopodal  Rovaniemi. A siedziba Befany mieści się w Urbanii w regionie Marche. Sympatyczna czarownica ma tam swój dom, do którego przez cały rok zaprasza dzieci. W Urbanii działa też poczta Befany, można więc do niej napisać list.

Co roku, od 24 lat, w mieście Befany organizowane są w styczniu specjalne uroczystości – trwają od 4 do 6 stycznia. To Festa Nazionale Della Befana – Narodowe Święto Befany. Ulice Urbanii zapełniają się turystami – w ubiegłym roku przyjechało ich ok. 50 tys. Oczy Włochów zwrócone są na miasteczko w Marche, a festę relacjonują media.   

Befana –  zupełnie jak anioł, który otwiera wenecki karnawał – zjeżdża na  miotle z mierzącej 34 metry dzwonnicy na plac. W miasteczku organizowane są różne konkursy, gdy i zabawy. Jest też jarmark, a na ulice wylegają ludzie poprzebierani za Befanę. Można do woli jeść słodycze, a dorośli rozgrzewają się grzanym winem. 

W 2021 r.  święto Befany w Urbanii z powodu pandemii odbywa się online.   

Urbania jest niewielkim, średniowiecznym miasteczkiem. Należała do księstwa Urbino. Można tam obejrzeć m.in. zamek – letnią posiadłość rodu Montefeltro. Urbania słynie z wyrobu ceramiki – rzemiosło to rozwija się tam od XV wieku. W miasteczku jest wiele warsztatów, gdzie można podziwiać mistrzów przy pracy.

Beata Zatońska 

Zdjęcie nr 1 – flickr/Antonio; zdjęcie nr 2 – flickr/ Kintarojoe 

  Włosi – mistrzowie świata w budowaniu szopek bożonarodzeniowych

Włosi – mistrzowie świata w budowaniu szopek bożonarodzeniowych

Włosi nie wyobrażają sobie Bożego Narodzenia bez szopki. Jest ważniejsza od choinki. Nic dziwnego. Pierwsza szopka na świecie powstała w Greccio w Lacjum, a zorganizował ją św. Franciszek z Asyżu. Raz na jakiś czas zdarza się, że szopki wywołują kontrowersje – tak jak ta, którą ustawiono w tym roku na placu św. Piotra w Watykanie. Podniosły się głosy, że w samym centrum Stolicy Piotrowej wylądowali kosmici i do tego brzydcy.



Ceramiczna szopka z monumentalnymi rzeźbami, którą ustawiono na pl. św. Piotra to dzieło sztuki współczesnej. Wykonali ją artyści z Abruzji, z miasteczka Castelli, które słynie z wyrobów ceramicznych. Od XV wieku wytwarzano tam piękną majolikę.

Figury szopki, która stoi w Watykanie, są dziełem uczniów i nauczycieli dawnego Instytutu Sztuki „F.A. Grue”, obecnie państwowego liceum designu. Zbudowano je z pierścieniowych, ceramicznych modułów. Pastuszkowie i święta rodzina u części mieszkańców Rzymu wywołują jednak skojarzenia z obcymi z filmów science-fiction. Po raz pierwszy szopka była publicznie wystawiana w 1965 r. przed kościołem w Castelli, następnie w 1970 r. w Halach Trajana w Rzymie, a kilka lat później w Jerozolimie, Betlejem i Tel Awiwie.

Muzyka, sztuka i tajemnica

Specjalną szopkę przygotowała w tym roku galeria Uffizi we Florencji. To rockowa instalacja epoki pandemii, zbudowana ze świetlnych figur. Nosi tytuł „Natività. Presepe luminoso” (Narodzenie. Szopka świetlista), a jej autorem jest artysta Marco Lodola.

Motywem przewodnim florenckiej szopki jest muzyka i muzycy. Wystawiono ją w oknach na pierwszym i drugim piętrze galerii, a podziwiać ją można z brzegów rzeki Arno, z Mostu Złotników, czyli Ponte Vecchio i z placu przed galerią. Marco Lodola role Józefa i Marii powierzył Lucio Dalli i Giglioli Cinquetti. Wśród pasterzy są m.in. Freddie Mercury, David Bowie, Louis Armstrong, Luciano Pavarotti i Rita Pavone.



„Wiara i sztuka to jedność. Nieuniknionym było więc, by jedno z najświetniejszych włoskich muzeów, Uffizi, w tak świetlisty sposób ukazało bożonarodzeniowe święto. Watykańska szopka z figurami ceramicznymi z Castelli ustawionymi na Placu św. Piotra, stała się przyczyną dyskusji. Dyrektor Uffizi, Eike Schmidt zaprosił do stworzenia szopki doskonałego artystę światła, Marco Lolodę. Jego dzieło odbija się w wodach Arno, jest widoczne z brzegu rzeki. Szopka jest niezwykle oryginalna i łączy nowoczesną intuicję artystyczną i wartości chrześcijańskie. Na obrazie Rubensa pt. „Pokłon pasterzy” Dzieciątko jest otoczone kokonem światła. Tu światło jest ideą Boga. Wszyscy jednoczą się pod światłem komety, myśląc o Bożym Narodzeniu” – napisał o szopce z Uffizi znany we Włoszech krytyk sztuki, Vittorio Sgarbi.

Zaczęło się w Greccio

Pierwszą szopkę zbudował w średniowieczu św. Franciszek z Asyżu. Stało się to w Boże Narodzenie w 1223 r., gdy przebywał w pustelni Greccio w dolinie Resti. Postanowił wtedy zrekonstruować miejsce, gdzie urodził się Jezus Chrystus i przybliżyć prostym ludziom tajemnicę przyjścia na świat Zbawiciela. Św. Franciszek ustawił w grocie żłób, przyprowadził wołu i osła. Do pustelni przyszli okoliczni mieszkańcy, śpiewali i przeżywali bożonarodzeniową noc razem z Franciszkiem i jego towarzyszami.

Św. Franciszek zmarł w 1225 roku, a jego zakon kontynuował zwyczaj budowania szopek. Początkowo szopki przygotowywano tylko przy klasztorach franciszkańskich, z czasem jednak ta piękna tradycja rozpowszechniła się w całej Europie. Szczególnymi względami darzą szopki Włosi.

Do Polski zwyczaj budowania szopek przywieźli oczywiście franciszkanie. Stało się to pod koniec XIII wieku.

Neapol i szopki niezwykłe

Szczególne miejsce we włoskiej tradycji zajmują szopki budowane w Neapolu. Przez cały rok na ulicy San Gregorio Armeno w warsztatach rzemieślniczych można podziwiać przepiękne, bardzo bogate szopki bożonarodzeniowe. W neapolitańskich szopkach sacrum miesza się z profanum. Jak w lustrze odbijają się w nich historia i najważniejsze współczesne wydarzenia. Ze kronik wynika, że pierwsza szopka pojawiła się w Neapolu w 1025 r. Skonstruowano ją w kościele Santa Maria del Presepe.




W następnych wiekach szopki stawały się coraz bardziej popularne, ale na te najpiękniejsze mogła sobie pozwolić tylko arystokracja. Oprócz Świętej Rodziny i pasterzy w grocie narodzenia pojawiali się w szopkach popularni miejscowi święci.

Wielkim zwolennikiem szopek był św. Kajetan z Thieny z zakonu teatynów, który przybył do Neapolu w XVI wieku. Mówi się, że to on przyczynił się do rozpowszechnienia zwyczaju stawiania szopek w neapolitańskich kościołach i domach prywatnych.

Sztuka bożonarodzeniowych szopek rozkwitła w Neapolu wraz z rozwojem baroku. Złoty okres przypadał na wiek XVIII. Matkę Boską, św. Józefa i małego Jezusa otaczali zwykli neapolitańczycy, a scenerią stała się stolica Kampanii. W szopkach są karczmarze, młynarze, handlarze, zwierzęta. Ludzie się kłócą, pracują i jedzą. Widać michy pełne makaronu, połcie mięsa, butelki z winem, kręgi sera, kosze owoców, itp. Z czasem do postaci z szopek dołączyła m.in. figurka Pulcinella z komedii dell’arte. O tym, że szopki są specjalnością Neapolu, pisał m.in. Johann Wolfgang Goethe we „Włoskiej podróży” i zachwycał się, że odwzorowany jest w nich nawet Wezuwiusz.

Szopki neapolitańskie, które powstają w warsztatach najlepszych tamtejszych rzemieślników, to dzieła sztuki. Są doskonale oświetlone, tak jakby czuwali nad tym mistrzowie filmowej sztuki operatorskiej. Kunszt artystów z San Gregorio Armeno sprawił, że postaci z szopek wyglądają „jak żywe”. Są zatrzymane w ruchu, widać to w sposobie, w jaki układają się ich ubrania. Figurki są bardzo ekspresyjne, mają bogatą mimikę i gestykulację.

Neapolitańskie szopki bardzo żywo reagują na to, co dzieje się we Włoszech i na świecie. Są tam figurki polityków i artystów. W 2020 r. pojawiły się postaci lekarza i pielęgniarki. Genny Di Virgilio, rzemieślnik z San Gregorio Armeno, który jako pierwszy, jeszcze w maju, przygotował te figurki powiedział: „To nasi bohaterowie, którzy ocalili Włochy”.

Neapol bardzo przeżył śmierć piłkarza Diego Maradony, który zmarł pod koniec listopada. „Boski Diego” przez siedem lat, od 1984 r. grał w SSC Napoli. Uwielbiano go. Gdy zmarł, figurka Diego zyskała białe, anielskie skrzydła.

Do 10 stycznia 2021 w bazylice św. Klary w Neapolu można podziwiać szopkę przygotowaną przez mistrzów z ulicy San Gregorio Armeno, która ustawiona jest na wielkiej pizzy. Uczczono tak trzecią rocznicę wpisania tego specjału na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Na wzgórzu, w jeziorze, w grocie

W Laveno Mombello (Lombardia), które leży nad Lago Maggiore, od 1975 r. można oglądać podwodną szopkę. Od ponad 40 lat figury naturalnej wielkości umieszczane są na oświetlonej platformie zanurzonej trzy metry pod powierzchnią jeziora. 

W Szmaragdowej Grocie w Conca dei Marini, pięć kilometrów od Amalfi na Wybrzeżu Amalfitańskim (Kampania) jest podmorska szopka. Figury stworzyli mistrzowie sztuki ceramicznej z Vietri sul Mare. Szopka została umieszczona w grocie, na głębokości czterech metrów pod poziomem morza, w 1968 r. Okoliczni mieszkańcy postanowili w ten sposób uczcić swoich krewnych, którzy zginęli na morzu. Każdego roku w Boże Narodzenie nurkowie składają w podmorskim żłóbku figurkę małego Jezusa. 



Na wzgórzu w Manaroli – Cinque Terre – rozbłyska największa świetlista szopka na świecie. Jest wpisana do Księgi rekordów Guinnessa. Instalacja składa się z 300 figur naturalnej wielkości i 17 tys. kolorowych lamp połączonych ośmioma kilometrami kabli. Od 2006 r. świetlna szopka jest zasilana energią z ogniw fotowoltaicznych. Szopka powstaje w Manaroli od ponad trzydziestu lat.

W Sassi, starej, wykutej w skale części Matery, od 2010 r. organizowane są żywe szopki. Tę pierwszą wpisano do Księgi rekordów Guinnessa. Gdy rozbłysną światła, Sassi di Matera wygląda magicznie, jak idealna sceneria bożonarodzeniowej opowieści.

W Rzymie jest z kolei tzw. szopka śmieciarzy, czyli „Il Presepe dei Netturbini”. Można ją zwiedzać przez cały rok. Pomysłodawcą szopki był w 1972 r. Giuseppe Ianni – pracownika AMA, miejskiej firmy sprzątającej. Pomogli mu koledzy z firmy. Z kamieni i betonu powstała szopka odwzorowująca Betlejem z czasów narodzin Chrystusa. Jest tam m.in. 300 postaci, 100 oświetlonych domów, cztery akwedukty, trzy rzeki, 24 groty. Szopkę co roku odwiedzał Jan Paweł II.

Beata Zatońska

1. i 3. zdjęcie: Carlo Raso/Flickr
2. zdjęcie – materiały prasowe/Uffizi
4. Manarola – Miriam Rosignoli/Flickr
  Panforte – piernikowy smak prosto z Włoch

Panforte – piernikowy smak prosto z Włoch

My mamy bożonarodzeniowe pierniki i pierniczki, a Włosi  m.in. panforte. Ciasta i ciasteczka o mocnym korzennym aromacie, z orzechami i suszonymi owocami to przysmaki, które cieszą mieszkańców różnych włoskich regionów.  Z wieloma deserami związane są piękne legendy. Np. jedna z opowieści o panforte jest bardzo, ale to bardzo romantyczna.  

Panforte to przysmak z Toskanii. Mieszkańcy Sieny twierdzą, że pierwsze panforte powstało właśnie w ich mieście. Od wieków wypieka się tam to ciasto, które oryginalnie powinno mieć 17 składników, bo tyle właśnie jest sieneńskich dzielnic, czyli kontrad.

Panforte robi się szybko, nie trzeba się martwić, że wyjdzie zakalec. Smak tego deseru jest niezrównany.  

Trochę historii

Zanim podamy przepis na panforte, kilka słów o jego historii.  Mówi się, że zaczęto go przygotowywać mniej więcej na początku XIII wieku.  Z Dalekiego Wschodu kupcy przywozili wtedy wonne przyprawy, a przez miasto przelewał się  tłum pielgrzymów, którzy zmierzali do Rzymu. 

Posilano się wtedy w Sienie pane mielato, czyli miodowym chlebem.  Robiono go z mąki i wody z dodatkiem miodu i suszonych owoców. Chleb wypiekali mnisi i mniszki w klasztorach, gdzie udzielano schronienia pielgrzymom.

Z czasem do ciasta zaczęto dodawać też pieprz – tak powstał panpepato. Nie było to już jednak pożywienie dla biednych pielgrzymów, bo pieprz, tak samo jak i inne korzenne przyprawy, był bardzo drogi. Recepturę przysmaku wzbogacano m.in. o gałkę muszkatołową, goździki, cynamon z Cejlonu,  kardamon. Smak był coraz mocniejszy, czyli po włosku „forte”.

Klasztorne opowieści

Według jednego z podań, panforte po raz pierwszy przygotowała, zupełnie przypadkiem, zakonnica o imieniu Ginevra.  Była to młoda i bardzo piękna dziewczyna ze Sieny, która zamknęła się w klasztorze, gdy jej ukochany Giannetto z Perugii pojechał na wyprawę krzyżową.

Ginevra właśnie pracowała w klasztornej kuchni i przygotowywała ciasto z suszonymi owocami i miodem. Wtem usłyszała głos ukochanego. Bardzo ją to poruszyło, bo była przekonana, że młodzieniec nie żyje. Wtedy dosypała do ciasta solidną garść pieprzu.

Bohaterką innej legendy jest zakonnica o imieniu Leta  z klasztoru Montecellesi, która przygotowywała właśnie słodki przysmak dla szlachetnie urodzonych patronów konwentu. Mieszała miód z suszonymi owocami i rodzynkami. W pewnym momencie do kuchni wpadł czarny kot, uważany za wcielenie diabła. Leta wygoniła kota, ale przez przypadek wrzuciła do garnka z miodem i owocami pudełko z przyprawami. Nie zauważyła tego i zrobiła ciasto. Okazało się przebojem i jej przełożona, siostra Berta od tej pory prosiła, by Leta przygotowywała ciasto z przyprawami.


Panforte na receptę   

Nad recepturą panforte, przysmaku dla bogaczy, czuwali medycy i aptekarze, przyprawy uważane były bowiem za lek. Panforte przepisywano tym, którzy podupadali na zdrowiu. Najwięcej aptek w tym czasie mieściło się w Sienie przy via del Porrione.  I tam też można było panforte  kupować.

Legenda mówi, że w 1260 r. sieneńczycy wygrali z florentczykami bitwę pod Montaperti, bo posilali się panforte.   

Jedna z zachowanych receptur na panforte pochodzi z 1675 r.  W przepisie jest siedemnaście składników, dokładnie tyle, ile jest w Sienie kontrad.

Panforte dla królowej Małgorzaty

Panforte takie, jakie znamy teraz, powstało, gdy w 1879 r. do Sieny miała przyjechać królowa Małgorzata. Przygotował je cukiernik Galgano Parenti.  

Panforte można kupić w Sienie przez cały rok. Świetnie smakuje z espresso i z aromatycznym vin santo. Z wyrobu panforte słynie w Sienie cukiernia Nannini. Z tej znanej rodziny cukierników wywodzi się Gianna Nannini, włoska piosenkarka, która wylansowała m.in. takie przeboje jak  „Meravigliosa kreatura” oraz „Aria”. Miłośnicy wyścigów samochodowych powinni znać brata Nannini, Alessandra, kierowcę Formuły 1.

Przepis na panforte 

Składniki: 

Duży okrągły wafel

200 gramów migdałów

100 gramów orzechów laskowych

70 gramów skórki pomarańczowej kandyzowanej

50 gramów kandyzowanej skórki cedru

120 gramów mąki typu 00

150 gramów miodu

150 gramów cukru

Zmielone przyprawy –  czarny pieprz, cynamon w proszku, kolendra, 4 goździki i anyż – w sumie dwie łyżeczki do herbaty. Możemy wziąć naszą przyprawę do pierników. 

Będzie nam potrzebna tortownica o średnicy 18 cm. Na dnie formy, na papierze do pieczenia, kładziemy krążek wycięty z wafla o takiej średnicy jak tortownica.  Papier do pieczenia powinien sięgać wyżej i pokrywać ścianki formy. Ścianki tortownicy pokryte papierem wykładamy paskami wyciętymi z wafla.   


Przygotowanie

1) Orzechy prażymy na patelni – ciągle mieszamy, uważając, by się nie przypaliły. 

2) W misce dobrze mieszamy mąkę, posiekane migdały, orzechy, owoce kandyzowane i przyprawy . 

3) W garnku mieszamy miód i cukier. Stawiamy na kuchence i podgrzewamy, aż cukier rozpuści się w miodzie. Temperatura nie powinna przekraczać 130 stopni, bo rozpocznie się proces karmelizacji. 

4) Zdejmujemy garnek z ognia, dajemy odpocząć syropowi przez minutę, a potem wsypujemy do niego mąkę z przyprawami, orzechami i owocami.

5) Masę szybko i dokładnie wyrabiamy drewnianą łyżką.

6) Następnie farsz równo rozkładamy na przygotowanym już w tortownicy waflu. Ułatwimy sobie pracę, gdy wyrównamy powierzchnię panforte dłońmi, które wcześniej zanurzyliśmy w wodzie.  

7) Panforte pieczemy w temperaturze 150 stopni przez ok. 15-20 minut.

8) Upieczone ciasto wyjmujemy z piekarnika, studzimy i jeszcze delikatnie cieple obficie posypujemy cukrem pudrem.  

Beata Zatońska        

   Św. Łucja, legenda o staruszce i ciasteczka puoti

Św. Łucja, legenda o staruszce i ciasteczka puoti

W niedzielę 13 grudnia we Włoszech obchodzi się dzień św. Łucji. To patronka światła – jej imię pochodzi od  łacińskiego „lux, lucis” (światło). Jest niosącą światło.  Św. Łucja, nazywana Łucją o pięknych oczach, opiekuje się dobrym wzrokiem. Jest jest czczona szczególnie na Sycylii – urodziła się i zmarła w Syrakuzach – oraz w Lombardii.


Dlaczego 13 grudnia jest poświęcony św. Łucji? Tego dnia w 304 r. została ścięte za to, że nie chciała się wyrzec wiary chrześcijańskiej. W ręce oprawców wydał ją niedoszły mąż, poganin.

Św. Łucja męczennica 

Łucja pochodziła z bogatej, rzymiańskiej  rodziny w Syrakuzach. Jako nastolatka związała się z chrześcijaństwem i złożyła śluby czystości. Rodzice przeznaczyli ją jednak na żonę bogatego młodzieńca. Gdy dziewczyna udała się do grobu św. Agaty w Katanii, by prosić o zdrowie matki, miała objawienie – Agata przepowiedziała jej męczeńską śmierć.

Łucja wróciła do domu i zerwała oświadczyny. Musiała to niestety odpokutować. Piękną dziewczynę przeznaczono do domu publicznego. Wtedy Łucja wyłupiła sobie piękne oczy, by stracić na atrakcyjności. Jej prześladowcy nadal jednak na nią nastawali i postanowili ją zabić. 

Relikwie w Syrakuzach

W Syrakuzach, którego to miasta św. Łucja jest patronką, w katedrze przechowywane są jej relikwie –  żebro i lewe ramię. 

Katedra Najświętszej Maryi Panny – della Natività di Maria Santissima – jest budowlą niezwykłą. Jej fasada to szaleństwo sycylijskiego baroku, wnętrze zaś emanuje surowym spokojem. Katedra powstała w VII wieku. Zbudowano ją w miejscu, gdzie stała świątynia ku czci Ateny. W środku katedry znajdziemy starożytne kolumny, doryckie – są piękne i wrosły w jej architektoniczną tkankę. Potoczna nazwa katedry to św. Marii od kolumn (Santa Maria del Piliero). 

Relikwie św. Łucji przeszły burzliwą drogę.  Długo były przechowywane w Wenecji. Z Wenecji, po wiekach wędrówek, sprowadzono je do Syrakuz w 2014 roku i złożono w kaplicy w południowej nawie katedry. 

Obok katedry jest niewielki kościół św. Łucji (Chiesa di Santa Lucia alla Badia), gdzie można podziwiać obraz „Pogrzeb Łucji” namalowany przez Caravaggia. Caravaggio zaczął malować ten obraz w październiku 1608 r.  Na Sycylię przybył po ucieczce z Malty. Zlecenie dostał prawdopodobnie dzięki wstawiennictwu malarza Mario Minniti, którego poznał jeszcze za swoich rzymskich czasów. Dzieło zawisło w kościele, gdzie – według tradycji – św. Łucja została zamordowana i pochowana.

W dzień św. Łucji w wielu włoskich miastach odbywają się festy i procesje jej poświęcone. Pandemia spowodowała niestety, że w tym roku zostały odwołane.

Słodycze św. Łucji  

Św. Łucji poświęconych jest wiele słodyczy, to m.in. kruche ciasteczka zwane puoti z Werony, apulijskie oczy św. Łucji – lukrowane, słodkie taralli lub mandorlato – białe torrone zrobione z miodu i migdałów. W Palermo 13 grudnia mieszkańcy zajadają się z kolei arancini.

W Bergamo z okazji dnia św. Łucji dzieci dostają prezenty. W wigilię 13 grudnia zostawiają koło posłania szklankę mleka i ciasteczka dla świętej.   

W Polsce też jest wiele tradycji związanych ze św. Łucją. Ponieważ wierzono się, że 13 grudnia to najkrótszy dzień w roku, powstało przysłowie „Św. Łuca dnia przyrzuca”. 

Legenda o staruszce i przepis na puoti

A teraz przepis na puoti, kruche ciasteczka, których można zrobić więcej i zajadać się nimi też w Boże Narodzenie. Według legendy upiekła je sama św. Łucja, która pod postacią staruszki przyszła do ubogiej rodziny w maleńkiej wiosce Badia Calavena, niedaleko Werony.

Biedni ludzie uratowali starszą kobietę, która zagubiła się podczas śnieżycy. Działo się to w noc poprzedzającą 13 grudnia. Dzieci gospodarzy z niecierpliwością czekały na poranek, bo w dzień św. Łucji dostawały słodycze. Marzyły też o zabawkach i lalkach, ale gospodarze byli zbyt biedni, by kupić je swoim dzieciom. 

Gdy dzieci poszły spać, uratowana staruszka zdradziła gospodyni swój przepis na ciasteczka puoti, którym nadano formę ludzików. Gdy staruszka przystąpiła do pieczenia, zaczęła się dziać magia. W cudowny sposób przybyło mąki, której w biednym domu było bardzo mało. Pojawiły się dawno nie widziane jajka, cukier i masło, a woda zamieniła się w mleko. Gdy ciasteczka się już upiekły, staruszka zniknęła.

O poranku na dzieci czekały pyszne ciasteczka o w kształcie laleczek – w ten sposób dostały dwa w jednym i były bardzo szczęśliwe. A ciasteczek  przybywało, dzięki czemu nawet w Boże Narodzenie biedna rodzina miała co jeść.  

Do przygotowania puoti potrzebujemy:

150 gramów mąki, 150 gramów cukru pudru, 150 gramów masła, 3 żółtka, cukier waniliowy, szczyptę soli i łyżeczkę proszku do pieczenia. Można też dodać posiekaną  skórkę z pomarańczy.    

W misce łączymy najpierw suche składniki, mieszamy, a potem dodajemy miękkie masło. Potem dodajemy żółtka i wyrabiamy aż do chwili, gdy ciasto będzie jednolite i gładkie.  

Formujemy wałek z ciasta, przykrywamy folią spożywczą i odkładamy na kilka godzin do lodówki, żeby odpoczęło.

Następnie rozwałkowujemy ciasto i wycinamy foremką, np. ludziki. Wykładamy je na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.

Pieczemy w piekarniku rozgrzanym  do ok. 160 stopni Celsjusza przez ok. 10 minut.  

Beata Zatońska 

 

   Gwiazda włoskiego Bożego Narodzenia – panettone

Gwiazda włoskiego Bożego Narodzenia – panettone

Drożdżowa baba o puchatym cieście to gwiazda włoskiego Bożego Narodzenia i obchodów nadejścia nowego roku. Mowa oczywiście o jego wysokości panettone. Ciasto można zrobić samemu, ale jest pracochłonne i Włosi najchętniej kupują gotowe baby. Kupione czy nie, panettone w święta w wielu domach musi być i już.

 


Gdybyśmy chcieli przetłumaczyć nazwę tej świątecznej babki, wyszłoby nam „chlebisko” – pane to po włosku chleb, a końcówkę -one dodajemy, gdy tworzymy augmentatyw, czyli zgrubienie.  Zostawiamy jednak językoznawstwo w spokoju i zajmujemy się świątecznymi włoskimi smakami i przysmakami. 

Panettone  ma konkurenta o nazwie pandoro (złoty chleb). Panettone pyszni się bakaliami, których do pandoro raczej się nie dodaje. Każde z tych ciast ma swoich zwolenników. O wyższości panettone nad pandoro lub odwrotnie można dyskutować długo i nie znaleźć żadnego rozwiązania. 

Panettone pochodzi z Mediolanu, a pandoro – z Werony. Obu ciastom przypisuje się też rodowód  starożytny, bo podobnymi przysmakami zajadali się już mieszkańcy Cesarstwa Rzymskiego. Panettone przypomina kopulastą wieżę, a Pandoro ma u podstawy formę ośmioramiennej gwiazdy. Znana do dziś forma panettone powstała w latach dwudziestych XX wieku. Nadał ją ciastu cukiernik Angelo Motta. On też owinął babkę pergaminem prawie do samego wierzchołka – panettone ma „goły” tylko wywinięty „berecik” z wypieczonego ciasta.

Prezenty i śniadaniowy przysmak

– W listopadzie w sklepach i cukierniach, jak Włochy długie i szerokie, zaczynają królować opakowania z panettone.  To znak,  że święta coraz bliżej. Mało kto piecze panettone w domu, za dużo roboty.  Kupuje się gotowe ciasta. Panettone jest też na liście chętnie dawanych prezentów – opowiada Simone, mediolańczyk z urodzenia, warszawiak z wyboru. Na pytanie, czy lubi to ciasto, odpowiada z uśmiechem, że woli polskie śledzie. To nietypowa jak na Włocha odpowiedź.

– Panettone jem na śniadanie przez całe Boże Narodzenie aż do Nowego Roku. Rano popijam je cappuccino, czasem po południu przegryzę kawałek do espresso – śmieje się z kolei Renato z Padwy.  Jak dodaje, bez panettone nie wyobraża sobie świąt. Podkreśla też, że coraz częściej widuje ludzi, którzy jedzą panettone np. w środku lata, na plaży, zamiast kanapek.   

Znajomi Włosi nie pamiętają, by ich mamy, babcie lub ciocie same przygotowywały panettone.  Robiły raczej regionalne przysmaki, np. ubryjskie pampepato lub serpentone. Choć teraz zwyczaj przygotowywania ciast w domu zanika.


Panettone w słowniku
  

W 1606 r. w pierwszym słowniku włosko-mediolańskim pojawił się termin „panaton”  – była to nazwa specjalnego, dużego chleba, który przygotowuje się na Boże Narodzenie.

W wydanym w 1839 r. słowniku Francesco „Vocabolario milanese-italiano” napisał: „Panaton lub panatton – to rodzaj pieczywa z pszenicy wzbogaconego o masło, jajka, cukier, suszone winogrona lub sułtanki”.  

Legendarne początki – trzy opowieści

Pierwsze panettone podano podobno na dworze Ludwika Sforzy, zwanego Maurem, księcia Mediolanu w wigilijny wieczór w 1495 r.  Książę był smakoszem i mecenasem sztuki – pracowali dla niego m.in. Leonardo da Vici i Donato Bramante.

Kucharze, którzy przygotowywali dla Ludwika i jego dworu jedzenie, wiedzieli, że nie mogą swojego pracodawcy zawieść. Wszyscy w kuchni uwijali się w grudniowe dni jak w ukropie, przygotowując przysmaki na książęcy stół. Jeden z kucharzy poprosił 12-letniego pomocnika, któremu było na imię Toni, by przypilnował ciasta. Chłopiec jednak zasnął i ciasto się spaliło.

Przerażony Toni postanowił ratować sytuację. Przygotował nowe ciasto, wg podpatrzonego wcześniej przepisu i dodał do niego rodzynki, masło i owoce kandyzowane. Ciasto wyszło pyszne. A jego nazwa ma pochodzić od imienia Toniego  – „pane di Toni”.

Kolejna wersja legendy o panettone jest romantyczna. Nadal jesteśmy w Mediolanie. Szlachetnie urodzony sokolnik Ughetto zakochał się w Adalgisie, córce biednego piekarza Toniego. Rodzice chłopaka surowo zabronili mu jednak małżeństwa z ubogą dziewczyną. Ughetto był sprytny i postanowił, że sprawi, by ojciec ukochanej stał się bogatym człowiekiem. Wymyślił ciasto, puszyste, słodkie, o maślanym smaku, pełne bakalii. Ciasto stało się przebojem, piekarz się wzbogacił, a Ughetto mógł pojąc ukochaną za żonę.  

Trzecia opowieść to historia ubogiego zakonu w Mediolanie. Ughetta, zakonnica, która zajmowała się kuchnią, postanowiła z okazji Bożego Narodzenia przygotować dla sióstr coś dobrego. Do ciasta na codzienny chleb dodała więc jajka, masło i rodzynki. Ciasto okazało się niebiańskim przysmakiem, którym zakonnice postanowiły podzielić się z mieszkańcami Mediolanu.    

Eksperci zwracają uwagę, że imiona Ughetta i Ughetto podobne są do nazwy rodzynek w dialekcie mediolańskim –  ughet.

Chleb biednych i ciasto bogatych

W XV wieku w Mediolanie obowiązywało prawo, wg którego piekarze wypiekający chleb z prosa dla biednych ludzi nie mogli przygotowywać chleba z białej mąki. Od tego prawa był jeden wyjątek – Boże Narodzenie. W święta arystokracja i lud Mediolanu mogli jeść to samo pieczywo, które piekarze rozdawali klientom. Nazywało się ono pan di scior lub pan de ton, było przygotowywane z białej pszennej mąki, z dodatkiem masła, miodu i rodzynek.

Panettone dobre na gardło? 

Św. Błażej, czyli po włosku san Biagio, patron Mediolanu, ma swoje święto w tym mieście 3 lutego. Według legendy, św. Błażej uratował kiedyś przed uduszeniem się chłopca, który zadławił się ością ryby. Podał mu wtedy kęs chleba. I tak został św. Błażej patronem chorych na gardło.

Teraz wierzy się, że kto 3 lutego zje kawałek panettone przechowanego z Bożego Narodzenia, ten przez cały rok nie będzie chorował na gardło.               

Widelczykiem czy ręką?  

Jak jeść panettone zgodnie z dobrymi obyczajami? Wziąć kawałek ciasta do ręki, czy też może jeść je widelczykiem? Na pewno jeśli dostaniemy kawałek panettone z kremem – a często bywa tak podawane – to wtedy jemy grzecznie widelczykiem. A propos – krem powinien być podany osobno na talerzyku, a nie położony bezpośrednio na cieście.   

Ciasto na drutach  

Im bliżej świąt, tym więcej we włoskich mediach rankingów na najlepsze panettone. Jak tłumaczy wielokrotnie wyróżniany cukiernik Oscar Pagani z Palazzolo, panettone wymaga cierpliwości.  – Temu ciastu trzeba poświęcić wiele pracy i uwagi. Trzeba też bardzo dbać o jakość składników – powtarza Pagano.

Klasyczne panettone wyrasta wiele godzin. Po upieczeniu gorące baby są odwracane i wieszane na specjalnych drutach na kilka godzin. Dzięki temu ciasto nie opada i ma charakterystyczny kształt z kopułką na wierzchu.

Beata Zatońska  


Św. Mikołaj, Bari i tajemnicza, wędrująca kolumna

Św. Mikołaj, Bari i tajemnicza, wędrująca kolumna

    Mamy dla Was opowieść o św. Mikołaju i Barii, które 6 grudnia świętuje dzień swojego patrona.  Największe sanktuarium św. Mikołaja znajduje się bowiem w stolicy Apulii.

  


Jest kilka wersji legendy o św. Mikołaju, a prawda o nim ginie w mrokach dziejów. Każde z podań opowiada jednak o tym, że słynął z dobroci. Jedna z najsłynniejszych opowieści to ta, wg której podrzucał złoto do domu zubożałego sąsiada, by trzy córki mężczyzny miały posag i dobrze wyszły za mąż.  W innym przypadku dziewczyny trafiłyby do domu publicznego. Biskup Mikołaj miał umrzeć 6 grudnia] 343 r.  

     Szczątki świętego trafiły do Bari dopiero 700 lat po śmierci św. Mikołaja. Biskup zmarł w Mirze i tam został pochowany.  Gdy w 1087 r. Mira wpadła w ręce Turków, przebywający tam wówczas kupcy z Bari postanowili wywieźć ciało świętego, aby uchronić je przed zbezczeszczeniem przez muzułmanów. Mówi się też,  że kupcy z Apulii usłyszeli, że szczątkami św. Mikołaja interesowali się również ich konkurenci z Wenecji i postanowili ich ubiec.  20 kwietnia 1087 r. kupcy załadowali doczesne resztki świętego na statek i 9 maja przybyli do Bari. 

 


Szczątki św. Mikołaja słynęły już wtedy ze swoich cudownych właściwości.  Wydobywała się z nich tzw. manna – oleisty pachnący płyn o właściwościach leczniczych. Relikwie przyciągały więc rzesze pielgrzymów.  

 Na ruinach pałacu gubernatora bizantyjskiego wybudowana została krypta, nad którą wzniesiono potem bazylikę ku czci świętego.

   Bari to jedyne miejsce we Włoszech, gdzie obchody ku czci św. Mikołaja odbywają się dwa razy do roku: w maju i grudniu – czyli w dniu jego śmieci i w rocznicę przybycia relikwii świętego do miasta. 

  Mrok grudniowego świtu na uliczkach starego miasta w Barii rozświetlają płomienie pochodni. Świetlny wąż – procesja wiernych z pochodniami w dłoniach    podąża z pizza Massari do bazyliki, w której złożone są szczątki świętego.   Rozpoczyna się festa.  W ten chłodny, grudniowy poranek mieszkańcy Bari rozgrzewają się, popijając gorącą czekoladę.  

 


W katedrze w Bari, gdzie znajdują się szczątki św. Mikołaja, w krypcie stoi także cudowna kolumna  z czerwonego marmuru. Okrążenie jej ma przynieść szczęście pannom marzącym o zamążpójściu. Od dawna na co dzień okrążyć się jej nie da, bowiem kolumnę ustawiono pod ścianą i chronią ją kraty. Za kratami znajduje się mnóstwo liścików z prośbami od spragnionych miłosnego powodzenia kobiet.

 Wg jednej z legend  kolumna ta podążała za św. Mikołajem, a jej podróż zaczęła się w Rzymie. Św. Mikołaj przybył do stolicy apostolskiej, by spotkać się z papieżem. Kolumna leżała na gruzach domu pewnej ladacznicy.  Mikołaj wrzucił bezużyteczną kolumnę do wód Tybru. Jak się potem okazało, kolumna popłynęła za nim do Miry.  Biskup wyłowił ją i polecił ustawić w kościele. Gdy  relikwie świętego po wielu wiekach przywieziono do Bari, kolumna przypłynęła do Włoch. Gdy budowa krypty na relikwie św. Mikołaja dobiegała końca, nieoczekiwanie okazała się bardzo przydatna. Budowniczym zabrakło bowiem akurat materiału na jedną, jedną, jedyną kolumnę, by świątynia była kompletna. 

 Beata Zatońska 

 


 Pyszny przepis na jesienno-zimowe obiady lub kolacje. Fettuccine z prawdziwkami, kiełbasą Veneta pomidorkami koktajlowymi i Grana Padano DOP

Pyszny przepis na jesienno-zimowe obiady lub kolacje. Fettuccine z prawdziwkami, kiełbasą Veneta pomidorkami koktajlowymi i Grana Padano DOP

   Niespodzianka, przepis od szefa kuchni Nestora Grojewskiego z Włoskiej Akademii Szefów Kuchni specjalnie dla italianek.pl  Na początek kilka słów o kiełbasie, która gra w tym pysznym daniu jedną z głównych ról. To salsicia Veneta.    

 


Kiełbasa to po włosku „salsicia”. Widać tu związek między słowami  salsus (sól) i insiccia  (ciccia/drobno mielone lub siekane mięso). Przypuszcza się, że zostało „salsicia” weszła do  języka włoskiego poprzez dialekt toskański.

  Pierwsze zapiski dotyczące salsicci pochodzą z Cesarstwa Rzymskiego. Pisał o niej Cyceron, który skosztował specjałów przywiezionych przez niewolników z ludów Lukanii. W tamtym okresie na terenie obecnej Basilicaty produkowano już salsiccie doskonałej jakości. Były tak dobre, że zyskały one typowa nazwę geograficzną – salsiccia lukanika  Ze wspomnień Cycerona wiemy, że wychwalał on sól jako „duszę świni” – sól jako składnik niezbędny do przechowywania i transportu żywności!

  W tym samym okresie również Marco Terenzio Varrone w swoim „De re Ustica” wspomina o przepysznych wędlinach (salumi) z Lukanii, jadanych przez rzymskich żołnierzy podczas wypraw wojennych, które nazywał „mięsem mielonym nadziewanym w osłonce”. W kolejnych latach również Marco Gavio Apicio w swoim „De lingua Latina”,  a następnie w „De re conquinaria” pisał o tym specjale.

  Salsiccia, sarsiccia, luganega, salama, salamella, sasizza… – ile włoskich regionów, tyle nazw kiełbasy.  Jak to wyglądało na początku XVI wieku możemy dowiedzieć się z pracy Ortensia Lando, włoskiego humanisty (1510-1558), który jeździł po Półwyspie Apenińskim, próbował miejscowych przysmaków i o nich pisał. 


W Lombardia (głównie w Mantui)  popularna jest salamella –  z wyglądu podobna do klasycznej salsicci/ kiełbasy Veneta. Przygotowywana  jest z pancetty (polski odpowiednik boczku) i łopatki. Konsumuje się ją tylko po ugotowaniu, smażeniu lub  pieczeniu.

Toskania – salsiccia toscana –  bardzo miękka, zrobiona z łopatki lub nogi wieprzowej, pełna aromatów z dodatkiem czarnego pieprzu, szałwii, tymianku i rozmarynu. Często serwuje się ją z z ziemniakami lub fasolką, zapieka w piecu w piecu z dodatkiem mozzarelli jako crostino di pane con salasiccia e mozzarella.

W południowych Włoszech – Sycylii, Kalabrii czy w Kampanii  spotkać można salsiccia punta di coltello (kiełbasa na czubku noża). Jest soczysta, bo robi się ją z części culatello i pancettone. Doprawiana jest koprem włoskim (finocchietto)  i peperoncino. Doskonała na grilla, jako dodatek do potraw na bazie makaronów i  do sosów.


W północnych Włoszech w Wenecji czy Trentino spotkamy luganega, która składa się z bardzo delikatnej wieprzowiny, z dodatkiem czarnego pieprzu i czosnku. 

Są to nieliczne przykłady włoskich specjałów, gdyż Włochy pod względem różnorodności gastronomicznej nie mają sobie równych.  Dodaje się do nim wiele przypraw, np. miód lub rzepę. Włosi robią kiełbasy z wątróbek, płuc lub mózgu – to w Abruzzo. Smakowita jest też np. salsiccia di cinghiale, czyli kiełbasa z dzika.       

Źródło https://salumigombitelli.it/salsicce-le-origini-tipi-la-storia/

 Fettuccine z prawdziwkami, kiełbasą Veneta/ salsiccia, pomidorkami koktajlowymi  Grana Padano DOP

 Składniki na porcję:

 •       80g fettucine Divella

•       35g salsiccia/Kiełbasa Veneta  Brugnolo

•       10g grana Padano DOP Latteria Sociale Mantova

•       10ml oliwy z oliwek extravergine Biolevante

•       60g prawdziwków Erica

•       100g pomidorków koktajlowych

•       1 ząbek czosnku

Przygotowanie:

Obieramy czosnek, pomidorki kroimy na 4 części, prawdziwki kroimy na mniejsze kawałeczki, obieramy z flaka salsiccie/ kiełbasę Veneta. Wstawiamy wodę na makaron, którą pamiętajmy by posolić.

Rozgrzewamy patelnie wlewamy oliwę z oliwek extravergine i dodajemy czosnek,  kiedy się zarumieni dodajemy prawdziwki i zasmażamy, a gdy nabiorą pięknego brązowego koloru dodajemy kawałeczki porwanej lub pokrojonej salsicci i podsmażamy dokładnie, na pod koniec dodamy pokrojone pomidorki koktajlowe.

Ugotowany makaron al dente przesypujemy na patelnie i mieszamy razem z salsiccią, prawdziwkami i pomidorkami, podlejmy go odrobiną wody z makaronu by powstał  kremowy sos.

A dzięki chochelce i widelcowi przekładamy na talerz, polewając powstałym sosem i posypując świeżo startym Grana Padano DOP.

Przyozdabiamy pietruszką.

Nestor Grojewski

 

  Elena Ferrante „Zakłamane życie dorosłych”. Pisarka, która wie o kobietach i kobiecej przyjaźni bardzo dużo

Elena Ferrante „Zakłamane życie dorosłych”. Pisarka, która wie o kobietach i kobiecej przyjaźni bardzo dużo

Co dziedziczymy po krewnych i od czego to zależy? Co buduje naszą indywidualność? Nad tym zastanawiała się Elena, bohaterka tetralogii neapolitańskiej Eleny Ferrante. Ten problem pochłania też Giovannę, nastoletnią bohaterkę „Zakłamanego życia dorosłych”.


Nad książką, która właśnie ukazała się w polskim tłumaczeniu Lucyny  Rodziewicz-Doktór unosi się atmosfera „Genialnej przyjaciółki”. Jej bohaterki, wspomniana już Giovanna i jej ciotka Vittoria, przypominają Elenę i Lilę. 

W centrum „Zakłamanego życia dorosłych” są związki rodzinne –  zepsute, brudne, pełne złości i sekretów. Ich symbolem jest krążąca z rąk do rąk przeklęta bransoletka z białego złota, która zamiast stać się symbolem miłości, przenosi na osobę, która ją nosi, niepokój i zgorzknienie.   

Giovanna jest córką wywodzącego się z biednej rodziny intelektualisty, który odniósł sukces i odciął się od krewnych. Wrogiem numer jeden jest jego siostra Vittoria. Nieopatrznie rzucona przez ojca uwaga, że Giovanna staje się taka jak ciotka Vittoria, uruchamia lawinę wydarzeń. Czytelnik obserwuje je oczami Giovanny. Dziewczyna przeżywa boleśnie dojrzewanie, szuka swojej tożsamości i potyka się o kłamstwa dorosłych. 

Bohaterka i jej rodzina mieszkają w dzielnicy Rione Alto, czyli po lepszej, drugiej stronie Neapolu, z dala od Rione Luzzatti, w którym dorastały bohaterki tetralogii neapolitańskiej.

W „Zakłamanym życiu dorosłych” Vittoria pierwsza uchyla przed Giovanną drzwi do piekła dorosłego życia. Pokazuje jej, że nic nie jest takie, jakie się wydaje. Wystarczy przyjrzeć się uważniej. 

Giovanna jest uczennicą pojętną i szybko przekonuje się, że jej matka i ojciec żyją w kłamstwie, nie razem, ale obok siebie. Dziewczyna przechodzi okres ostrego buntu, zawala szkołę, zaczyna mówić zakazanym w domu dialektem. Jednocześnie marzy o dorosłości i chciałaby powrócić do beztroskiego czasu dzieciństwa. 

„Okres mojego dojrzewania to powolny bieg czasu, na który składają się duże szare bloki i nagłe garby w kolorze zielonym, czerwonym albo fioletowym. Bloki nie posiadają godzin, dni, miesięcy czy lat, a pory roku są nieokreślone, po prostu jest ciepło, pada deszcz albo świeci słońce. Garby też są pozbawione dat, bardziej od nich liczą się kolory, które wyznaczają emocje. I nieważne, ile czasu trwają – kto pisze, ten wie. Jak tylko staram się odnaleźć właściwe słowo, powolność przekształca się w wir i kolory mieszają się ze sobą jak owoce w mikserze” („Zakłamane życie dorosłych”, str. 335, Wydawnictwo Sonia Draga, 2020, tłumaczenie Lucyna Rodziewicz-Doktór).  

We Włoszech „Zakłamane życie dorosłych” ukazało się 7 listopada 2019 r.  Tłumaczenie dostaliśmy więc bardzo szybko. W Polsce do tej pory ukazały się, napisane przez Ferrante:  tetralogia „Genialna przyjaciółka”, „Córka”, „Obsesyjna miłość” i „Czas porzucenia”.

Na podstawie „Genialnej przyjaciółki” powstał świetny serial. Netflix szykuje teraz serial według „Zakłamanego życia dorosłych”.     

Pisarka obecna poprzez książki

Nikt nie wiem, jak wygląda Elena Ferrante i kto ukrywa się za tym pseudonimem. Autorka jest konsekwentna. Książki wydaje w małym wydawnictwie edizione e/o.  Zupełnie nie przejmuje się tym, że ludzie chcieliby zobaczyć, jak wygląda. Elena Ferrante to książki, które napisała. A stworzyła bardzo spójny świat, opisywany sugestywnym, pełnokrwistym językiem.    

„Wolałam publikować książki bez konieczności uprawiania zawodu pisarki. Jak do tej pory nie żałuję” – mówi Ferrante w nielicznych wywiadach, których udzieliła. „Komunikuję się  za pośrednictwem literatury, obiecałam to sobie i mojej rodzinie” – powtarza pisarka.

 Jest świadoma, że „zainteresowanie książkami kieruje zainteresowanie na jej nieobecność”, ale jak „Wyznaczyłam granice między sobą a moją rolą jako autorki. Niczego nie żałuję. Wierzę w reguły, które sobie narzuciłam”. 

Wiele o Elenie Ferrante, jej fascynacjach i warsztacie pisarskim, można dowiedzieć się z wydanego w 2003 r. tomu „Frantumaglia” – niestety nie ukazała się jeszcze polska wersja.  Ferrante wyjaśnia w tej książce m.in., dlaczego postanowiła, że nie będzie twarzą firmowała swoje twórczości  i odpowiada na wiele pytań zadawanych przez czytelników.  

Już opadł kurz po gorączkowych poszukiwaniach „prawdziwej tożsamości” Ferrante. Tropiciele stracili rozpęd i energię. Szczyt polowań przypadł na lata 2015 i 2016 r.  O „bycie Ferrante” posądzano np. jakąś wyimaginowaną kolektywę pisarską, pisarza Domenika Starnone i jego żonę Anitę Raję, tłumaczkę Ferrante na angielski Ann Goldstein oraz profesorkę historii Marcellę Marmo.

W 2015 r. Roberto Saviano i Serena Dandini zarekomendowali do najważniejszej włoskiej nagrody literackiej Premio Strega „Historię zaginionej dziewczynki”. Wybuchły dyskusje, co to będzie, jeśli Ferrante wygra, przecież i tak nie pojawi się na rozdaniu nagród. Saviano tłumaczył wtedy, że Bob Dylan nie odebrał Nagrody Nobla i nic się w związku z tym nie stało. W 2015 r. Premio Strega dostał Nicola Lagioia za książkę „La Ferocia”. Co ciekawe, zanim ogłoszono nominacje Lagioia był już umówiony z Ferrante na wywiad.   

W 2016 r. „Historia zaginionej dziewczynki” była nominowana do prestiżowej Nagrody Bookera.  Międzynarodowa publiczność oszalała  na punkcie Ferrante, a  tygodnik „Time” umieścił ją na liście 100 najbardziej wpływowych osób na świecie.              

Ferrante o kobietach

Elena Ferrante wypowiada się poprzez swoje książki. Jest konsekwentna w wyborze tematów, świat, który opisuje, jest bardzo spójny. Ferrante, jak się wydaje, zna od podszewki, emocje kobiet, które walczą o swoją tożsamość i usiłują wydostać się z sideł zależności klasowej, ekonomicznej czy tej narzuconej przez wszechobecny szowinizm. 

Tetralogia neapolitańska „Genialna przyjaciółka” to jedna z pierwszych w literaturze sag o przyjaźni między dwiema kobietami.

28 września 2020 r. we włoskim wydaniu „Vanity Fair” ukazał się wywiad, który przeprowadziła z Ferrante inna pisarka i dziennikarka Daria Bignardi. 

Autorka „Zakłamanego życia dorosłych” mówiła w nim  m.in. o „złożonej, pełnej sprzeczności i pasji, często okrutnej i szalonej przyjaźń między kobietami”.

Na pytanie, czy myślała kiedyś o tym, że łatwiej byłoby jej żyć, gdyby była mężczyzną, odparła: „Nie, bycie kobietą to wielka przygoda i niezwykła szansa”. Zastanawiała się też nad tym, że gdyby „świat wymyślić od nowa”, to „kto wie, może mężczyźni będą się starać, by stać się kobietami”.

Jak Ferrante tłumaczyła Bignardi: „Mężczyźni od zawsze pasjonują się naszymi ciałami (kobiet – red.), kochają nas, umieszczają nas w centrum swojej sztuki i literatury. Ale jesteśmy dla nich tematem. […] Grają i śpiewają swoje piosenki, ustanawiają kanony, ustalają hierarchie […] W najlepszym przypadku nazywają nas muzami. Mówią o kobiecie moja muza”.   

Ferrante podzieliła się w „Vanity Fair” również refleksją spowodowaną epidemią koronawirusa:  „Wszystko może zmieniać się z chwili na chwilę: wszystkie organizmy żywe są narażone na choroby i śmierć”.

Autorka tetralogii neapolitańskiej podkreśliła również, że choć chce pozostać w cieniu swoich książek, to bardzo zależy jej na tym, by jej twórczość docierała do jak największej liczby ludzi. „Pracuję dużo nad tym, by przykuć czytelnika do kart moich książek. Kiedy opowieść jest skończona, gotowa do publikacji, oczekuję, że książka znajdzie nie wielu, ale bardzo wielu czytelników”.

Ferrante czytelniczka  i lista lektur rekomendowanych

Ferrante zdradziła w cytowanym już wywiadzie dla włoskiego „Vanity Fair”, że jedną z pierwszych książek, która ją zafascynowała, był „Człowiek śmiechu” Victora Hugo. W tej XIX-wiecznej powieści „widać nieodwracalną opozycję między wnętrzem i zewnętrzem człowieka, ze wszystkimi konsekwencjami, które są z tym związane”.  

Jeden z brytyjskich portali księgarskich opublikował właśnie listę powieści rekomendowanych przez Elenę Ferrante.  Ich autorkami są kobiety. „Historie kobiet, które stoją pewne na dwóch nogach w XX wieku albo jedną już w następnym stuleciu” – napisała w rekomendacji.

Na liście Ferrante są m.in. „Pianistka” Elfride Jelinek, „Białe zęby” Zadie Smith,  Kochanek Marguerite Duras, „Małe życie” Hanyi Yanagihary, „Olive Kitteridge” Elizabeth Strout, „Ślepy zabójca” Margaret Atwood, „Pamiętniki Hadriana” Marguerite Yourcenar, „Piąte dziecko” Doris Lessing, „Zamknięte drzwi” Magdy Szabo, „Trudny wybór” – inny polski tytuł „Zachować swój świat”  Nadine Gordimer i „Bóg rzeczy małych” Arundhati Roy.    

Wszystkie wymienione książki są dostępne w polskich tłumaczeniach. Każda z nich jest bardzo, bardzo dobra. Z pozycji mało oczywistych polecam „Zamknięte drzwi” Magdy Szabo, elektryzujące studium emocjonalnego, pełnego walki i oddania związku pisarki i jej gospodyni. Na liście Ferrante jest też powieść brazylijskiej pisarki Clarice Lispector „The Passion According to G.H”. Ta książka nie została przetłumaczona na polski, w ubiegłym roku wydano za to zbiór opowiadań Lispector „Opowiadania wszystkie” – również polecam, to fascynująca lektura.   

Beata Zatońska


Rodzinna historia gotowania

Rodzinna historia gotowania

Władzę nad moją biblioteczką już dawno temu przejęły Włochy. Dyskretnie pozbywam się innych książek, by zwolnić miejsce na opowieści o włoskiej sztuce życia. O kolejne centymetry półek zażarcie walczą między sobą albumy z malarstwem, książki kucharskie, biografie, wspomnienia z podróży i przewodniki. Dziś opowieść o pięciu książkach i rodzinnej historii gotowania.

Ta historia zaczęła się w zamierzchłej przeszłości, jeszcze przed Medyceuszami, gdy rodzina Capponich dołączyła do grona najbardziej wpływowych rodzin ówczesnej Florencji. Przez wieki udało im się utrzymać tę pozycję, co samo z siebie już zasługuje na najwyższe uznanie, wziąwszy pod uwagę niełatwe dzieje miasta i mieszkańców. Dekada po dekadzie budowali siłę rodziny, przekazywali kolejnym pokoleniom tradycję i marzenia. Wiele wieków później w pałacu przy via de’ Bardi za Arno urodziła się kolejna przedstawicielka rodu Capponich – Tessa. To ważne, by pamiętać, z jakiej rodziny pochodzi, to ją bowiem ukształtowało, nauczyło szacunku do tradycji i wartości. Będzie o tym pisała wielokrotnie w swojej pierwszej książce.

Zanim dojdzie do jej publikacji, musi minąć jeszcze trochę czasu, wydarzy się też rzecz w tej historii niezwykle ważna. Tessa z rodu Capponich zakocha się w młodym polskim historyku Jakubie Borawskim. I tu zaczyna się nie tylko piękna historia miłosna, lecz także opowieść o tym, jak Włoszka postanowiła przekazywać Polakom swoją miłość do włoskiej tradycji. Pamiętajmy, że były to lata osiemdziesiąte, czas bez kolorowych książek kucharskich, internetu pełnego przepisów, telewizji śniadaniowych i kulinarnych kanałów tematycznych. Tessa Capponi-Borawska, snując swoje opowieści o kuchni, przecierała dopiero szlaki. 


Kuchnia pachnąca bazylią

W 1994 roku ukazała się pierwsza z książek, które do dziś zajmują ważne miejsce w kulinarnej biblioteczce każdego miłośnika włoskiego jedzenia. „Moja kuchnia pachnąca bazylią” to jednak nie tylko zbiór ponad 70 tradycyjnych przepisów, to przede wszystkim opowieść Tessy Capponi-Borawskiej o jej drodze z Florencji do Warszawy, o dzieciństwie w renesansowym pałacu i przygodach z angielską nianią, o zwyczajach kulinarnych i towarzyskich panujących w rodzinie, w której włoska tradycja zmieszała się z angielską i grecką. To wielobarwna układanka składająca się z historii wielu osób, głównie kobiet, które zaistniały w życiu autorki. Niemal każda z nich zostawiła po sobie jakieś kulinarne wspomnienie i właśnie w tej opowieści znalazło się miejsce na to, by je przypomnieć.


Z dziennikiem po Toskanii

Dekadę później ukazała się druga książka Tessy Capponi-Borawskiej. Książka, którą od pierwszych stron obdarzyłam miłością wielką i – jak czas pokazał – nieprzemijającą. „Dziennik toskański” powstał w odpowiedzi na masową produkcję publikacji, które autorka przyporządkowuje do specjalnej kategorii „Toskania w oczach cudzoziemców”. Autorka nie ukrywa, że jest to bardzo osobista refleksja o ziemi, na które się urodziła, ziemi jej przodków: „Ta ziemia wchodzi we mnie jak fala letniego powietrza, pachnącego słońcem i kurzem, przenika mnie do takiego stopnia, że czuję się jak kawałek wapiennej skały, spragnionej wody, wypalonej przez słońce, czuję się jak cyprys, jak gałązka drzewa oliwnego”. Kolejne wakacje w Toskanii stają się dla Tessy pretekstem do opowieści o tej niezwykłej krainie, wczoraj i dziś, do szukania cieni przodków, ale także do celebrowania codzienności w rodzinnym majątku w Calcinai. Snują się więc opowieści o domownikach i sąsiadach, o robieniu wina, wizytach na targu, piciu kawy. Wszystko to przetykane muśnięciami toskańskiej historii. Rzecz jasna, jest też miejsce na przepisy i anegdoty kulinarne.


Blisko kuchni, ale inaczej

Na kolejne książki trzeba było trochę poczekać, ale za to pojawiły się dwie niezwykłe pozycje. Obie potwierdzają zmianę, o której wspomina w wywiadach Tessa Capponi-Borawska. Po wielu latach opowiadania czytelnikom kilku czasopism o włoskich smakach i zwyczajach, okazało się, że zainteresowania kulinarne autorki wyraźnie przesunęły się w stronę historii jedzenia. Coraz mniej przepisów, coraz mniej mieszania w garnkach, coraz więcej za to pracy ze źródłami i opowieściami z dawnych i bardzo dawnych czasów. W 2001 roku autorka przyjęła propozycję fundacji Casa Artusi, by przetłumaczyć na język polski legendarne dzieło Pellegrina Artusiego „La Scienza in cucina a l’Arte di mangiar bene”. Sześć lat później polscy czytelnicy otrzymali „Włoską sztukę dobrego gotowania” Artusiego, a Tessie Capponi-Borawskiej w tłumaczeniu towarzyszyła Małgorzata Jankowska-Buttitta. Książka warta jest osobnej opowieści. Powstała w XIX wieku i stała się obowiązkową pozycją wszystkich włoskich pań domu. Bywała częścią posagu i z niej właśnie kobiety uczyły się sztuki gotowania.

Tę osobną opowieść o Artusim tłumaczka podarowała swoim czytelnikom w kolejnej publikacji, która ukazała się rok po polskim wydaniu Artusiego. „Smak kwiatów pomarańczy – rozmowy o kuchni i kulturze” to wciąż rzecz o kuchni, ale widzianej z różnych, czasem dość zaskakujących stron. W rozmowie z Agnieszką Drotkiewicz Tessa Capponi-Borawska snuje opowieści o sztuce, muzyce, architekturze, o roli kobiet w historii, o politycznej roli jedzenia. W drugiej części książki znalazło się sporo miejsca na rozważania o naszej (nie tylko) kulinarnej współczesności, o czasach, które wymuszają zmiany i o nowym pokoleniu kucharzy. Pojawia się nowa bohaterka – aktywna, odważna i pewna siebie Flavia Borawska, córka Tessy. W rozmowie z matką opowiada o pracy w profesjonalnej kuchni, o dyktacie mężczyzn i niełatwej drodze gotujących kobiet, o stresie, wartościach i rywalizacji, która odziera gotowanie z przyjemności.



Wszystko dobrze

Flavia Borawska jest absolwentką prestiżowej akademii kulinarnej Le Cordon Bleu, pracowała w restauracjach we Florencji i w Londynie, a także w słynnej kopenhaskiej NOMIE. W 2020 roku ukazała się jej książka „Tutto bene. Włoska kuchnia Flavii – rodzinne historie, przepisy i opowieści”. Wydaje się, że jest to kolejna opowieść rodziny Borawskich o jedzeniu, tym razem jednak mamy do czynienia ze zdecydowanie inną proporcją treści. Po kilku wspomnieniach i rozmowach dostajemy zaproszenie do kuchni. Krótko mówiąc, przychodzi czas na prawdziwe gotowanie. Tu i ówdzie snuje się jeszcze jakaś opowieść, ale sercem tej książki są przepisy. Tessa Capponi-Borawska opowiadała kiedyś, że lubi robić notatki, bo słowa przywołują znacznie więcej szczegółów niż zdjęcia. Jej książki rzeczywiście ilustrowane były bardzo oszczędnie. Tymczasem Flavia zaprosiła do współpracy dziennikarkę i blogerkę Małgosię Mintę, która sfotografowała potrawy i miejsca, przez co książka nabrała soczystości i konkretu. Jest zupełnie inna niż książki Tessy, ale bez wątpienia łączy je miłość do jedzenia i silne odwołanie do tradycji, nawet jeśli jest ona punktem wyjścia do własnych poszukiwań.

Magdalena Giedrojć

Wielka Loren w nowym filmie!

Wielka Loren w nowym filmie!

13 listopada na platformie Netflix pojawił się film "Życie przed sobą” w reż. Edoarda Pontiego. Główną rolę zagrała jego matka, wielka gwiazda światowego i włoskiego kina, Sofia Loren. Aktorka powróciła na plan filmowy po kilku latach nieobecności. Olśniewa jak zawsze.


„Życie przed sobą” to adaptacja powieści Romaina Gary'ego pod tym samym tytułem. Główną bohaterką jest pani Rosa (Sofia Loren), była prostytutka, która w Bari prowadzi prywatny sierociniec. Rosa to Żydówka pochodząca z Polski, przeszła podczas wojny przez niemiecki obóz koncentracyjny.

Pewnego dnia do jej domu trafia 12-letni Senegalczyk Momo. Chłopiec wałęsa się po ulicach, jest sierotą. On jest niesforny, a ona – oschła. Pomiędzy tą dwójką tworzy się jednak niezwykle głęboka więź.

Loren 20 września skończyła 86 lat. Jest w doskonałej formie i ma apetyt na życie. Mówi w wywiadach, że cieszy się z tego filmu i ze współpracy z synem. Sophia i Edoardo są ze sobą bardzo związani, syn mówi do niej pieszczotliwie „mammina”. Tylko jemu mogło się udać namówić Loren do powrotu na plan filmowy, choć aktorka obiecała sobie, że będzie odpoczywać. Scenariusz, który przyniósł jej Edoardo, pochłonął ją jednak. Chciała zagrać Rosę. „Pani Rosa przypomina mi moją matkę. Są do siebie podobne” – dodaje aktorka.

Bari – multikulturowy tygiel

Akcja powieści, którą napisał Romain Gary, rozgrywa się w Paryżu. Jak opowiada Edoardo Ponti, współautor scenariusza, historia opisana w książce została zaktualizowana i przeniesiona do Włoch.

„Musieliśmy znaleźć miasto, w którym żyją ludzie różnych narodowości i tworzą tam mozaikę religijno-kulturową. Chodziło nam o miasto tętniące życiem, z pięknym światłem i wibrujące kolorami” – opowiadał reżyser. Jak tłumaczył, gdy wybór padł Bari, wszyscy byli przekonani, że stała się rzecz najlepsza z możliwych.


Część serca została na południu

Akcja „Życia przed sobą” rozgrywa się w Apulii. Sofia Loren, która dorastała w biednej osadzie Pozzuoli pod Neapolem, zawsze podkreślała swoje silne związki z włoskim południem.

„Gdy wychowasz się w Neapolu, nigdy nie zapomnisz o swoich korzeniach. Jestem neapolitanką na 1000 proc. Neapol noszę w sercu. Jeśli muszę zaśpiewać piosenkę, to śpiewam neapolitańską. Pracę w filmie zaczęłam na planie u Vittoria de Siki. To była moja wspaniała szkoła, szczęśliwy okres w moim życiu. A kino stało się moim życiem” – powiedziała Sofia Loren dziennikowi „La Repubblica”.

To u De Siki Loren zagrała pierwszą ważną, docenioną przez krytykę i publiczność rolę w nowelowym „Złocie Neapolu” (1954) – była roztargnioną sprzedawczynią smażonej pizzy.

Cztery lata później De Sica zaprosił ją do zagrania głównej roli w filmie pt. „Matka i córka” wg powieści Alberta Moravii. Za rolę wdowy Cesiry dostała Oscara jako druga w historii tej nagrody Włoszka.

Nakręcili razem też „Wczoraj, dziś i jutro” (1963), film nagrodzony Oscarem dla najlepszego obrazu nieanglojęzycznego, w którym Zośce – bo tak na nią mówiono w Polsce – partnerował Marcello Mastroianni.

Zaledwie rok później Mastroianni i Loren spotkali się na planie kolejnego filmu De Siki „Małżeństwo po włosku”, znakomitej słodko-gorzkiej komedii rozgrywającej się w Neapolu. Mastroianni i Loren zagrali razem w sumie w 13 filmach na przestrzeni 40 lat.


Wielka miłość

16-letnia Sofia Scicolone (tak brzmiało panieńskie nazwisko późniejszej gwiazdy) poznała swojego przyszłego męża podczas konkursu piękności „Królowa morza”. Dwukrotnie od niej starszy Carlo Ponti był jednym z jurorów. Piękna nastolatka zajęła drugie miejsce i zakochała się, z wzajemnością, w Pontim, znanym producencie filmowym, który pomógł w karierze m.in. Ginie Lollobrigidzie.

Ponti miał żonę, a rozwodów wtedy we Włoszech nie było. 17 września 1957 roku, w Meksyku, Carlo Ponti unieważnił ślub z ówczesną żoną i poślubił Sofię. Małżeństwo uznano za nielegalne, Watykan wyklął nowożeńców, a Pontiemu za bigamię groziło więzienie. Przetrwali jednak trudny czas. Oficjalny rozwód Ponti dostał pięć lat później. W 1962 r. nielegalne małżeństwo anulowano, a Sofia i Carlo pobrali się po raz drugi w 1966 r. we Francji.

Rozpoczęli potem starania o dziecko. Sofia miała problemy z zajściem w ciążę i poddała się kuracji w szwajcarskiej klinice. W 1968 r. w Genewie przyszedł na świat Carlo Jr., a pięć lat później, także w Genewie – Edoardo. Obie ciąże Sofia przeszła pod nadzorem lekarzy. 


Sofia i synowie

W 2007 r. zmarł Carlo Ponti. Sofią opiekują się teraz synowie. Obaj zostali artystami. Carlo Jr. jest dyrygentem i pianistą, a Edoardo – reżyserem, scenarzystą i producentem filmowym.

Edoardo w wieku 11 lat wystąpił u boku matki w dramacie Aurora („Qualcosa di bindo”, reż. Maurizio Ponzi, 1984), za którą otrzymał nominację do Nastro d'Argento, włoskiej nagrody krytyków filmowych.

„Życie przed sobą” to trzeci występ Loren w filmach wyreżyserowanych przez syna. Wcześniej zagrała w „Pośród obcych” (2002) i w adaptacji sztuki Jeana Cocteau „Głos ludzki” (2014) – ten film dostał nagrodę włoskiej krytyki filmowej Nastro Argento.

Teraz Edoardo namówił matkę, by wróciła na plan filmowy. „Moja matka do każdego filmu podchodzi tak, jakby to był jej debiut, z niepokojem i spontanicznością. Film, nad którym właśnie pracuje, staje się jedynym i najważniejszym w jej życiu” – powiedział Edoardo.


Romain Gary – wielki talent i umiłowanie zmyślenia

Romain Gary urodził się jako Roman Kacew w 1914 r. w Wilnie. Lwią część życia spędził we Francji. Francuzi uważają go więc za Francuza, roszczą sobie do niego prawa także Rosjanie i Polacy. Romain z kolei wymyślił sobie kilka życiorysów i stawał się tym, kim chciał.

Był pisarzem, scenarzystą filmowym i dyplomatą. Napisał w sumie ok. 30 powieści, dwa razy wyróżniono go prestiżową Nagrodą Goncourta . Po raz pierwszy otrzymał ją w 1956 za powieść „Korzenie nieba” (Les racines du ciel), a po raz drugi w 1975 za „Życie przed sobą” (La vie devant soi), wydaną pod pseudonimem Émile Ajar. „Życie przed sobą” uważane jest za jedną z najwybitniejszych powieści francuskich XX wieku.

Film Edoarda Pontiego nie jest pierwszą adaptacją „Życia przed sobą” – w filmie z 1977 r. panią Rosę zagrała francuska gwiazda Simone Signoret.

Beata Zatońska