Jej wysokość carbonara

Jej wysokość carbonara

6 kwietnia to dzień jednego z najpopularniejszych dań kuchni włoskiej, czyli pochodzącej z Rzymu carbonary. Jak Włochy długie i szerokie, toczą się spory, jakich składników należy używać do przyrządzenia tego smakowitego i prostego dania. Discordia, rzymska bogini niezgody i chaosu, zaciera ręce. Spaghetti alla carbonara to w niczym jednak nie przeszkadza, bo im więcej się o nim mówi, tym lepiej.


Według kanonicznego przepisu do przyrządzenia tej potrawy należy użyć spaghetti, guanciale – wędzonego wieprzowego policzka, sera pecorino romano, świeżo zmielonego pieprzu i żółtek. Ci, którzy ortodoksję kulinarną mają za nic, chętnie przygotowują carbonarę np. z dodatkiem śmietany, z całymi jajkami, podsmażoną cebulą i czosnkiem; z szynką lub pancettą (wędzony boczek) i odrobiną masła. Niejeden rzymianin na widok tak przygotowanej carbonary odwraca ze zgrozą wzrok.

Mistrzowie kuchni, którzy np. mogą poszczycić się gwiazdkami Michelina, oczywiście wymyślają wariacje na temat carbonary i świat kulinarny jest ich propozycjami zachwycony. Wszystko oczywiście zgodnie z zasadą, że aby łamać reguły, trzeba najpierw dokładnie je poznać.

Chef Luciano Monosilio ze słynnej restauracji Romano Pipero, gdzie podaje się najlepszą w Rzymie klasyczną carbonarę, uważany jest za mistrza tej potrawy. W sieci można znaleźć wiele filmów z instrukcjami Monosilio, jak ją przyrządzić. W 2013 r. ten znakomity kucharz zaprezentował światu danie pod nazwą Carbonara Futura – carbonara przyszłości. Monosilio zamarynował żółtka jajek w miso, zamiast guanciale dodał topinambur, pieprz zastąpił sproszkowaną wędzoną herbatą i lukrecją. Ostrości daniu dodały pikantne kiełki rzodkwi japońskiej i strużyny cytrynowej skórki. Zamiast spaghetti Monosilio użył małych makaronowych rurek – rigatoni mini. Danie podaje się na zimno, a tuż przed podaniem spryskuje się je mgiełką tłuszczu wytopionego z wieprzowego, wędzonego policzka, by aromat przywodził na myśl oryginał.

Odrobina historii
Skąd się wzięła carbonara i dlaczego tak się nazywa? „Carbone” to po włosku „węgiel”. Do przygotowania carbonary używa się świeżo zmielonego czarnego pieprzu, danie wygląda więc, jakby zostało  posypane węglowymi drobinami. Oczywiście na bazie nazwy powstała legenda, że carbonara była podstawowym posiłkiem rzymskich węglarzy, biednych robotników, którzy dostarczali do domów węgiel.

Najprawdopodobniej danie to wymyślili stacjonujący w Rzymie amerykańscy żołnierze. Postępowali zgodnie ze wskazówkami amerykańskiego psychologa i dietetyka Ancela Keysa, który opracował sposób żywienia wojska. Danie, które łączyło makaron, ser, bekon i jajka w proszku, miało dawać żołnierzom odpowiednią porcję kalorii i składników odżywczych. Keys znany jest też z opracowania i spopularyzowania zasad diety śródziemnomorskiej.

O carbonarze zrobiło się głośno w latach pięćdziesiątych. Wtedy też pojawiły się pierwsze spisane przepisy. W komedii pt. „Cameriera bella presenza offresi...” w reż. Giorgio Pastiny z 1951 r. potencjalny pracodawca chce wiedzieć, czy kandydatka na pokojówkę potrafi przyrządzać właśnie carbonarę. To proste danie pojawiło się też w opublikowanych trzy lata później „Rzymskich opowieściach” Alberta Moravii - w opowiadaniu pt. „Myśliciel”. Jak podaje portal Gambero Rosso,  pierwszy przepis na spaghetti alla carbonara wydrukowano po angielsku w przewodniku po restauracjach w Chicago. Wg portalu tortellinieaffini.it receptura na carbonarę pojawiła się w sierpniowym numerze pisma „La Cucina Italiana” z 1954 r.

Rzymianie bardzo polubili carbonarę i natychmiast ją spopularyzowali. Dziś trudno sobie bez niej wyobrazić kuchnię włoskiej stolicy. Raz na jakiś czas w mediach pojawia się lista restauracji, gdzie można zjeść najlepszą. Są wśród nich restauracje wspomnianego już Luciana Monosilio – Pipero Roma i Luciano, a także m.in. Armando al Pantheon czy Ristorante l'Arcangelo.

Beata Zatońska




Jajko w skorupce i w cieście, czyli o wielkanocnych włoskich przysmakach

Jajko w skorupce i w cieście, czyli o wielkanocnych włoskich przysmakach

Jajko, symbol odradzającego się życia, nieodzowny element Wielkanocy. We Włoszech nie święci się pokarmów i nie dzieli jajkami podczas świątecznego śniadania. Ale jajko na twardo jest obecne na włoskich stołach. Opowiemy o trzech potrawach, które pysznią się całymi jajkami. Każda z nich pochodzi z innego regionu Włoch.


Zaczynamy od torta pasqualina, liguryjskiej, a właściwe genueńskiej specjalności, która stała się popularna na całym Półwyspie Apenińskim. Nadzienie tej wysokiej, wytrawnej tarty – choć słowo tarta nie jest tu najwłaściwsze – jest zielone i aromatyczne. Jego podstawą są zielone, wiosenne warzywa i aromatyczne, świeże zioła, m.in. szpinak, ogórecznik, karczochy, majeranek, boćwina, czyli burak liściowy itp. Do tego oczywiście ser; powszechnie używa się ricotty, choć wcześniej był to typowy dla Genui i okolic, podobny do ricotty sera o nazwie prescinsêua.

Torta pasqualina, zwana też gattafura, pojawia się na kartach dawnych książek już mniej więcej w piętnastym wieku. Zielone nadzienie zamknięte jest w delikatnej skorupce ciasta. Kiedyś przygotowywano je tak, by miało 33 warstwy, co symbolizowało lata życia Chrystusa.

Co ciekawe Liguria słynie z różnych wytrawnych ciast, tart i focacci. Dlaczego ludzie tam mieszkający, rybacy i żeglarze, tak się w nich rozsmakowali? Mówi się, że po powrocie z morza chcieli nacieszyć się tym, co rodziła ziemia – zbożami, warzywami, ziołami, grzybami. „Marzyli o pikantnych plackach z jarzynami, szpinakiem, grzybami, świeżym serem czy twarogiem. Żona marynarza zagniatała ciasto na taki placek wieczorem i piekła go rankiem, a potem szła do portu, żeby powitać męża” – napisała w książce pt. „Sekrety włoskiej kuchni” Elena Kostioukovitch. (Wydawnictwo Albatros, 2010).



Można zrobić ekspresowo torta pasqualina z gotowego ciasta francuskiego. Ważne jest tu nadzienie.

Do nadzienia potrzebujemy: Kilogram świeżego szpinaku, świeże zioła – majeranek, pietruszkę itp., ok. pół kilograma ricotty, 200 gramów pecorino lub parmigiano reggiano, osiem jaj, pół posiekanej cebuli, oliwę z oliwek, sól, pieprz

Na rozgrzanym oleju podsmażamy posiekaną cebulę, dodajemy do niej posiekane zielone liście. Gdy wszystko się poddusi, odstawiamy do wystygnięcia.

W misce przygotowujemy masę serową. Mieszamy ricottę ze startym twardym serem i czterema całymi jajkami. Potem dodajemy zieleninę i mieszamy.

Tortownicę wykładamy ciastem, wylewamy na to nadzienie, potem wbijamy do masy cztery jajka – w odpowiednich odstępach. Nadzienie przykrywamy płatem ciasta i wstawiamy do piekarnika. Pieczemy ok. 55 min w temperaturze mniej więcej 165 stopni.

Jajka „ugotują” się w nadzieniu. Torta pasqualina jest pyszna na zimno i na ciepło.


Casatiello pochodzi z Neapolu i wygląda trochę jak koszyczek z jajkami. To placek przygotowywany z ciasta chlebowego, do którego dodaje się kiełbasę, smalec i ser.

Neapolitańczycy opowiadają, że historia casatiello sięga jeszcze czasów starożytnych, gdy miasto było siedzibą Greków.

Ciasto ma okrągły kształt, co symbolizuje cykl odradzającego się życia. Na wierzch kładzie się całe jajka w skorupkach, które przytwierdza się skrzyżowanymi paskami ciasta – na pamiątkę krzyża. Jajka wkłada się do ciasta surowe, pieką się „na twardo”.



Teraz przenosimy się na Sycylię, gdzie w Wielkanoc podaje się cuddura cu l'ova. To ciastka pochodzące z Messyny.

Przygotowuje się je z kruchego ciasta i nadaje im kształt dzwonnicy, korony, baranka lub gołąbka. Ciastem otula się ugotowane jajka na twardo w skorupkach. Po upieczeniu ciastka dekoruje się lukrem i posypuje kolorową, cukrową posypką. 

Beata Zatońska

Zdjęcia: torta pasqualina – flickr/GabeD; casatiello – flickr/wei duan Woo; cuddura cu l'ova – Rmax75/Wikimedia Commons; jajka – Haley Hamilton/unsplashed







Colomba. Bez niej Wielkanoc prawie się nie liczy

Colomba. Bez niej Wielkanoc prawie się nie liczy

Wielkanoc. Włosi lubią dobrze zjeść. Właściwie, kto w święta nie lubi? Włoska Wielkanoc nie może obejść się m.in. bez colomby, czyli drożdżowej babki w kształcie gołębicy, pokrytej lukrem i migdałami. Oczywiście każdy region ma też swoje specjały. Neapol jest dumny z pastiery i casatiello, a np. Umbria – z pizzy wielkanocnej. 


Colomba pojawia się w marketach i cukierniach jak Włochy długie i szerokie, tak samo jak przed Bożym Narodzeniem panettone. Stała się symbolem  zmartwychwstania Chrystusa i pokoju. Wokół tego drożdżowego ciasta krąży wiele legend, a jego pochodzenie wywodzi się, jeśli nie od starożytnych Rzymian, to co najmniej ze średniowiecznych dworów.

Colomba musi być

Producenci słodyczy na skalę przemysłową co roku przygotowują więcej tego specjału. W jednym z ostatnich lat tylko dwie duże firmy z Piemontu – Balocco i Maina – wypuściły na rynek 17 milionów drożdżowych gołębic. Do tego oczywiście trzeba doliczyć inne firmy, także te mniejsze lokalne, i wtedy się okaże, że na każdego mieszkańca Włoch przypada co najmniej jedno ciasto; w 2017 r. państwo na Półwyspie Apenińskim zamieszkiwało ok. 60 mln osób.

Zostawmy jednak statystykę. Colomba di Pasqua zajmuje wiele miejsca we włoskich mediach i w przedświątecznych rozmowach. Jakie powinno to być ciasto? Puszyste, o porowatej strukturze, dobrze wyrośnięte, maślano-jajeczne, delikatnie wilgotne. Do środka  dodaje się kandyzowaną skórkę pomarańczową, a złocisty wierzch pokryty jest błyszczącym lukrem, na którym lśniące kryształki cukru sąsiadują z migdałami. Ciasto ma kształt gołębicy, jego boki otula karbowany papier; taka duża papilotka. Oczywiście można kupić colombę z rozmaitymi dodatkami, np. z czekoladą czy pachnącą mocno rumem, ale to już nie jest klasyka.

Jak to na początku było?

 Colombę, taka, którą można kupić teraz we Włoszech, wymyślił w latach trzydziestych ubiegłego wieku Dino Villani, szef reklamy mediolańskich zakładów cukierniczych Motta. Firma miała już za sobą sukces bożonarodzeniowego panettone, Villani doszedł więc do wniosku, że trzeba też uczcić Wielkanoc. Z tego samego ciasta przygotowano więc babkę w kształcie gołębicy, nawiązując do symboliki chrześcijańskiej. Niedługo potem colombę zaczął produkować mediolański cukiernik, Angelo Verganni, który w 1944 r. założył firmę Vergani.

Ta biznesowa historia świątecznego przysmaku jest mało romantyczna. Krąży więc wiele legend o tym, jak colomba powstała.  Bohaterem co najmniej dwóch z nich, jest Alboin, król Longobardów, który w VI wieku podbił środkowe i północne Włochy, a stolicą swego państwa uczynił Pavię. Według jednej z nich, ciasto w kształcie gołębicy dał władcom Pavi na znak pokoju. Inna z kolei legenda mówi, że gdy Alboin wkroczył do zdobytego miasta, podarowano królowi, by zaskarbić jego łaski i zaspokoić żądzę, dwanaście dziewic. Jedna z nich postanowiła coś wymyślić, by nie stać się nałożnicą Alboina. Upiekła więc pachnące ciasto, udekorowała je pięknie i zabrała do łożnicy króla. Nieufny monarcha najpierw kazał dziewczynie spróbować podarku, a gdy zobaczył, że zrobiła to bez wahania, zjadł ciasto, a dziewczynę puścił wolno.

Inna opowieść związana jest ze św. Kolumbanem Młodszym, irlandzkim opatem i misjonarzem, który podróżował po Europie i zakładał klasztory. W trakcie swych wędrówek, w czasie Wielkiego Postu, Kolumban z grupą mnichów trafił na dwór królowej Longobardów Teodoliny i jej męża Agilulfo w Monzy. Pielgrzymów przyjęto po królewsku, stoły były zastawione mięsiwem. Ani Kolumban, ani jego towarzysze, niczego nie tknęli, bo obowiązywał ich post. Przy królewskim stole zapanowała konsternacja. Przyszły święty zapytał, czy mógłby pobłogosławić jedną z potraw. Przysunął do siebie brytfannę ze smakowicie pachnącą pieczenią drobiową i… zamienił ją w chleb, który zachował kształt ptaka. Tak powstała pierwsze colomba.   

Wariacje

Klasyka klasyką, ale mistrzowie cukierniczy nie byliby sobą, gdyby nie przygotowywali swoich autorskich wariacji na temat klasycznych receptur. I tak w miasteczku Pompeje, w słynnej cukierni De Vivo, przygotowano sześć rodzajów colomby pod nazwą „Passione Campania” – miłość, namiętność do Kampanii. Każdy rodzaj nawiązuje do najsłynniejszych smaków regionu, m.in. sfogliatelli i neapolitańskich zeppoli z kremem. Dwie colomby z tej serii są wytrawne.
Znani włoscy blogerzy też w okolicach świąt publikują swoje przepisy na colombę.
   
Regionalnie

W rejonie Neapolu królują też pastiera, czyli kruche ciasto z nadzieniem z bogatym nadzieniem z ricotty i kandyzowanych owoców, oraz  casatiello – wytrawne ciasto, napakowane serem i wędlinami, na wierzchu którego układa się całe jajka w skorupkach.

W Umbrii, Moise i Abruzzo popularna jest słodka pizza, przygotowywana specjalnie na Wielkanoc. Mówi się, że ciasto to ma antyczne korzenie i zajadali się nim Rzymianie. Przygotowuje się je w Wielki Piątek, musi wyrastać co najmniej jeden dzień. Jest pełne bakalii, nasączone alkoholem, np. maraschino lub alchermes, pełne bakalii.  

Beata Zatońska  

Alda Merini – poetka urodzona pod poetycką gwiazdą

Alda Merini – poetka urodzona pod poetycką gwiazdą

„Urodziłam się dwudziestego pierwszego wiosną/lecz nie wiedziałam że razem z wariatem/rodzi się burza nad światem” – napisała w jednym z wierszy Alda Merini. Poetka przyszła na świat 90 lat temu, 21 marca 1931 r.  Włosi świętują teraz tę rocznicę w Internecie. Otwarto również ponownie jej dom w mediolańskiej dzielnicy Navigli, którą uwielbiała. 

„La poetessa”, „grande Merini” – jej droga poetycka i życiowa była trudna. Pierwsze sukcesy poetyckie odniosła bardzo wcześnie, jako nastolatka. Potem wydała kilka tomików poezji i zamilkła na około 20 lat. Spędziła je, z przerwami, w zakładzie psychiatryczny. Wróciła w wielkim stylu, ludzie znowu zakochali się w jej poezji.

Alda Merini cierpiała na chorobę afektywną  dwubiegunową, zaburzenie, które dotyka często tych najwrażliwszych.  Cierpieli na nią m.in.  Nietzsche, Goethe, Hemingway. Ze współczesnych z CHAD zmagają się m.in. Sting i F.F.Coppola. Czym jest CHAD? W olbrzymim skrócie i uproszczeniu to nawracające zaburzenia nastroju, od stanów depresyjnych po maniakalne. Nie ma jednej odmiany CHAD, w jej przebieg  mogą pojawić się, choć nie muszą, urojenia, agresja. Bywa że trudno ją zdiagnozować i trudno leczyć.     

Jej poezja jest do bólu szczera. Pisała o miłości, która była sensem życia – także tej cielesnej, o poezji, bywającej ciężarem i zbawieniem, o zniewoleniu przez chorobę i przymusowym zamknięciu w szpitalu. Krytycy, którzy analizują jej poezję, piszą, że jak Dante przeszła przez wszystkie kręgi piekielne, by dostać się do raju.

„Najpiękniejsze wiersze/pisze się na kamieniach/z poranionymi kolanami/ i umysłem wyostrzonym tajemnicą” – napisała w wierszu z tomu pt. „Ziemia Święta” (Terra Santa), który uważany jest za szczytowe osiągnięcie jej doskonałej poezji [wszystkie cytaty z poezji Aldy Merini w tłumaczeniu Jarosława Mikołajewskiego, pochodzą z tomiku wydanego przez Wydawnictwo Austeria w 2019 r.].


„Ziemią  Świętą był szpital psychiatryczny, narodem wybranym pacjenci, faryzeuszami lekarze. Ale w ustroju tej świętej ziemi tkwił jakiś bolesny defekt. Ludzie otrzymywali prawa, których nikt nie rozumiał, Chrystus był jednym z wariatów, zmartwychwstanie okazywało się cudem chwilowym” – napisał w posłowiu do przetłumaczonego przez siebie tomu Jarosław Mikołajewski.  

Urodziła się w Mediolanie, w skromnej rodzinie urzędnika. Jej matka zajmowała się domem. Ojciec był ciepły, wspierający i wyrozumiały, matka – opiekuńcza i surowa.  Miała dwoje rodzeństwa. Spokój rodziny zakłóciła wojna. Przed bombami rodzina Merinich uciekła na wieś. Jako nastolatka Alda wróciła do domu, do Mediolanu. Wtedy pojawiły się po raz pierwszy problemy psychiczne.    

Wrażliwa nastolatka  oblała  egzamin z włoskiego po gimnazjum. Rodzice posłali ją wtedy do szkoły zawodowej.  Alda pisała już wtedy wiersze. Jej wychowawczyni pokazała wiersze Merini swojemu przyjacielowi, krytykowi literackiemu Giacinto Spagnoletti. Młoda poetka zadebiutowała w 1951 r. w antologii. Dwa lata później wydała pierwszy tomik „La presenza di Orfeo” (Obecność Orfeusza).  Potem wydaje kolejne zbiory wierszy, bardzo doceniane.

Młodziutka  Merini romansuje z poetami, wchodzi z nimi w bliższe związki.  Okazuje się, że potrafi być wybuchowa, agresywna. Te cechy odkrywa u siebie ze zdumieniem. Bywa nieprzewidywalna, dla innych i dla siebie.


W 1953 r. Alda Merini wychodzi za mąż za właściciela kilku piekarni Ettore Carnitiego. Urodzi mu cztery córki, dwie z nich przyjdą na świat wtedy, gdy Alda jest na przepustkach z zakładu psychiatrycznego.

Po ślubie Alda Merini zajmuje się domem, pisze coraz mniej. W 1961 r. wydaje jeszcze tomik „Tu sei Pietro” (Ty jesteś Piotr) i jako poetka milknie na 20 lat. Wychowuje dzieci, pomaga mężowi, walczy z zaburzeniami psychicznymi. Nie opowiadała o swoim pierwszym, najdłuższym małżeństwie, choć była bardzo otwarta.

Mąż oddał ją do zakładu psychiatrycznego, gdy powróciły napady agresji.  Rzucała się na niego z pięściami. W szpitalach spędziła większość czasu w latach 1965-1978.  We Włoszech obowiązywało wtedy prawo, że można pacjenta trzymać w szpitalu psychiatrycznym wbrew jego woli. Zniesiono je dopiero pod koniec lat osiemdziesiątych.

Cierpiała z powodu rozłąki z dziećmi, zamknięcia i metod leczenia. Zabrano jej dzieci, bo uznano, że nie jest zdolna do opieki nad nimi i oddano pod opiekę zastępczą. Lekarze poddawali ją terapeutycznym wstrząsom elektrycznym – kiedyś, inaczej niż teraz, robiono je bez pełnego znieczulenia – przywiązywano ją pasami do łóżka. Pisała potem o tym w wierszach: „robili nam wstrząs elektryczny/ponieważ mówili, szaleniec/nie może nikogo kochać”. Szpital był gehenną, upokorzeniem, pasmem gwałtownych wydarzeń. Lekarzy porównywała do gestapowców, byli jej oprawcami.

O utracie kontaktu z dziećmi Alda napisała: „Ale ja nigdy nie wybaczę/a dziecko wyjęto mi z łona/i powierzono bardziej »świętym« dłoniom, lecz to mnie znieważono, mnie, która wzniosłam się ponad niebiosa/ponieważ poczęłam genesis”.    


Po zakończeniu prawie nieprzerwanej szpitalnej odysei odzyskała kontakt z córkami, które bardzo kochała. Po jej śmierci, a odeszła 1 listopada 2009 r., jej córki ciepło wspominały matkę.     

W 1981 r. umiera jej mąż Ettore. Rok później Alda wychodzi za mąż za lekarza i poetę Michelle Petriniego. Razem z nim wyjechała na południe, do Taranto.  Aldę dopadł tam potężny kryzys psychiczny, znowu była w szpitalu. Potem wróciła sama do Mediolanu.

W 1984 r. wydała „Ziemię Świętą”. Zyskała ogromna popularność. Została gwiazdą. Chętnie występowała, udzielała wywiadów. Podobało jej się zainteresowanie, którym ją otaczano. Dostała kilka nagród literackich, nominowano ją do Nobla. Była w swoim żywiole. Pisała kolejne wiersze, mistrzowskie aforyzmy.

Na zdjęciach i filmach widać Aldę Merini ze sznurem pereł na szyi. Często trzyma papierosa. Bywa ciepło uśmiechnięta lub zapatrzona w dal. Lubiła śpiewać, przyciągała ludzi.  Znalazłam fragment programu, w którym śpiewa razem z Lucio Dallą jego piosenkę „L'anno che verrà”. 

Milva w 2004 r. nagrała album koncert z piosenkami do tekstów Merini. 21 marca tego roku w Teatro Strehler di Milano odbył się recital Milvy, a zachwycona poetka siedziała na scenie, śpiewała, recytowała i grała na pianinie.         

Ukochany Mediolan, gdzie spędziła większą część życia, poświęcił jej jeden z mostów w Navigliach, gdzie mieszkała. „Cudownie jest wracać do Mediolanu, nocą. Można będzie go tylko opuścić na zawsze, by znaleźć się w raju. Ale być może także stamtąd marzyłabym o moim domu” – powiedziała Merini w wywiadzie dla „Corriere della Sera” w 2003 r.    

 Beata Zatońska

·        wszystkie cytaty z poezji Aldy Meri, w tłumaczeniu Jarosława Mikołajewskiego, pochodzą z tomiku wydanego przez Wydawnictwo Austeria w 2019 r.

·         zdjęcia – Wikimedia Commons    

     Ciastka od św. Józefa na Dzień Ojca

Ciastka od św. Józefa na Dzień Ojca

19 marca to we Włoszech Dzień Ojca. Obchodzi się go w dniu przypisanym św. Józefowi, którego Kościół katolicki uznaje za patrona wszystkich ojców. Z okazji tego dnia przygotowuje się w każdym z włoskich regionów specjalne słodycze. Święto nie ma już charakteru religijnego, stało się powszechne i chętnie się je obchodzi. Wiadomo, ojciec ważny jest!


Papież Pius IX dekretem „Quemadmodum Deus” z 1847 r. wprowadził święto liturgiczne ku czci św. Józefa dnia 19 marca właśnie, który to dzień jest uznawany za datę śmierci św. Józefa. Święty ten jest wzorem ojcostwa, obrońcą stolarzy i w ogóle robotników, biednych oraz sierot. Jest więc dość uniwersalny.

Dawne zwyczaje
Wiele świąt ma swoje korzenie w starożytności. 17 marca starożytni Rzymianie świętowali Liberalia ku czci boga Libera oraz bogini Libery. Liber był bóstwem opiekującym się zbożem i końmi, winoroślą i produkcją wina oraz wegetacją roślin. Libera utożsamiano potem z Bachusem, a Liberę – z Cererą. Liberalia były szczególnie ważne dla 16-letnich chłopców. Nabywali wtedy prawa publiczne obywatela rzymskiego i mogli nosić togi.

Biesiada przy ognisku
Wracamy do czasów nam bliższych. Święto ojca, czyli Festa del Papà, to okazja do przygotowania – i zajadania – słodkich pyszności. W sycylijskiej tradycji z okazji dnia św. Józefa panował zwyczaj, by zapraszać na obiad biednych.

Tu jeszcze jedna ciekawostka. W wielu włoskich regionach wieczorem 19 marca paliło się ognisko, przy którym biesiadowano. To ognisko symbolizowało przejście od zimy do wiosny, oczyszczenie i odrodzenie wszystkiego tego, co zimowy chłód zatrzymał w rozwoju. Ognisko było także wyrazem hołdu dla św. Józefa.


Fritelle od św. Józefa

Włoskie święta nie mogą się obyć bez pysznego jedzenia. Z okazji Festa del Papà przygotowuje się więc słodycze.

W Rzymie smaży się bignè z kremem. Neapol słynie z ciastek zwanych zeppole di San Giuseppe, w Toskanii i Umbrii przygotowuje się z kolei frittelle di riso – ciastka z masy ryżowej, również smażone w głębokim tłuszczu.

Sycylia słynie z fritelli nadziewanych owczą ricottą aromatyzowaną skórką pomarańczową, a Emilia-Romania z ciastek o nazwie „raviole” – robi je się z kruchego ciasta i nadziewa marmoladą z jabłek lub gruszek.

Wg ludowych podań frittelle, czyli niewielkie, smażone ciasteczka, coś w stylu naszych pączków, sprzedawał św. Józef w czasie ucieczki świętej rodziny do Egiptu, by zarobić na utrzymanie. Porzucił wtedy na pewien czas swój zawód cieśli i stał się ulicznym sprzedawcą gorących frittelli.

O ludziach, którzy na ulicach Neapolu sprzedawali smażone w głębokim tłuszczu placki i ciastka wspominał m.in. J.W. Goethe w „Podróży włoskiej”. Zapracowani neapolitańczycy od wieków kupowali na ulicy jedzenie i biegli do swoich zajęć.



Sprzedawców neapolitańskiego „street food” utrwalił w swoich filmach m.in. Vittorio de Sica. W filmie „Złoto Neapolu” z 1954 r. w jednej z sześciu nowel filmowych nowel, z których składa się ten film, pt. „Pizze na kredyt” (Pizze a credit), Sophia Loren zagrała Sofie, sprzedawczynie smażonej pizzy.

Friggitoria to typowe dla Neapolu minijadłodajnie, okienka, z których sprzedaje się smażone w maleńkim pomieszczeniu, smażone jedzenie, m.in. pizze, firttelle, scagliozzi – smażoną polentę, sciurilli – smażone kwiaty cukinii, crocchè – smażone ziemniaki. We friggiotoriach sprzedawano na wynos i „na zeszyt”, czyli na kredyt.

Zeppole di San Giuseppe jako pierwsze przygotowywały zakonnice z San Gregorio Armeno w Neapolu. Ciastka robi się z parzonego ciasta. Nadaje im się kształt gniazdek, a po usmażeniu w głębokim tłuszczu nadziewa kremem cukierniczym i zdobi kandyzowaną wiśnią. Etymologię nazwy „zeppola” wywodzi się m.in. od łacińskiego „serpentem”, bo ciastko przypomina zwiniętego w kłębek węża.


Przepis na zeppole

Składniki:
Ciasto: Trzy jajka, jedno żółtko, 55 gramów masła, 250 ml wody, 150 gramów mąki 00, szczypta soli
Krem: 2 żółtka, 20 gramów mąki kukurydzianej, laska wanilii, 70 gramów cukru, 200 mln pełnotłustego mleka

Przygotowanie:
Najpierw robimy krem. Podgrzewamy mleko, dodajemy laskę wanilii – najpierw ze środka wyskrobujemy waniliowe ziarenka, które oczywiście wrzucamy do mleka. Gdy mleko zaczyna się gotować, zestawiamy z palnika.

Ubijamy żółtka z cukrem, dodajemy mąkę kukurydzianą i wszystko razem dobrze mieszamy.

Ubite żółtka dodajemy do przestudzonego waniliowego mleka, dobrze mieszamy i garnek znowu stawiamy na palniku. Na niewielkim ogniu (lub niewielkiej mocy palnika) zagęszczamy krem, ciągle mieszając. Gdy krem będzie gęsty, przekładamy go do miski, przykrywamy folią spożywczą (folia powinna przylegać do kremu) i zostawiamy do ostygnięcia.

Ciasto parzone: Wlewamy do garnka wodę, dodajemy pokrojone w kostkę masło i szczyptę soli. Podgrzewamy zawartość garnka na średnim ogniu, mieszając raz na jakiś czas drewnianą łyżką, by masło dobrze się rozpuściło. Gdy płyn zaczyna wrzeć, zaczynamy dodawać mąkę – po trochu i ciągle mieszając.

Ciasto powinno zacząć odklejać się od ścianek garnka. Wtedy zestawiamy naczynie z ognia i przekładamy ciasto do miski. W miseczce rozbijamy trzy całe jajka i żółtko. Jajeczną mieszaninę dodajemy po trochu do ciasta. Mieszamy cały czas, używając do tego drewnianej łyżki. Ta czynność wymaga cierpliwości. Ciasto jest gotowe, gdy ma kremową, lekko płynną konsystencję.

Przestudzone ciasto wkładamy do rękawa cukierniczego. Rozgrzewamy w dużym rondlu olej do 165 stopni Celsjusza (dobrze użyć termometru kuchennego). Gdy olej się rozgrzewa, rozkładamy na stole papier do pieczenia – sześć wyciętych czworokątów, i przygotowujemy zeppole. Na każdy kawałek papieru wyciskamy ciasto, nadając mu spiralny kształt; powinny mieć średnicę ok. 6, 7 centymetrów.

Zeppole smażymy na złoty kolor z każdej strony, wyjmujemy i osączamy z oleju na papierowym ręczniku kuchennym. Gdy przestygną, dekorujemy je kremem, który wyciskamy w ozdobny sposób z rękawa cukierniczego. Smacznego!

Beata Zatońska

Zdjęcia: Frittelle – Claudia Condidi/Flickr i Paul Stein, zeppole – Illares Riolfi/flickr i Caleb Lost
Roberto Costantini: kocham Rzym, jak się kocha piękną kobietę

Roberto Costantini: kocham Rzym, jak się kocha piękną kobietę

– Balistreri narodził się z pragnienia, by stworzyć policjanta innego niż ci dobrzy, poprawni politycznie stróżowie prawa. Jest bezlitosny, samotny, kobiety traktuje przedmiotowo, nie wierzy w nic i nikogo – mówi Roberto Costantini, autor bestsellerowych thrillerów, które odniosły sukces we Włoszech i zostały przetłumaczone na wiele języków.


Costantini napisał serię książek, których bohaterem jest komisarz Michele Balistreri. W Polsce w wydawnictwie Sonia Draga ukazała się właśnie powieść Costantiniego pt. „Z bardzo daleka” w tłumaczeniu Tomasza Kwietnia.

Rok 1990. W środku upalnego lata, gdy całe Włochy przeżywają magiczne noce mistrzostw świata w piłce nożnej, bez śladu znika syn potężnego rzymskiego dewelopera. Śledztwo przypada komisarzowi Balistreriemu, którego wcale nie cieszy, że musi szukać zbuntowanego syna przedsiębiorcy. Jednak wszystko zmienia odkrycie okrutnie okaleczonych zwłok młodego mężczyzny obok zwłok dziewczyny zniewolonej przez jednego z bossów camorry.

Jak to się stało, że odnoszący sukcesy zawodowe inżynier postanowił zacząć pisać książki?
Od dziecka czytałem kryminały. Gdy pracowałem jako konsultant, mnóstwo podróżowałem. Nie potrafię spać w samolotach. Podczas długich godzin lotów notowałem pomysły, które przychodziły mi do głowy. Zbierałem je przez 20 lat. Potem przyszedł w moim życiu czas, gdy cierpiałem na bezsenność. W bezsenne noce porządkowałem notatki, które zgromadziłem. Wtedy powstała pierwsza moja książka pt. „Jesteś złem”.

Michele Balistreri, bohater serii pana książek, jest postacią trudną do zdefiniowania, pełną sprzeczności. Świetny policjant, ale człowiek z wieloma problemami osobistymi. Co panem kierowało, żeby tak skomplikować mu życie?
Balistreri narodził się z pragnienia, by stworzyć policjanta innego niż ci dobrzy, poprawni politycznie stróżowie prawa. Jest bezlitosny, samotny, kobiety traktuje przedmiotowo, nie wierzy w nic i nikogo. Liczy się jednak dla niego lojalność, która jest wartością wychodzącą już prawie z mody.


Napisał pan wiele książek o Balistrerim, czyli spędził z nim pan mnóstwo czasu. Jak się układają kontakty z taką trudną postacią literacką?
Zostaliśmy przyjaciółmi. Kiedy jestem sam, rozmawiam z Balistrerim jak ze starym, dobrym przyjacielem.

Jaka jest największa zaleta Balistreriego?
Tak jak już powiedziałem, jego wielka lojalność. I szczerość. Mówi tylko to, co myśli, albo milczy. Nie stara się być sympatyczny.

W jaki rodzaj sprawiedliwości wierzy Michele Balistreri?
Bezkompromisową. Jeśli okaże się, że ktoś złamał zupełnie podstawowe zasady, może nawet zabić.

„Z bardzo daleka”, powieść, które niedawno została przetłumaczona na polski, jest nie tylko historią skomplikowanego, wielowątkowego śledztwa. To również opowieść o kobietach, bitych, poniżanych i wykorzystywanych, które w pewnym momencie postanawiają zrewanżować się swoim oprawcom. Dlaczego zdecydował się pan na podjęcie tego tematu?
Dlatego że wiele osób oskarża Balistreriego, że jest szowinistą. Moim zdaniem jest to bardzo powierzchowny osąd, bazujący na popularnym rozumieniu tzw. poprawności politycznej. Generalnie Balistreri uważa, że na kobietach nie można polegać. I nie jest tak dlatego, że ma jakieś niesprecyzowane uprzedzenia. Kilka razy się w życiu zawiódł. Broni jednak kobiet za wszelką cenę, jeśli spotka takie, którym wierzy i które są w niebezpieczeństwie.

W swoich książkach stosuje pan ciekawy zabieg konstrukcyjny. Opowiada pan o pewnych wydarzeniach w dwóch płaszczyznach czasowych. Czytelnik odkrywa łączące je, mimo upływu lat, wątki i postaci. W „Z bardzo daleka” Balistreri powraca do sprawy, która wydawała się już zamknięta, po 20 latach.
Moje thrillery buduję tak, że rozwiązanie kryminalnej zagadki nie następuje od razu. Poszukiwanie prawdy rozkłada się w czasie, poszczególne etapy śledztwa ujawniają tylko jej część. Każdy z ewentualnych podejrzanych zmienia się, wraz z rozwojem wypadków dowiadujemy się o nim coraz więcej. To thrillery odkrywające ciemne strony ludzkiej duszy, zupełnie nie w stylu Agathy Christie czy porucznika Colombo

W thrillerach z Balistrerim w roli głównej jest jeszcze jeden ważny bohater, równorzędny i pełnoprawny. To Rzym. Lubi pan to miasto, w którym mieszka od lat?
Kocham Rzym za jego piękno, tak jak kocha się piękną kobietę. Nienawidzę jednak, tak samo jak Balistreri, rozprzestrzeniającej się tam mafijności, tego rzymskiego i włoskiego zwyczaju, wg którego znajomości są ważniejsze niż umiejętności i kompetencje.

Kryminały są przede wszystkim rozrywką dla czytelników? Czy powinny być czymś więcej?
Każdy pisarz i każdy czytelnik jest inny. Nie mam jednoznacznej odpowiedzi. Nie przepadam za thrillerami, które powstały tylko po to, by rozerwać czytelnika. Cenię w tego typu książkach mocne tło społeczne.

Planuje pan napisanie kolejnych książek, w których głównym bohaterem będzie Michele Barlistreri?
Jeśli Mike opowie mi znowu jakąś interesującą historię, to kto wie… Zobaczymy…

Rozmawiała Beata Zatońska
Zdjęcie Roberta Costantini – materiały prasowe/Giliola Chisté




  Mimoza  na Dzień Kobiet – silna i delikatna zarazem

Mimoza na Dzień Kobiet – silna i delikatna zarazem

Dzień Kobiet we Włoszech ma zapach i kolor mimozy. Żółte, puszyste i pachnące kwiatowe kuleczki, które obsypują gałązki drzew, są symbolem włoskiej kobiety – delikatnej i silnej jednocześnie. We włoskich cukierniach i barach pysznią się 8 marca złociste ciasta – la torta mimosa.



Mimoza, o której mowa, ma botaniczną nazwę Acacia dealbata. Pod koniec lutego zaczyna kwitnąć w ciepłych rejonach Włoch, np. na Sycylii, gdzie jest teraz mimozowe zagłębie. Na początku marca przypominające żółte bukiety drzewa widać też m.in. w Toskanii czy na Riwierze Liguryjskiej. Włoszki są obdarowywane gałązkami mimozy z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet. Dzieje się tak od 1946 r.

Kobiety z Półwyspu Apenińskiego długo walczyły o swoje prawa. Głosować mogły dopiero od 1946 r. Dla porównania jako pierwsze prawo wyborcze uzyskały mieszkanki Nowej Zelandii (pełne w 1919 r.), a Polki w 1918 r.

Krok po kroku

W 1946 r. ich walka się oczywiście nie skończyła. Powoli zdobywały kolejne przyczółki wolności. W 1966 roku Franca Viola jako jedna z pierwszych Włoszek odmówiła tzw. naprawczego małżeństwa i nagłośniła tę sprawę.

Do 1963 r. prawo we Włoszech pozwalało mężowi , by w „celach naprawczych” karał cieleśnie „błądzącą”; panowie mogli więc do tego czasu „wychowywać” biciem żony w majestacie prawa.

Do 1968 r. niewiernej żonie groziły dwa lata więzienia, a mąż mógł zdradzać żonę do woli, choć – na szczęście – nie wolno mu było sprowadzić kochanki na stałe do domu. W 1975 r. nowe prawo rodzinne zniosło wszechwładzę męża nad żoną.

„Naprawcze małżeństwo” z gwałcicielem sprawiało, że sprawca przestępstwa nie ponosił kary. Franca Viola miała zaledwie 17 lat, kiedy została zgwałcona z zamiarem zawarcia małżeństwa w 1965 r.

Rozwody są możliwe we Włoszech dopiero od 1970 r. Przypomnijmy sobie np. głośną historie kłopotów, jakie mieli Carlo Ponti i Sofia Loren.

W 1981 r. uchylono prawo, które przewidywało złagodzenie kary w przypadku zabójstw honorowych.

Waleczna Matylda

Gdy przyjrzymy się historii, zobaczymy, że włoski feminizm, choć tak go jeszcze wtedy nie nazywano, narodził się w dobie renesansu. Choć i wcześniej były na włoskiej ziemi kobiety, które same o sobie stanowiły i stały na równie z mężczyznami. Matylda Toskańska, zwana też Matyldą z Canossy. Władała  Toskanią mocną ręką, a poddanie bardzo ją szanowali. Matylda była kobietą stanowczą i waleczną, gdy trzeba było, sięgała po broń. Gdy popadła w konflikt z Henrykiem IV, który w 1081 roku odebrał jej lenna, zorganizowała przeciwko niemu zbrojną wyprawę. W 1630 została pochowana w bazylice św. Piotra – jako pierwsza kobieta. Nagrobek zaprojektował Gianlorenzo Bernini.

Filozofki, artystki, pisarki

Wybitnych kobiet w historii Włoch jest co niemiara. Tu podaję zaledwie trzy znaczące, wczesne przykłady.

Urodzona w Wenecji Cristine de Pizan w 1364 r., potem naturalizowana Francuzka, jest uznawana za pierwszą zawodową pisarkę i działaczkę na rzecz praw kobiet. Walczyła z mizoginią i dominacją mężczyzn. Jej ojciec, bogaty wenecki naukowiec, niedługo po tym, jak Cristine przyszła na świat, przeniósł się z rodziną do Paryża, na dwór Karola V.

Cristine nawoływała, by zacieśniać siostrzane więzy między kobietami i dzięki temu przeciwstawiać się szowinizmowi. Podkreślała, że tworzenie kultury nie jest zarezerwowane, wbrew panującemu wtedy powszechnemu przekonaniu, tylko dla mężczyzn. Jej najwybitniejsze dzieła to „Le Livre de la Cité des Dames” (Księga o Mieście Kobiet) i „Le Trésor de la Cité des Dames” (Skarb Miasta Kobiet); pierwsza przedstawiała najwybitniejsze postaci kobiet na przestrzeni wieków, druga wzywała do tego, by kobiety zaczęły walczyć o swoje prawa.

Pierwszą kobietą, której udało się uzyskać doktorat, była pochodząca z patrycjuszowskiej rodziny Elena Lukrecja Cornaro Piscopia. Obroniła się 25 czerwca 1678 r. Był to precedens w 400-letniej historii szacownej uczelni w Padwie.

Piscopia przez godzinę mówiła płynnie po łacinie, tłumacząc zawiłości pism Arystotelesa. Elena, piekielnie zdolna, z talentem do języków i nauk ścisłych, miała szczęście – jej ojciec, nie zważając na jej płeć, pozwolił jej się kształcić i nie zamknął za fanaberie, jak to się wtedy zdarzało, w klasztorze.



Artemisia Gentileschi była pierwszą malarką, która osiągnęła znaczący sukces (czytaj: równy sukcesom mężczyzn). Ceniono ją i podziwiano w Europie. Wielka dama włoskiego baroku, wybitna caravaggionistka wiele przeszła, zanim zaznała spokoju i mogła tworzyć.

Urodziła się 8 lipca 1593 w Rzymie, zmarła około roku 1652 w Neapolu. Malarstwa zaczął uczyć utalentowaną dziewczynkę jej ojciec, Orazio – był to ewenement w tamtych czasach, gdyż miejsce kobiety było w domu.

Jako nastolatka Artemisia padła ofiarą gwałciciela, Agostina Tassiego. Mężczyzna był przyjacielem jej ojca, który poprosił Agostina, by nauczył ją perspektywy. Gdy sprawa wyszła na jaw, Orazio wytoczył Tassiemu proces. Artemisia została wystawiona na publiczny osąd i to ją uznawano za winną. Torturowano ją, by mieć pewność, że mówi prawdę i poddawano bolesnym badaniom ginekologicznym.

W 1612 roku los się odwrócił. Uzdolniona młoda malarka poślubiła malarza Pietra Antonia di Vincenzo Stiattesiego. Przeprowadzili się do Florencji. Artemisia była wolna, mogła tworzyć. Jeden z jej najsłynniejszych obrazów to Judyta zabijająca Holofernesa; datowany na 1612 r. Jest przejmujący, dramatyczny i drastyczny. Judyta i jej służąca przedstawione w chwili, gdy Holofernes ginie z poderżniętym gardłem. Kobiety są tu symbolem siły i determinacji.




Partyzancki kwiat

Mimoza stała się symbolem Dnia Kobiet we Włoszech w 1946 r., gdy po raz pierwszy można było świętować 8 marca. Obchody zorganizowali działacze lewicowi. Luigi Longo, sekretarz generalny Włoskiej Partii Komunistycznej proponował, by symbolem święta kobiet były fiołki. Sprzeciwiły się temu jego towarzyszki.

Teresa Mattei, była partyzantka, aktywistka zaangażowana w walkę o prawa kobiet, zaproponowała wtedy mimozę. Tłumaczyła, że mimozy rosną wszędzie, każdego na nie stać i są kwiatem egalitarnym. Dodawała, że kwiaty te były popularne wśród partyzantów – były znakiem i podarunkiem, a rosły wszędzie.

W 2013 r. niedługo przed śmiercią Mattei powiedziała: „Gdy widzę kobiety z mimozami w Dzień Kobiet, jestem przekonana, że nasza walka nie poszła na marne”.

Mattei słynęła z ciętego języka. Do legendy przeszła jej wymiana słów z pewnym urzędnikiem. – Czy wie pani, że kobiety przez kilka dni w miesiącu nie myślą logicznie? – zapytał. – Są mężczyźni, którzy nie myślą logicznie przez wszystkie dni miesiąca – odparła.

Tort z Sanremo

Przysmakiem w Dzień Kobiet we Włoszech jest „la torta Mimosa”. To nasączony pączem biszkopt przekładany kremem budyniowym z bitą śmietaną

Ciasto to wymyślił Adelmo Renzi. Przygotował je na odbywający się tam w 1962 r. konkurs cukierniczy. Jego dzieło było udekorowane okruszkami żółtego biszkoptu, które przypominały delikatne płatki mimozy. To był hołd Renziego dla miasta kwiatów, czyli San Remo.

Oryginalna receptura ciasta z 1962 r. zaginęła, ale 8 marca przygotowuje się w całych Włoszech tort mimosa, który wygląda tak jak wiosenne, pachnące kwiaty.

Beata Zatońska

* zdjęcie ciasta: http://www.pasticceriabarmose.it



 Małgorzata Bogdańska:  panuje przekonanie, że Giulietta Masina powinna być szczęśliwa, bo była żoną Felliniego

Małgorzata Bogdańska: panuje przekonanie, że Giulietta Masina powinna być szczęśliwa, bo była żoną Felliniego

– Wyobrażałam sobie Giuliettę, tak jak my wszyscy, przez jej role. Prywatnie była jednak inna, a klown był ulubioną postacią Felliniego, nie jej – powiedziała Małgorzata Bogdańska, która gra w znakomitym monodramie poświęconym Masinie pt. „Nie lubię pana, panie Fellini” w reż. Marka Koterskiego. Świat filmowy świętuje setne urodziny Giulietty Masiny, gwiazdy m.in. „La Strady”, żony Federica Felliniego. Przyszła na świat 22 lutego 1921 r. w San Giorgio di Piano, niedaleko Bolonii.



Od kilku lat gra Pani monodram pt. „Nie lubię pana, panie Fellini”. Pod prowokującym tytułem kryje się znakomite studium Giulietty Masiny i jej związku – artystycznego i uczuciowego – z Federikiem Fellinim. Jest wielka miłość, wielka sztuka, dramat, rozczarowanie i zazdrość. Wydobyła Pani Giuliettę z cienia…

Zawsze mi zależało, żeby zatrzymać Giuliettę w kadrze. Teraz mam jeszcze świadomość, że jej setne urodziny nie będą obchodzone tak uroczyście, jak to być powinno. Wszystko przez epidemię. W ub.r. setna rocznica urodzin Felliniego też odbywała się w cieniu koronawirusa. Włosi przygotowali się jednak solidnie do uczczenia Masiny. Kilka dni temu ukazała się jej nowa biografia autorstwa Gianfranca Angellucciego, która nosi tytuł „Giulietta Masina”. Napisał w niej m.in. : „Opowiedziałem jej drogę i dramat dźwigany na prostych barkach, jak niewiele kobiet potrafi. Najlepiej jak umiałem chciałem opowiedzieć, jak taka relacja spłodziła arcydzieła. Relacja otoczona wieloma wtargnięciami kobiet, które wchodziły i wychodziły z ich świata”.


Grała Pani „Nie lubię pana, panie Fellini” także we Włoszech. Tam miała Pani większą tremę niż w Polsce?

Spektakle we Włoszech, w Turynie i w Rzymie, to było wielkie przeżycie. Najpierw był Turyn, gdzie grałam – po polsku, a teksty ze scen filmowych i ostatni monolog były po włosku. W Rzymie grałam pół na pół po włosku i po polsku. Przed występami miałam tremę, ale się odważyłam i zagrałam. Oczywiście za każdym razem były napisy po włosku w tłumaczeniu Małgosi Kościańskiej. Cały czas uczę się włoskiego. Rozmawiam m.in. po włosku z moją koleżanką aktorką, Karoliną Porcari i te lekcje są dla mnie ważne. Ale chyba jeszcze nie czuję się gotowa, by grać tylko po włosku.


 
W Turynie wystąpiłam na scenie offowego teatru, w kaplicy cmentarza San Pietro in Vincoli. Atmosfera była niezwykła, grało się tam niesamowicie. Gdy śpiewałam byłam bardzo wzruszona, bardziej niż zwykle. Mój mąż był na widowni i powiedział, że to najlepszy spektakl ze wszystkich, taka była chemia z widownią. Bardzo mi zależało, żeby dobrze wyszło, bo to przecież kraj Giulietty. Dzięki niej pokochałam Włochy i uczę się włoskiego.

Jak przyjęli Włosi spektakl „Nie lubię pana, panie Fellini”? Mistrza przecież czczą i wiele mu wybaczają. Nazywają go m.in. Magiem. 

Podobał się, miał dobre recenzje. Okazało się jednak, że są tacy, którzy uważają, że „nie wypada” źle mówić o Fellinim. Podeszła do mnie po spektaklu pani, która mi powiedziała, że o zdradach i temu podobnych sprawach otwarcie się nie mówi.

We Włoszech o wielu problemach kobiet nie wypada opowiadać publicznie. Panuje powszechne przekonanie, że Giulietta Masina powinna być szczęśliwa, bo była żoną wielkiego Federica, mogła o niego dbać, dla niego gotować. To też usłyszałam od tej pani.

Mężczyznom wolno więcej i każdy o tym we Włoszech wie?

Paru Włochów, którzy mieszkają w Polsce, widziało spektakl, ale nie mieli do niego serca, nie chcieli zgłębiać tematyki. To jest opowieść o kobiecie i o artystce. Monodram nie jest jednak feministyczny, tak jak czasem zdarza się o nim mówić. Problemy kobiet są mi coraz bliższe. Chcę o nich mówić i dzięki temu coś dawać nam, kobietom.

W Teatrze w walizce, który założyliśmy z Markiem Koterskim, gram dwa monodramy o kobietach – „Moją drogą B” wg zbioru felietonów Krystyny Jandy i „Nie lubię pana, panie Fellini”. Oba wyreżyserował Marek, do pierwszego zrobił adaptację tekstów, do drugiego napisał scenariusz. Mam wielkie szczęście, że wciągnęłam męża w świat Giulietty Masiny, a on zrobił mi wspaniały prezent w postaci monodramu.

Fellini nie był wierny Giulietcie ani w życiu, ani w sztuce. Przestał ją obsadzać, a angażował do filmów seksbomby. Giulietta mówi o tym w spektaklu. To bolało…

Nie zagrała u niego przez 25 lat. Ale to nie znaczy, że nic przez ten czas nie robiła i siedziała w domu. Grała u innych reżyserów. Oczywiście pojawiają się oceny, że jej role były wybitne tylko w filmach Felliniego. Mąż cenił ją, wiedział, jak wiele jej zawdzięcza. Powiedział o niej: „Giulietta to mała czarodziejka, bierze mnie za rękę i prowadzi mnie tam, gdzie sam bym nigdy nie trafił. Giulietta wzbudza we mnie tęsknotę za niewinnością”.

Łukasz Maciejewski w recenzji „Nie lubię pana, panie Fellini” napisał, że nie sposób rozstrzygnąć, czym byłoby kino Felliniego bez Giulietty i kim byłaby Giulietta bez Felliniego. Na pewno dał jej szansę. Walczył o nią z producentami, którzy w filmie „La strada” chcieli obsadzić Sofię Loren.


Pobrali się z wielkiej miłości?

Gdy Giulietta i Federico się poznali, byli sobie równi. Ona, 22-letnia, studiowała literaturę na uniwersytecie w Rzymie i grała w teatrze amatorskim. On – rok starszy – stawiał pierwsze kroki jako reżyser. Był rok 1942. Masina występowała w radiu w sztuce na podstawie jego scenariusza. Najpierw usłyszał jej głos. Fascynacja sztuką i teatrem pięknie ich połączyła.

Giulietta powiedziała w pewnym wywiadzie, że z Federikiem, oprócz miłości, łączyła ją wielka przyjaźń i dzięki temu byli ze sobą tak długo. Nie mieli dzieci, Giulietta jedno poroniła, a syn, Pier Federico, zmarł miesiąc po narodzinach. Giulietta była katoliczką, wierzyła mocno i też z tego powodu była z Federikiem, choć nie był jej wierny.

Wiele osób wyobraża sobie Giuliettę Masinę jako osobę łagodną, cichą i potulną. Nie była taka i pokazuje pani to w spektaklu.

Fellini wspominał np., że Giulietta bardzo kłóciła się z Anthonym Queenem na planie „La strady”. Federico popadł z tego powodu w depresję, a Giulietta wspierała go w chorobie.

I wtedy poznał aptekarkę, z którą połączył go długoletni romans…

Gdy zaczęłam zbierać materiały do monodramu o Giulietcie, wysłałam na Facebooku mnóstwo zaproszeń do Włochów, którzy mogli mieć kontakt z nią i z Federikiem. Korespondowałam m.in. ze wspomnianym Gianfranco Angellucim, który był już autorem książki pt. „Giulietta Masina attrice e sposa di Federico Fellini” (Giulietta Masina aktorka i żona Federica Felliniego). Kiedy wysłałam mu recenzję ze spektaklu w Rzymie, był zbulwersowany, że mogłam mówić tak otwarcie o zdradzie. I zapytał, czy tak samo jak Felliniego oceniłabym Michała Anioła. Napisał też, że nie mam prawa szargać świętości, a artystom wolno o wiele więcej niż zwykłym śmiertelnikom.

Ten monodram napisał i wyreżyserował mój mąż. Ja przynosiłam Markowi materiały. Dla niego najważniejsze było pytanie, czy geniusz usprawiedliwia wszystko. Przez ten pryzmat spojrzał na Giuliettę i Federica. Jest też w „Nie lubię pana, panie Fellini” moja fascynacja Giuliettą, moje w niej zakochanie od chwili, gdy na studiach w szkole filmowej zobaczyłam ją w „La stradzie”. Wtedy też zaczęło się moje zainteresowanie klownami. Wyobrażałam sobie Giuliettę, tak jak my wszyscy, przez jej role. Prywatnie była jednak inna, a klown był ulubioną postacią Felliniego, nie jej.


Jak odkrywała pani Giuliettę prawdziwą, kobietę z krwi i kości?

Obejrzałam i przeczytałam mnóstwo wywiadów z nią oraz osobami, które o niej opowiadały. Masina była kobietą z klasą, świetnie wychowaną, z dystansem. Znalazłam m.in. wywiad z Krystyną Sienkiewicz, która pod koniec lat pięćdziesiątych dublowała Masinę w niemiecko-włoskim filmie pt. „Jons und Erdme”, który kręcono m.in. w Polsce, w Sochaczewie. Krystyna Sienkiewicz powiedziała, że Masina była zamknięta w sobie.

U Felliniego grała postaci szalone, emocjonalne. Mówił, że miała wielki temperament i wiele dawała z siebie. Myślę, że filmy, z których ją zapamiętaliśmy, powstały wtedy, gdy była szczęśliwa, dużo grała, miała z Fellinim mocny kontakt artystyczny i rodzinny. Przestała u niego występować po tym, jak zrobił „Giuliettę i duchy”, gdzie jest bardzo dużo z jej życia. Poczuła się wtedy zdradzona i urażona. Podobnie odniosła się do „8½”, po tym filmie chciała się z Fellinim rozstać. Wiemy jednak, że artyści często żywią się w sztuce życiem swoim i swoich najbliższych.

Miałam na Facebooku kontakt z siostrzenicą Giulietty. Zaprosiłam ją na spektakl w Rzymie, ale nie mogła przyjść. Opowiedziała mi jednak, wzburzona, o wywiadzie z kochanką Felliniego, który pokazano w telewizji. Opowiadała, jak bardzo się z Federikiem kochali. Siostrzenica Giulietty była przekonana, że o tym nie powinno się mówić i z całych sił broniła wielkiej, 50-letniej miłości Masiny i Felliniego. Myślę, że również z tego powodu nie chciała przyjść na nasz spektakl. Mam wrażenie, że o Giulietcie pamięta się często tylko w kontekście Felliniego. Ona jest zapomniana, nie ma jej kto bronić. Mąż przestrzegał mnie, że spora grupa osób nie będzie wiedziała, o kim jest ten spektakl, bo nie kojarzy Giulietty.

Jestem przekonana, że gdybym obejrzała „Nie lubię pana, panie Fellini”, a wcześniej nic bym nie wiedziała o Federicu i Giulietcie, i tak byłabym pod wrażenie. To opowieść o kobiecie i jej życiu, które mocno ją doświadcza, choć wszystkim wydaje się, że jest idealne.

Marek chciał, żeby to był spektakl uniwersalny. Wiele moich przyjaciółek i wiele kobiet, które widziały monodram, mówiło mi, że odnajduje w nim siebie. Nie trzeba być aktorką, by się z Giuliettą identyfikować. Wszystkie mamy podobne problemy.

Można powiedzieć, że Fellini był szczęściarzem, bo ona trwała u jego boku?

Fellini zakładał na nią maski, zawsze był krok przed nią. Wiedział dokładnie, o co mu chodzi, co chce z niej wydobyć. Ja jako aktorka uwielbiam, by zakładano mi maski. Lubię też role, w których muszę przekreślać siebie i grać coś zupełnie innego. Giulietta przekreślała siebie. Do „La Strady” Fellini obciął jej włosy, pozbawił kobiecości, ubrał w szmatki i gałganki, ale ona się w tym odnalazła, bo była wybitną aktorką.

Przeczytałam, że w pewnym momencie wpadli w kłopoty finansowe i musieli sprzedać dom, który Giulietta bardzo lubiła. Fellini potem opowiadał, że gdy się wyprowadzali, patrzyła dokładnie tak samo jak bohaterka filmu „Noce Cabirii” w jednej z ostatnich scen.

Fellini był duszą towarzystwa, uroczy, rozmowny. Brylował w życiu i sztuce. Czytałam wspomnienia, w których pisano, że gdy on czarował gości, ona była milcząca.

Przez tych 25 lat „zawodowej przerwy od Felliniego” Giulietta Masina nie zajmowała się tylko domem i gotowaniem?

Masina naprawdę dużo pracowała, grała w serialach, słuchowiskach. Znalazłam w Internecie płyty, na których czytała wiersze Karola Wojtyły i matki Teresy z Kalkuty. Wiara pomagała jej żyć i wytrwać w tym małżeństwie. Ja nie wyobrażam sobie siebie w takim związku.

W 1993 r. pojechała z nim do Los Angeles, gdzie miał odebrać Oscara za całokształt twórczości. Siedziała na widowni, a on po odebraniu statuetki podziękował jej i powiedział: „Nie płacz, Giulietto”. W październiku tego samego roku Federico zmarł, a ona przeżyła go o pięć miesięcy.

Wszyscy mówili, że umarła z żalu za swoim ukochanym, ale Giulietta miała zaawansowanego raka płuc. Oczywiście, po śmierci Felliniego poddała się, zrezygnowała z terapii. Giulietta bardzo dużo paliła, tak samo jak Anna Magnani, z którą się zresztą przyjaźniły. Mieliśmy z Markiem wykorzystać w spektaklu te papierosy, ale się nie udało. Ja nigdy nie paliłam, wyszłoby sztucznie. Poza tym, nasz Teatr w walizce ma dotrzeć wszędzie, nie może więc być w spektaklu niczego, co nas ogranicza.

Mogę grać w prawie każdym miejscu. W walizce mam wszystko, co jest mi potrzebne na scenie. Muzyka jest na żywo, bo gram na trąbce. Wymyśliliśmy z Markiem, że spektakl musi być „bianco e nero”, potrzebowałam więc białej walizki. U nas takich nie było, ale znalazłam ją na dworcu Termini w Rzymie.

Mocno pani weszła w relację z Giuliettą?

Mocno. Zanurzyłam się w jej biografii i sztuce, tak jak mówiłam, oglądałam filmy, wywiady, czytałam książki. Mam mnóstwo jej zdjęć, które kupiłam w Cinecittà. Pojechaliśmy z Markiem w podróż do Rzymu śladami Masiny i Felliniego, żeby zrobić dokumentację. Obie jesteśmy spod znaku Ryb, różnica w dacie urodzin między nami to trzy dni.

Bardzo dużo się o niej dowiedziałam z rozmów z ludźmi, którzy ją znali. Gdy pojawia się coś nowego, co dotyczy Giulietty, staram się to poznać. Trzy lata temu pojechałam obejrzeć spektakl „Processo a Fellini”, w którym grają Caterina Gramaglia i Giulio Forges Davanzati. To jeszcze mocniejsza opowieść o związku Giulietty i Federica niż nasza.

Pamiętają jeszcze Felliniego i Masinę np. na via Margutta w Rzymie, gdzie mieszkali?

Tak, starszy pan, właściciel galerii opowiadał nam, że wszyscy kochali Giuliettę, a Federico był o to zazdrosny. Cierpiał też z tego powodu, że była bardziej rozpoznawalna od niego. Po „La stradzie” mówiła, że jest bardziej rozpoznawalna niż Myszka Mickey. Nazywano ją Chaplinem w spódnicy. A gdy przestała grać u męża, występowała w serialach telewizyjnych, nie zniknęła, tak jak się u nas uważa.

W jednym z wywiadów Fellini opowiadał, że złodziej jadący na motocyklu wyrwał Giulietcie torebkę. Wiadomość o tym natychmiast rozeszła się po okolicznych kafejkach. Niedługo potem do Masiny zadzwonił złodziej z przeprosinami i odzyskała torebkę.

Czego nauczyła się pani dla Giulietty?

Włoskiego, stepowania, gry na trąbce, śpiewu operowego. Trochę tego jest.

Mam pani kolejne włoskie plany?

Mam kilka pomysłów, mam nadzieję, że uda się je zrealizować. Marzę też, by Teatr w walizce mógł znowu ruszyć w trasę. Epidemia nas zatrzymała, ale spektakl „Nie lubię pana, panie Fellini” można obejrzeć w TVP VOD. Będzie też pokazany 23 marca, czyli w rocznicę śmierci Masiny, w TVP Kultura i na platformie TVP Kultura2.

Beata Zatońska

Zdjęcie nr 1 – autor Piotr Porebski
Zdjęcia nr 2 i 3 – autor Aleks Berg
Zdjęcie nr 4 – autor Katarzyna Radoszewska
Zdjęcie do plakatu – I. Limonca


 Natalia Moskal: Lubię włoski styl życia, celebrowanie codzienności

Natalia Moskal: Lubię włoski styl życia, celebrowanie codzienności

Wokalistka Natalia Moskal mieszka teraz we Włoszech i tam kontynuuje swoją karierę muzyczną, którą rozpoczęła w Polsce. Wydała niedawno płytę pt. „There Is a Star”, która wzbudziła duże zainteresowanie we włoskich i polskich mediach. Album zawiera 14 piosenek znanych m.in. z włoskiego powojennego kina, w nowych aranżacjach Jana Stokłosy. Italiankom opowiada o tym, jak się żyje we Włoszech, o fascynacji Sofią Loren i muzycznych projektach. „There Is a Star” to trzeci album w karierze Natalii Moskal.


Spotkałyśmy się dwa lata temu z okazji premiery płyty „Iłłakowiczówna. Bunt młodości”, na której śpiewała pani wiersze poetki do muzyki Jana Stokłosy. I niedługo potem zaczął się włoski rozdział pani kariery. Najpierw był świetnie przyjęty singiel „(Im)Perfetta”, a teraz jest płyta „There Is a Star” z włoskimi piosenkami. Idzie pani jak burza… Jak to się stało, że znalazła się pani we Włoszech?

Pojechałam do Mediolanu trzy lata temu na wymianę studencką i dokończyłam studia magisterskie. Zapragnęłam tam zostać. Wybór kraju nie był przypadkowy. Szukałam powodu, by zacząć tam żyć, sprawdzić, czy mi to odpowiada na dłużej. Studia to był świetny pretekst. Bardzo mi się we Włoszech spodobało. Zostałam.

Lubię włoski styl życia, celebrowanie codzienności. We Włoszech tak normalnie, bez pandemii, życie toczy się na ulicy, w barach, kafejkach, restauracjach. Ludzie są bardzo przyjaźni, otwarci.


Po singlu „(Im)Perfetta”, który nie był związany z żadnym albumem, miałam ochotę wydawać kolejne autorskie utwory we Włoszech. Przyszła jednak pandemia i wiele się zmieniło. Okazało się, że jest czas na to, by zrobić płytę, o której myślałam od pięciu lat. Wszyscy muzycy mieli wolne miejsca w kalendarzu, nie grali koncertów. Zdecydowaliśmy więc z Jankiem Stokłosą, że robimy album. Każdy nagrywał osobno, Janek zrobił aranże w u siebie w domu. Spotkaliśmy się dopiero, jak nagrywaliśmy wokale. Specyficzne doświadczenie muzyczne, ale ciekawe.

Zanim porozmawiamy o płycie „There Is a Star”, proszę mi jeszcze opowiedzieć o preselekcjach do festiwalu w San Remo w ub.r. To kultowa impreza muzyczna we Włoszech, narodziło się tam wiele karier, wylansowano mnóstwo przebojów. Oglądała pani festiwal?

Od chwili, gdy przeprowadziłam się do Włoch, zaczęłam uważniej śledzić to, co dzieje się w San Remo. Moje serce skradł w 2019 r. Mahmood, który wygrał festiwal z piosenką „Soldi”. Zaśpiewał coś innego, świeżego i przejmującego. Do tej pory w San Remo dominowały piosenki podniosłe, z długimi nutami, w stylu Laury Pausini. Teraz to się zmienia.



Na preselekcje pojechałam z singlem „Im(Perfetta)”, to było jeszcze przed jego premierą. Spędziłam w San Remo cały weekend, bo oprócz selekcji odbywały się tam zajęcia dla piosenkarzy z najlepszymi specjalistami z włoskiej branży muzycznej. Miałam m.in. masterclass z Fabio Ingrosso, który uczył nas, jak zachowywać się na scenie, jak walczyć z tremą i jak najlepiej się zaprezentować. Były też m.in. zajęcia z prawa autorskiego. Nie udało mi się zakwalifikować, miałam tremę, a konkurencja była ogromna. Myślę też, że największą szansę na udział w festiwalu mają Włosi. Ale spróbuję jeszcze na pewno. Może w przyszłym roku?

Włosi żyją festiwalem w San Remo przez kilka miesięcy...   

To jest dla nich wielkie wydarzenie. Co najmniej na miesiąc przed festiwalem zaczyna się o nim dużo mówić w mediach. Agenci i menadżerowie twierdzą, że nie ma co promować w lutym i w marcu nowych utworów, bo i tak wszystko będzie w cieniu San Remo.

Album „There is a Star” to hołd złożony włoskiej klasyce, piosenkom znanym na całym świecie z filmów. Wymagało to dużej odwagi?

Tak jak mówiłam, od pięciu lat myślałam o takiej płycie. Przy okazji projektu związanego z Iłłakowiczówną poznałam Janka Stokłosę i wiedziałam, że z nim będę mogła spełnić to moje muzyczne marzenie. Chciałam, żeby piosenki były zaaranżowane na orkiestrę. Są tak piękne, że nie ma sensu ich zmieniać, używać elektroniki. Ostatecznie na płycie gra około 20 muzyków. Trudne było dla mnie śpiewanie po włosku, to wielkie wyzwanie. Mój obcy akcent jest słyszalny. Trochę mnie to deprymuje.

Śpiewa pani też po neapolitańsku…

We Włoszech dialekt neapolitański jest uznawany za osobny język, Włosi z innych regionów go nie rozumieją. Musiałam się więc nauczyć tych piosenek fonetycznie. Miałam zajęcia z trenerką, która pomagała mi przygotować się nie tylko pod kątem wokalnym, ale też pod kątem wymowy – włoskiej i neapolitańskiej. Nadal się stresuję, ale wielu włoskich dziennikarzy muzycznych mówi mi, że mój akcent w niczym nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, piosenki nabrały ciekawego, lekko egzotycznego zabarwienia. Dodają mi otuchy i podkreślają, że super, że podjęłam taką próbę. Cieszę się, że są tak otwarci.

Patrzę na okładkę płyty „There Is a Star” i widzę na niej piękną kobietę, czyli panią, wystylizowaną na Sofię Loren, która w zmysłowy sposób je makaron. To płyta poświęcona Loren, prawda?

Tak, nic tu nie jest przypadkowe. Ani tytuł, ani zdjęcia, ani dobór piosenek. W książeczce dołączonej do płyty jest wiele zdjęć, inspirowanych kadrami z filmów, w których zagrała Sofia Loren. Ona jest tą tytułową gwiazdą, ona mnie zainspirowała, ona wcześniej śpiewała piosenki, które znalazły się na płycie.

Dlaczego właśnie Sofia Loren?

Kocham ją jako artystkę, wokalistkę, jest moją wielką idolką. Bardzo ją cenię za pracę, którą musiała wykonać w życiu. Odniosła ogromny sukces, zdobyła międzynarodową sławę, a wywodzi się z bardzo biednej rodziny spod Neapolu. Wychowywała się bez ojca, przeżyła wojnę i z tego wszystkiego udało jej się wykaraskać i dokonać rzeczy pozornie niemożliwych. Bardzo to w niej szanuję. Wiele projektów, w które się angażuję, dotyczy kobiet – tak było w przypadku poezji Iłłakowiczówny i książek Ester Singer Kreitman, siostry Izaaka Singera, które wydałam w wydawnictwie Fame Art.

Przeczytałam autobiografię Sofii Loren i zafascynowała mnie. Zaczytałam tę książkę, znam cytaty z niej, pozaznaczałam sobie wiele inspirujących fragmentów, popodkreślałam wiele zdań. Historia życia, którą Loren opowiada, jest niesamowita, trudno przejść obok niej obojętnie.

Sofia Loren jako kwintesencja włoskiej kobiety?

Jest ikoną, kobietą wciąż bardzo piękną. Loren nie kryje swojego wieku, ma 86 lat i niczego nie udaje. Nadal jest aktywna, ma apetyt na życie. 13 listopada 2020, gdy wyszedł mój album, miał premierę nowy film z Sofią Loren pt. „Życie przed sobą”. Zagrała po 11 latach przerwy, a reżyserem był jej syn. Ta data to zupełny przypadek, ale pięknie się złożyło.

Znak od Sofii?

Próbowałam się z nią skontaktować, ale jeszcze mi się to nie udało. Może wyślę jej płytę.

Jakie cytaty zaznaczyła pani sobie w autobiografii Sofii Loren?

Napisała m.in. słowa, które są też moją życiową dewizą: „wolę jeść makaron i pić wino, niż nosić rozmiar S”. Tych cytatów jest mnóstwo, trudno wybrać kilka. Loren mawia np., że kobieta jest piękna wtedy, kiedy piękną się czuje, bez względu na rozmiar, który nosi, czy kolor włosów. To bardzo ważne zwłaszcza teraz, w czasach Instagrama, gdy liczy się sztuczne podkręcanie urody.



Po pierwszych zdjęciach próbnych do swojego pierwszego filmu Sofia Loren usłyszała, że powinna zoperować nos, bo jest za długi. Namawiał ją do tego też Carlo Ponti, jej ukochany, ale nie zgodziła się. Powiedziała, że woli porzucić karierę filmową i zostać np. nauczycielką, niż pozwolić komuś ingerować w swoją urodę. Trzeba mieć niezwykłą siłę charakteru, by tupnąć nogą i pozostać sobą w przemyśle filmowym.

Jakie kolejne włoskie projekty ma pani przed sobą?

Wydajemy single z płyty „There Is a Star”. Piszę też piosenki, które zaśpiewam po włosku. A w Fame Art ukaże się m.in. przekład książki „Le formice non hanno le ali” (Mrówki nie mają skrzydeł), którą napisała Silvia Gentilini.

Na okładce „There Is a Star” je pani makaron. Zaprzyjaźniła się pani z włoską kuchnią i włoskimi zwyczajami kulinarnymi? Gotuje pani czy tylko je?

Do chwili wyjazdu do Włoch nie gotowałam w ogóle, nie potrafiłam poruszać się w kuchni. Potem zamieszkałam tam i powolutku zaczęłam się uczyć prostych przepisów. We włoskiej kuchni kluczowa jest prostota i to jest wspaniałe, bo można bez problemu nauczyć się robić bardzo pyszne rzeczy. Nadal nie potrafię ugotować rosołu, ale robię pastę i risotto. Przyucza mnie mój chłopak, który doskonale gotuje. Zachęcam go, by napisał książkę kucharską, bo jest bardzo utalentowany.

Mieszka pani w Mediolanie?

Tak, w pięknej dzielnicy Porta Venezia. Lubię to miasto, jest nowoczesne, europejskie i bardzo energetyczne. Choć bardzo podoba mi się o wiele spokojniejsza Werona. Ale w dynamicznym Mediolanie jest więcej pracy i to jest dobre miejsce na rozwijanie kariery muzycznej.

Po włosku zaczyna pani dzień od espresso?

Od cappuccino albo od americano. Kofeinowy szot, który jest w espresso, to dla mnie za dużo. Podziwiam Włochów, że wypijają kilka espresso dziennie. Uczę się ich kulinarnych przyzwyczajeń. I lubię rozmowy o jedzeniu, zawsze i wszędzie. Albo opowiadają o tym, co jedli, albo planują, co będą jedli.

Jest pani teraz przewodniczką po włoskim świecie dla polskich znajomych?

Tak, tłumaczę, że cappuccino pija się do godz. 11, góra do 12, bo Włosi uważają, że picie kawy z mlekiem po obiedzie jest nieeleganckie i niezdrowe. Albo że po godz. 14, po pranzo, restauracje pustoszeją i siedzą w nich tylko turyści, bo Włosi będą jeść dopiero po 19. Celebruję aperitivo, które bardzo lubią mediolańczycy.

Trzymam kciuki za kolejne włoskie projekty. I za koniec pandemii.

Oby się skończyła jak najszybciej. Chciałabym zaśpiewać piosenki z „There Is a Star” na żywo, w Polsce i we Włoszech, marzą mi się koncerty z orkiestrą. A potem chciałabym nagrać kolejne włoskie, autorskie piosenki.

Beata Zatońska

* * zdjęcia w tekście - Adam Romanowski/materiały prasowe


Kawowe historyjki barowe

Kawowe historyjki barowe

Ten, kto choć raz był we Włoszech, wie, że dla mieszkańca Półwyspu Apenińskiego rytuały i zwyczaje picia kawy są niezwykle ważne. Kawę pija się bardzo często w barach, stojąc przy ladzie, zagadując barmana lub towarzyszy, zagryzając cornetto i gawędząc o pogodzie lub o wczorajszym meczu. Rano ktoś siedzi w kącie i czyta gazetę, popijając espresso, dwie panie delektują się rogalikiem moczonym w cappuccino, a panowie rozprawiają o polityce w drodze do pracy. I to jest właśnie ta specyficzna atmosfera włoskich barów, gdzie słychać pobrzękiwanie filiżanek, szum młynka i syk ekspresu do kawy, odgłos spieniania mleka, gwar rozmów i śmiech. A wszystko kręci się wokół kawy, a w zasadzie dwóch najczęściej zamawianych napojów, czyli espresso i cappuccino. Bo któż nie zna esencjonalnej kawy z gęstą pianką serwowanej w małej filiżance?


Mała czarna

Historia jej powstania jest bardzo interesująca. Podobno na początku XX wieku właściciele pewnej włoskiej fabryki chcieli, żeby pracownicy szybciej wracali do pracy z przerwy śniadaniowej i nie tracili kilku minut na przygotowanie kawy metodą przelewową. Potrzebna była szybka metoda, aby czas na jej przygotowanie nie był taki długi. Na przełomie XIX i XX wieku przeważały maszyny napędzane parą wodną, dlatego różni konstruktorzy próbowali użyć jej również do zaparzania kawy. I tak powstały pierwsze ekspresy parowe, stworzone między innymi przez Angelo Moriondo z Turynu czy Luigiego Bezzerę z Mediolanu. Dzięki tym maszynom kawa była gotowa już po 45 sekundach! To się nazywa szybka kawa! A przymiotnik "espresso" po włosku oznacza ekspresowy, pospieszny, więc w sam raz pasował do nazwania takiego szybkiego napoju. Pracownicy dostawali swoją kawę w małej filiżance i szybko ją wypijali ku zadowoleniu szefów zakładu.


Od tamtego czasu maszyny do parzenia kawy ulegały wielu udoskonaleniom, między innymi przez Desidero Pavoniego oraz Achille Gaggię, dzięki czemu możemy pić dzisiejsze espresso z gęstą pianką na powierzchni, zwaną cremą, i nie musimy już czekać kilku minut w barze na swój czarny napar podawany w małej filiżance.

Jak widać wynalazki często powstają z potrzeby chwili, a zostają potem z nami na bardzo długo. Z tego narodziła się cała tradycja picia espresso we włoskich barach i domach i stała się jednym z symboli tego kraju.


Duża i puszysta

Drugą niezwykle popularną we Włoszech kawą jest cappuccino, które pija się zwykle rano – czasami zamiast śniadania, innym razem w towarzystwie cornetto, czyli włoskiego rogalika.

Słowo „cappuccino” znaczy po włosku kapucyn, czyli mnich należący do Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów, których na pewno kojarzymy chociażby z charakterystycznych brązowych habitów z długim kapturem. Tylko co ów zakonnik ma wspólnego z tradycyjną włoską kawą?

Historia ma swój początek pod koniec XVII wieku, kiedy to pewien włoski mnich Marco d'Aviano udał się z wizytą do kawiarni Hof zur Blauen Flasche w Wiedniu i zamówił kawę, zaciekawiony smakiem nietypowego jak na tamte czasy napoju. Smak wydał mu się zbyt silny i poprosił o dolanie do kawy mleka. Mieszanka kawy i mleka została nazwana „cappuccino” od koloru habitu noszonego przez mnichów z zakonu kapucynów, do którego należał wspomniany zakonnik. Oczywiście w tamtych czasach nie było jeszcze maszyn do parzenia espresso ani urządzeń do spieniania mleka, dlatego też dzisiejsze cappuccino wygląda trochę inaczej, ale kolor wciąż przypomina ten z habitu braci kapucynów, więc nazwa jest używana po dziś dzień. Ważne jest natomiast, żeby mleczna pianka była lekko pobrudzona, rdzawa na wierzchu, a nie śnieżnobiała. Mile widziane są też wszelkiego typu ozdobniki wykonane przez baristę, zwane latte art, chociażby serduszko czy fantazyjny listek. Pamiętać też należy o włoskiej etykiecie kawowej, według której cappuccino to napój śniadaniowy i należy go zamawiać nie później niż do godziny 11:00 przed południem.


Espresso zwykle wypijamy szybko, na 2-3 łyki, natomiast cappuccino pijemy powoli, delektując się jego delikatnością, słodyczą i lekkością mlecznej pianki.

I o to właśnie chodzi, żeby zatrzymać się w biegu, zwolnić, odetchnąć, przysiąść w barze na cappuccino i cornetto, zanim rzucimy się w wir pracy albo zwiedzania. Polecam, nie tylko podczas pobytu we Włoszech.



Wpis gościnny, autorka: Magdalena Małagowska

właścicielka sklepu internetowego z rzemieślniczą kawą świeżo paloną i autorka bloga „Kawy Świata” - www.megan-coffee.com