Paolo Costella, reżyser „(Nie)długo i szczęśliwie” o drugiej szansie i wymuszonej pauzie

Paolo Costella, reżyser „(Nie)długo i szczęśliwie” o drugiej szansie i wymuszonej pauzie

– Daję bohaterom drugą szansę. Muszą zatrzymać się w życiowym pędzie i zastanowić, czy walczyć o swoje związki, czy też nie. Uważam, że każda z czterech filmowych historii kończy się dobrze, bo wszyscy bohaterowie przeszli przemianę, skonfrontowali się ze swoimi słabościami. I to jest największa wartość – mówi Paolo Costella, reżyser i współscenarzysta filmu „(Nie)długo i szczęśliwie”.


Scena otwierająca film „(Nie)długo i szczęśliwie”, jeszcze zanim pojawią się napisy, doskonale wprowadza nas w klimat opowieści. Jest romantycznie, kochankowie kładą się do łóżka. Szybko orientujemy się jednak, że to marionetki poruszane przez ubranych na czarno lalkarzy. Skąd ta metafora?
Paolo Costella: Kilka lat temu widziałem performance, w którym artysta połączył współczesne sztuki wizualne z japońskim tradycyjnym teatrem lalkowym – bunraku. Bardzo chciałem wykorzystać ten motyw w filmie. Teraz nadarzyła się okazja i rzeczywiście możemy potraktować to filmowe intro metaforycznie. Tajemnicza para, która – jak się okazuje – nie do końca decyduje o swoim losie, ma wiele wspólnego z bohaterami filmu.

W filmie 47 par dowiaduje się, że małżeństwa, które zawarli, są nieważne z punktu widzenia prawa. Sakramentu udzielił im fałszywy ksiądz. Czy podobna historia wydarzyła się naprawdę?
Przeczytałem kiedyś w gazecie notkę o parze, która odkryła, że ślubu udzielił im ktoś, kto tylko podawał się za duchownego. Ci ludzie poznali podczas wakacji księdza, z którym się zaprzyjaźnili. Gdy po roku postanowili wziąć ślub, zadzwonili do niego i poprosili, by to on związał ich węzłem małżeńskim. Potem wyszło na jaw, że to nie był kapłan i ślub okazał się nieważny. We Włoszech można wziąć tzw. ślub konkordatowy. Jeśli Trybunał Roty Rzymskiej, zwany Sacra Rota, uzna ślub zawarty w kościele za nieważny, małżeństwo zostaje też unieważnione w świetle prawa świeckiego. Pomyślałem, że to doskonały pomysł na film. Zaczęliśmy z Paolo Genovese, z którym pisałem scenariusz, szukać kolejnych podobnych przypadków. Okazało się, że jest ich więcej. Pomyśleliśmy więc, że przyjrzymy się małżeństwom, które znalazły się w trudnym, ale i ciekawym momencie swojego związku. Bo unieważnienie małżeństwa to nie tylko sprawa urzędowa, to przede wszystkim wystawienie uczuć na próbę.


Bohaterowie „(Nie) długo i szczęśliwie” to cztery pary. Trzy zgodne małżeństwa i skłócona para po rozwodzie. Ci ostatni są w podwójnie nietypowej sytuacji. Skoro nie było ślubu, nie było więc i rozwodu…
Życie lubi płatać figle. Czasem daje drugą szansę, pozwala zweryfikować wybory. Każda z czterech par, o których opowiadam w filmie, boryka się z innymi problemami. One wychodzą na jaw w tych szczególnych okolicznościach, czyli w związku z formalnym unieważnieniem małżeństwa. Zadaliśmy pytanie, „Co sprawia, że związek jest trwały i szczęśliwy?” i zaczęliśmy sprawdzać. 
 
Cztery pary, cztery równoległe historie. Nie sposób nie przywołać wielkiego filmowego hitu, którego był pan współscenarzystą – „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” w reż. Paola Genovese. Tu i tu dużo mówi się o miłości i zdradzie.
„Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” to było znakomite doświadczenie zawodowe. Dobrze nam się pracuje z Paolo. Napisaliśmy już wspólnie dwa kolejne scenariusze.


W „(Nie) długo i szczęśliwie” komedia splata się z dramatem. Na początku jest zabawnie, wszyscy sobie żartują, potem robi się coraz poważniej. Dlaczego zdecydował się pan na taki gatunek filmowej opowieści?
Podążałem za bohaterami. Bardzo ważna jest dla mnie szczerość w opowiadaniu historii. Bohaterowie nie zdają sobie więc na początku sprawy, jakie konsekwencje niesie ze sobą to, co ich spotkało. Dlatego początek filmu jest radosny i beztroski. Potem sprawy przybierają zaskakujący obrót. Myślę, że komediodramaty są teraz coraz bardziej popularne, bo trzymają się najbliżej życia. Starałem się zachować równowagę między elementami komediowymi i dramatycznymi. Zależało mi przede wszystkim, by śmiech nie przykrył emocji, które są sercem filmu.

Bohaterowie filmu „(Nie)długo i szczęśliwie” mają niezwykłą okazję, by zatrzymać się i przemyśleć swoje życie. Ta pauza ma szczególną wartość?
To mnie właśnie najbardziej zainteresowało. Chodziło mi o prawdziwą refleksję. Jest we Włoszech określenie „pausa di riflessione” (przerwa na refleksję), którego używa się, gdy para postanawia dać sobie czas do namysłu. W filmie mamy wymuszoną przerwę na refleksję, jest ona tak naprawdę rodzajem prezentu, który daję bohaterom. Muszą zatrzymać się w życiowym pędzie i zastanowić, czy walczyć o swoje związki, czy też nie. Dostają unikatową drugą szansę. Uważam, że każda z czerech filmowych historii kończy się dobrze, bo wszyscy bohaterowie przeszli przemianę, skonfrontowali się ze swoimi słabościami. I to jest największa wartość.

Często opowiada pan w swoich filmach o miłości i małżeństwach. Dlaczego?
Gdy opowiadamy o parze ludzi, którzy są razem, otwiera się przed nami mnóstwo fascynujących tematów. To m.in. miłość, wierność, rodzicielstwo... Można długo wymieniać.

Rozmawiamy o wyborze, o nowej okazji. Wyobraźmy sobie więc, że może pan wybrać po raz drugi swoją życiową drogę. Zostałby pan reżyserem?
Byłbym fotografem. Jeździłbym po świecie i robił zdjęcia. Tak opowiadałbym historie, zupełnie bez słów. To moje marzenie. Gdy byłem nastolatkiem, pasjonowałem się fotografią.

Pięknie pokazał pan Rzym w swoim filmie. Gdzie były kręcone zdjęcia?
Głównie na Zatybrzu, dzielnicy, która leży w sercu Rzymu. Zatybrze jest magiczne, bardzo różnorodne, malownicze i zielone. Mieszkają tam ludzie z różnych kręgów społecznych, a o to nam chodziło. Nasi bohaterowie musieli mieszkać w jednej parafii, wszystkim im dawał przecież śluby ten sam samozwańczy ksiądz.

Jak pracuje pan z aktorami na planie filmu? Daje pan im dużą swobodę w konstruowaniu postaci? W obsadzie „(Nie)długo i szczęśliwie” są włoskie gwiazdy – Ambra Angiolini, Fabio Volo, Luca Bizzarri, Carolina Crescentini, Claudia Gerini, Paolo Kessisoglu, Filippo Nigro i Claudia Pandolfi.
Bardzo ufam tekstowi. Może dlatego, że jestem także scenarzystą. Wiem, że poświęca się wiele czasu na napisanie scenariusza, analizuje się każde słowo, każdą sytuację. Kiedyś byłem bardziej otwarty na modyfikacje scenariusza podczas zdjęć do filmu. Teraz jestem ostrożny. Oczywiście chętnie słucham aktorów, bo to oni tworzą postaci. Z każdym staram się pracować trochę inaczej, bo mają różne doświadczenia zawodowe.

Jakie filmy lubi pan oglądać?
Inne od tych, które robię. Lubię m.in. wczesne filmy Romana Polańskiego, kino Ericha von Stroheima, Wernera Herzoga, Rainera Wernera Fassbindera i Larsa von Triera. Cenię niekonwencjonalne podejście, artystyczną konsekwencję i odwagę. Pracowałem z wielkimi włoskimi reżyserami. Byli wśród nich niesłusznie zapomniany Marco Ferreri czy Liliana Cavani. Nauczyłem się od nich, że kino to bardzo poważna sprawa, nawet dla tych, którzy kręcą komedie.

Rozmawiała Beata Zatońska

Paolo Costella (ur. 1964 r.) jako reżyser zadebiutował w 1999 r. filmem „Tutti gli uomini del deficiente” (ang. „All the Moron’s Men”) na podstawie scenariusza własnego autorstwa. Nakręcił też takie filmy jak „Matrimonio al Sud” czy „Baciato dalla fortuna”. W 2016 r. współtworzył scenariusz do filmu „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” w reż. Paola Genovese, który dostał dwie włoskie nagrody David di Donatello oraz nagrodę 15. Tribeca Film Festival. Sukces było ogromny, film doczekał się kilkunastu remake’ów, w tym polskiego. Paolo Costella jest też m.in. współautorem filmu „Najlepsze lata” reż. Gabriele Muccino, który niedawno był w polskich kinach.

„(Nie)długo i szczęśliwie” – reż. Paolo Costella, tytuł oryginalny – „Per tutta la vita”, Wlochy 2021, scenariusz: Paolo Costella, Paolo Genovese, Antonella Lattanzi, zdjęcia: Fabrizio Lucci; Występują: Ambra Angiolini, Fabio Volo, Luca Bizzarri, Carolina Crescentini, Claudia Gerini, Paolo Kessisoglu, Filippo Nigro i Claudia Pandolfi: Dystrybucja: Best Film

Zdjęcia: Materiał prasowe



Caravaggio i jego odkrywca

Caravaggio i jego odkrywca

Jeszcze przez miesiąc można oglądać na Zamku Królewskim w Warszawie wystawę „Caravaggio i inni mistrzowie. Arcydzieła z kolekcji Roberta Longhiego”. To jedyna okazja, by zobaczyć w Polsce obrazy Caravaggia, a wystawa bardzo ciekawie buduje kontekst wokół tego genialnego twórcy.


Choć uwagę przyciąga głównie Caravaggio, to tak naprawdę głównym bohaterem wystawy jest Roberto Longhi. Nie ma wątpliwości, że temu uczonemu i kolekcjonerowi Caravaggio zawdzięcza nie tylko popularność, lecz także wnikliwe studia i rozpoznanie jego twórczości. 

Wytrwały poszukiwacz

Roberto Longhi urodził się w 1890 roku. Jego rodzice pochodzili z Modeny, oboje pracowali jako nauczyciele. Roberto rozpoczął naukę na wydziale literatury uniwersytetu w Turynie, podczas studiów uczęszczał na kurs historii sztuki. W 1911 roku obronił pracę magisterską poświęconą Caravaggiowi. To był początek wielkiej przygody ze sztuką Caravaggia i caravaggionistów, wkrótce pojawiły się pierwsze artykuły Longhiego poświęcone malarzom, których twórczość nawiązywała do twórczości Caravaggia. Trzeba pamiętać, że wybór Roberta Longhiego wcale nie był oczywisty, Caravaggio nie był wówczas uznawanym malarzem, wiedziano o nim niewiele i wiedza ta była dość chaotyczna. Longhi dostrzegł w zbuntowanym malarzu sprzed wieków nowatora i rewolucjonistę. Powoli, krok po kroku budował podstawy rzetelnej wiedzy o malarzu. W końcu w 1951 roku zorganizował w Mediolanie wystawę poświęconą Caravaggiowi – wystawę, która stanowiła przełom w postrzeganiu i rozumieniu twórczości artysty. Można powiedzieć, że Roberto Longhi sprawił, że Caravaggio narodził się na nowo dla współczesnego świata.

Ale Roberto Longhi nie zajmował się wyłącznie jednym malarzem, choć bez wątpienia z Caravaggiem jest wiązany najczęściej. Opublikował monografię poświęconą Pierowi della Francesca, bohaterami jego licznych artykułów byli m.in. Andrea del Sarto, Masolino, Masaccio, Artemisia i Orazio Gentileschi, Giorgio Morandi. Wiele uwagi poświęcił twórcom regionalnym, z Emilii Romanii czy Lombardii.

Kolekcjoner

Longhi nie ograniczał się do studiowania dzieł wielkich malarzy. Dość szybko zaczął budować własną kolekcję. Gdy tuż przed śmiercią w 1970 roku spisywał swoje uwagi dotyczące należących do niego obrazów, tak opisywał początki swych starań kolekcjonerskich: „Gdy zaczynałem kolekcjonować obrazy, a były to lata 1915-1920, chciałem uzupełnić swoje badania o przykłady, które by je w jakiś sposób konkretyzowały. W tamtych latach w Rzymie iw Mediolanie widywałem na targowiskach obrazy, które przyciągały swoim pięknem i niewiele przyciągały”.

W 1921 roku kupił pięć płócien przedstawiających apostołów (autorstwa Jusepe de Ribera) oraz „Pojmanie Chrystusa” Baburena i „Dawida i Goliata” Lanfranca. Sam Caravaggio pojawił się w jego kolekcji w 1928 roku, Longhi odkrył obraz w prywatnej kolekcji znajdującej się w Paryżu, sprowadził obraz do Włoch, a następnie udało mu się go kupić. Był to „Chłopiec gryziony przez jaszczurkę”.

Rok po śmierci Longhiego powstała we Florencji fundacja (Fondazione di Studi di Storia dell’Arte Roberto Longhi), która prowadzi badania z zakresu historii sztuki, upowszechnia dorobek Roberta Longhiego oraz umożliwia oglądanie jego kolekcji, która liczy ok. 250 obrazów (powstałych od XVI do XX w.).

„Chłopiec gryziony przez jaszczurkę”

Perłą kolekcji Roberta Longhiego jest obraz z młodzieńczych lat Caravaggia „Chłopiec gryziony przez jaszczurkę”. Został namalowany około 1597 roku, czyli w pierwszych latach pobytu malarza w Rzymie. Wcześniej powstał „Chłopiec obierający owoc” (znany tylko z kopii), „Chory Bachus” i „Chłopiec z koszem owoców”, ale chłopiec z jaszczurką wnosi nową jakość do malarstwa Michelangela Merisiego, bo tak naprawdę nazywał się malarz powszechnie znany jako Caravaggio. Pojawia się dynamika i ekspresja, co malarz rozwinie w późniejszych dziełach.

Kiedy Longhi odkrył obraz „Chłopiec gryziony przez jaszczurkę”, znane było drugie przedstawienie tego tematu, niemal identyczne, które znajdowało się w Londynie. Jak nietrudno się domyślić, istnienie dwóch tak podobnych dzieł budziło wątpliwości co do ich autentyczności, długo dyskutowano nad tym, który z nich został namalowany ręką Caravaggia. Obecnie przypisuje mu się oba obrazy, przy czym prawdopodobnie chłopiec z Londynu powstał jako drugi. Obraz z kolekcji Roberta Longhiego jest silniej skontrastowany, przez co staje się też bardziej ekspresyjny. 

Kiedy ustalono już autora, przyszedł czas na interpretacje. Wielu badaczy starało się zobaczyć coś nowego w obrazie, generalnie jednak większość interpretacji sprowadza się do zestawienia przeciwieństw, połączenia skrajności. Radość i smutek, przyjemność i cierpienie, zmysłowość i ból, miłość i rozczarowanie. Przyjemność okupiona cierpieniem. Z jednej strony carpie diem, z drugiej – memento mori.

Inni mistrzowie

Na wystawie zaprezentowano ponad 40 dzieł malarzy włoskich i północnoeuropejskich, których twórczość nawiązuje do stylu prezentowanego przez Caravaggia. Znaleźli się tam m.in. Lorenzo Lotto, Mattia Preti, Carlo Saraceni, Battista del Moro, a także Valentine de Boulogne, Dirck van Baburen czy Gerrit van Honthorst. Nam szczególnie spodobali się apostołowie Jusepe de Ribera, „Judyta z głową Holofernesa” Carla Saraceni i „Zaparcie się św. Piotra” Valentina de Boulogne. Ale polecamy spokojny spacer po wystawie i wnikliwą analizę wszystkich obrazów.

Magdalena Giedrojć

 Andrea Mantegna i  Filippino Lippi opowiadają o Kacprze, Melchiorze i Baltazarze

Andrea Mantegna i Filippino Lippi opowiadają o Kacprze, Melchiorze i Baltazarze

Święto Trzech Króli to jedno z najważniejszych świąt chrześcijaństwa. 6 stycznia to uroczystość Objawienia Pańskiego, nazywana też Świętem Trzech Króli. Oni właśnie, trzej magowie czy też monarchowie, składający hołd Dzieciątku, przedstawiani byli na wielu olśniewających dziełach sztuki. Przyjrzymy się dwóm obrazom renesansowych mistrzów – Andrei Mantegni i Filippinowi Lippiemu.


O samych królach wiadomo niewiele. Mówi o nich Ewangelia św. Mateusza, opowiadają teksty apokryficzne, m.in. słynna „Złota legenda” Jakuba de Voragine, włoskiego dominikanina, arcybiskupa Genui. „Złotą legendę” spisał w drugiej połowie XIII wieku, a dzieło cieszyło się zawrotną wręcz popularnością.

W Nowym Testamencie, w Ewangelii wg św. Mateusza, jest napisane: „Gdy zaś Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: «Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon». (…) Oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę”. (Biblia Tysiąclecia, Wydawnictwo Pallottinum w Poznaniu, 2003).

Jak mieli imiona mędrcy, ewangelista nie wspomniał. Dowiadujemy się tego z inskrypcji na mozaice z 520 r., która znajduje się w Rawennie, w bazylice Sant’Apollinare Nuovo. Widać na niej trzy męskie postacie w kosztownych szatach. Każdy z dostojników w wyciągniętych rękach trzyma swoje dary dla Dzieciątka. Podpisani zostali „Balthassar, Melchior, Gaspar”.

Mantegna i magowie

Andrea Mantegna 1431-1506) we współczesnej wyobraźni miłośników sztuki zapisał się jako autor słynnego obrazu „Opłakiwanie zmarłego Chrystusa”, który teraz znajduje się w Pinakotece Brera w Mediolanie.

W latach 1497-1500 Mantegna namalował „Pokłon trzech króli” (tempera na desce 54.6 x 70.7 cm), obecnie w Getty Museum w Los Angeles.

To scena niemal intymna. Mamy pięć pierwszoplanowych postaci – jest święta rodzina, Józef po lewej stronie obrazu pozostaje trochę na uboczu. Spowita w złotożółtą materię Maria trzyma małego Jezusa, który wyciąga rączki w kierunku trzech magów. Kolory są stonowane, bohaterowie obrazu ukazani są na ciemnym tle. Kolorystyczne dominanty to wspomniana żółć i czerwień, obecna w szacie Józefa oraz turbanie ciemnoskórego maga. Nic nie rozprasza widza, monae skupić się na świętej rodzinie i tych, którzy przyszli z wizytą i darami.

Mantegna z pietyzmem namalował pojemniki z królewskimi darami. Jeden z nich jest z rzadkiej i bardzo cennej niebiesko-białej porcelany, dwa pozostałe wykonano z jaspisu i onyksu. Dary znajdują się w centrum kompozycji.



Gwar u Filippina Lippiego

Od intymności obrazu Mantegny przechodzimy do zgiełku i przepychu „Pokłonu trzech króli”, który namalował w 1496 r. Filippino Lippi (1457-1504). Dzieło jest teraz w Uffizi we Florencji. Ten obraz to olbrzym, 258×243 cm, zamówiony przez dominikanów, by zdobił ołtarz w kościele San Donato w Scopeto. W 1529 kościół został spalony podczas oblężenia Florencji, na szczęście obrazy, które się tam znajdowały, ocalały.

„Pokłon trzech króli” w 1481 r. dominikanie zamówili u Leonarda da Vinci. Leonardo przygotował wiele wspaniałych szkiców, dopracował kompozycję. Rysunek przeniósł na deskę i… został wezwany do Mediolanu, na dwór księcia Ludovica Sforzy, zwanego il Moro. Efekt pracy mistrza można podziwiać w Uffizi („Pokłon trzech króli”, 1481-1482, tempera z olejem na desce, 246 x 243 cm). Kompozycja jest genialna, symetria idealna.

Dominikanie bardzo chcieli mieć obraz „Pokłon trzech króli” w swoim kościele. Po 15 latach zwrócili się więc do Filippina Lippiego, artysty wywodzącego się z pracowni Botticellego, już opromienionego sławą, który miał na swoim koncie wiele wspaniałych dzieł.

Lippi inspirował się tym, co zrobił Leonardo. Jego obraz jest jednak inny w tonie i sposobie przedstawiania tej sceny. Mniej tu emocji, jest za to celebra i powaga. Filippino namalował wiele postaci, ma się wrażenie, że to wielki tłum, choć tak naprawdę jest ich kilkadziesiąt na różnych planach. Można wpatrywać się w ten obraz długo i zawsze znaleźć coś nowego, ciekawego. Są tu wyraziste linie, mocne kolory, pięknie oddane szaty. Wręcz słychać gwar rozmów i okrzyków.

W centrum oczywiście święta rodzina – Józef czuwający nad Marią i Jezusem. Dzieciątko czule obejmowane przez matkę wychyla się w stronę klęczącego przed nim jednego z przybyłych z daleka gości.

Najprawdopodobniej mnisi poprosili artystę, by zaczerpnął inspirację m.in. z homilii św. Augustyna. Święty z Hippony napisał, że Dzieciątko tego dnia było adorowane przez pogan, co miało unaocznić misję zbawienia wszystkich narodów na Ziemi. Dlatego po prawej stronie obrazu zgromadzili się ludzie o różnych kolorach skóry.

Na obrazie nie mogło oczywiście zabraknąć rysów twarzy najznakomitszych mieszkańców Florencji tamtego czasu. Jesteśmy po lewej stronie obrazu. Najstarszym królem jest Lorenzo Starszy Medyceusz, za nim zaś stoi jego syn Pierfrancesco, odziany we wspaniały żółty płaszcz obramowany futrem gronostaja. Nieopodal znajdują się pozostali dwaj magowie, czyli znowu Medyceusze – ubrany na czerwono Lorenzo i Giovanni il Popolano w zielonej szacie. Postać na pierwszym planie po prawej stronie, która wydaje się przedstawiać świętą rodzinę obserwatorom, to Piero del Pugliese, prawdopodobny pośrednik między mnichami Filippino i Medyceuszami.

U podstawy kompozycji znajduje się trójwymiarowa piramida, której wierzchołkiem jest postać Maryi z Dzieciątkiem, a bokami podstawy dwie klęczące postacie. Widać tu wpływ sztuki flamandzkiej, wyraźnie widoczny w dbałości o szczegóły, rozkład światła i krajobrazie rysującym się w oddali.

Beata Zatońska

Obrazy – Wikimedia Commons

Piękność z Monzy. Róża, która jest remedium na kaca

Piękność z Monzy. Róża, która jest remedium na kaca

La bella di Monza, mała czerwona róża, kwiatowa królowa, która jest dumą rosarium w Monzy, to kwiat w sam raz na czas karnawałowych imprez. Legenda głosi, że ten, kto ją powącha, natychmiast trzeźwieje.


Do Monzy, gdzie mieści się królewski kompleks pałacowy, można dojechać z Mediolanu. Miasteczko leży w odległości zaledwie kilkunastu kilometrów od stolicy Lombardii.

Villa Reale di Monza (zwana również Reggia) powstała pod koniec XVIII w. Pałac wybudował Ferdynand Habsburg, który był gubernatorem Lombardii i właśnie w Monzy postanowił mieć swoją siedzibę. Potem zawiały mocno wichry historii, przez Europę przetoczyły się wojny napoleońskie i Habsburgowie musieli opuścić pałac. Gdy Napoleon zszedł z politycznej sceny, pałac w Monzy przejęli Austriacy. Imponująca posiadłość przechodziła z rąk do rąk. Rezydował tam król Humbert I, którego w pałacu w Monzy 29 lipca w 1900 r. zamordowali anarchiści.

Pałac pięknie odrestaurowano i można go zwiedzać. Jest otoczony imponującym ogrodem, w którym swoje miejsce ma również rosarium.

Rosarium powstało w 1965 r., w miejscu, gdzie wcześniej był cytrusowy sad. Odbywają się tam coroczne, międzynarodowe konkursy na najpiękniejsze róże.



Piękność o chińskich korzeniach

Słów kilka o „piękności z Monzy”. W pałacowych ogrodach pojawiła się dzięki Luigiemu Villoresiemu. Ten botanik, znawca rolnictwa i architekt krajobrazu, w latach 1802-1823 sprawował pieczę nad zielonymi terenami wokół pałacu. Piękność z Monzy ma czerwone kwiaty, które pachną intensywnie i kusząco. To krzyżówka stworzona przez Villoresiego na bazie gatunku róży pochodzącego z Chin.

O niezwykłym różanym ogrodzie w Monzy oraz o piękności z Monzy, której zapach świetnie niweluje skutki kaca po nadużyciu wina, pisał w swoich dziewiętnastowiecznych kronikach lekarz z Monzy o nazwisku Mezzotti.

Grzeszna mniszka

W Monzy warto odwiedzić nie tylko pałac i jego ogrody. Można iść śladami bohaterów „Narzeczonych” Alessandra Mazzoniego.

W Monzy urodziła się Virginia Marianna de Leyva y Marino, nazywana mniszką z Monzy (ur. 4 grudnia 1575 w Mediolanie, zm. 17 stycznia 1650 tamże) − włoska zakonnica, bohaterka skandalu obyczajowego w XVII-wiecznych Włoszech, która stała się pierwowzorem postaci z powieści Manzoniego.

Marianna de Leyva była córką księcia Monzy Martino de Leyva y de la Cueva-Cabrera. Ojciec zmusił ją, by wstąpiła do klasztoru benedyktynek, gdzie przyjęła imię Virginia.

Pobyt w zakonie nie przeszkodził Virginii w powiciu dwóch synów księciu Gian Paolo Osio. Arystokrata miał kiepską reputację, był skazany za zabójstwo, a by ukryć romans z mniszką, zamordował jeszcze trzy osoby. Virginia po tym, jak na jaw wyszły jej grzechy, została skazana na więzienie. Karę odbywała w domu poprawczym, tzw. Ritiro di Santa Valeria w pobliżu Bazyliki św. Ambrożego w Mediolanie, gdzie zmarła.

Zabytki i kuchnia

Jednym z najcenniejszych zabytków Monzy jest czternastowieczna, gotycka katedra św. Jana Chrzciciela (Duomo di San Giovanni Battista). W jej skarbcu znajduje się złota korona Longobardów, którą w V lub VI wieku zrobili bizantyjscy złotnicy. Korona ozdobiona jest 46 złotymi reliefami i błyszczy na niej ok. 200 drogocennych kamieni.

W Monzy jest też m.in. XIV-wieczny kościół Santa Maria in Strada, XIII-wieczny budynek starego ratusza miejskiego (Arengario) czy XV-wieczny kościół Santa Maria delle Grazie. Miłośnicy Formuły 1 doskonale znają wybudowany w 1922 roku na terenie miejscowego parku tor wyścigowy Autodromo Nazionale di Monza.

Po zwiedzaniu można posilić się miejscowymi specjałami, do których należy m.in. risotto con la luganega, zwane też risotto alla monzese. Luganea to lombardzka wieprzowa kiełbasa.

Inne miejscowy specjał to biscotti di San Gerardo oraz pane di San Gerardo. Wiąże się z nimi opowieść o tym, jak w 1177 r. święty ochronił Monzę przed wylewem rzeki Lambro. Wdzięczni za obronę mieszkańcy Monzy przygotowali w podzięce ciasto i ciasteczka.

W miejscowych cukierniach znajdziemy też słodycze i ciasta aromatyzowane różanym olejkiem lub z konfiturą z róży.

Beata Zatońska

zdjęcia:

la Villa Reale – Wikicommons/Diego Bonacina
Róża - reggiadimonza.it

„Truflarze” – życie w zgodzie ze sobą i naturą

„Truflarze” – życie w zgodzie ze sobą i naturą

„Truflarze” to dokument opowiadający o ludziach, którzy poświęcili życie zbieraniu grzybów. Najcenniejszych grzybów na Ziemi, czyli obłędnie pachnących i niepozornie wyglądających trufli. Producentem tego dokumentu jest Luca Guadagnino („Tamte dni, tamte noce”), a reżyserami – Michael Dweck i Gregory Kershaw. Film daje mocne poczucie, że gdy się czemuś poświęcimy z pasją, możemy osiągnąć wiele, a pogoda ducha wypływa z zestrojenia sposobu życia z mocnym poczuciem wartości tego, czym się zajmujemy. Fantastyczne przesłanie na nowy rok. No i te niezwykłe leśne krajobrazy, w których „Truflarzy” nakręcono!


Dweck i Kershaw spędzili wiele długich miesięcy w towarzystwie swoich bohaterów, mistrzów w zbieraniu trufli. Towarzyszyli im w ich codzienności, w pracy i w domu. Tropiciele trufli, bo tak należy ich naprawdę nazywać, którzy wystąpili w dokumencie, to mieszkańcy włoskiego Piemontu. Edigio, Angelo, Carlo i Aurelio żyją w zgodzie z naturą i ze sobą. Mają swoje lata, ale nie wyobrażają sobie życia bez pracy, wędrówek po lesie i zbierania trufli.

Każdy z bohaterów filmu jest inny, ale łączy ich radość życia i powołanie do zbierania trufli, sztuki trudnej, która rośnie w cenę. Pieniądze dla nich nie są jednak ważne. Za olbrzymim zarobkiem uganiają się pośrednicy, handlarze truflami. Prawdziwi zbieracze cenią obcowanie z przyrodą i radość, gdy znajdzie się naprawdę piękny okaz trufli. Trufle same w sobie to dla nich przepis na szczęście.

Osiemdziesięciolatkowie i dziewięćdziesięciolatkowie, których oglądamy w „Truflarzach”, są pełni wigoru i chęci życia. Nie biorą leków, nie skarżą się na nic, wymykają się do lasu nocą dla samej przyjemności poszukiwania trufli. Mają też czas, by siąść przy stole z najbliższymi i zjeść rzecz najprostszą i najpyszniejszą pod słońcem – smażone jajka posypane świeżo zestruganymi cieniusieńkimi płatkami trufli.


Ten dokument ma smak trufli. Pachnie ziemią, radością życia, świetnym i prostym jedzeniem. Jest w nim też gorycz, związana z tym, że wszystko, także truflarstwo, bardzo się komercjalizuje. A tam, gdzie wkraczają wielkie pieniądze, pojawia się siła niszczenia i przestępstwo. Handlarze oszukują truflarzy, jest coraz więcej nieuczciwych konkurentów, którzy posuwają się nawet do trucia wyspecjalizowanych w poszukiwaniu trufli psów.

Psy są nieodłącznymi towarzyszami piemonckich truflarzy. One wskazują miejsce, gdzie pod ziemią rosną cenne grzyby. Taki pies, tak jak trufle, jest co najmniej na wagę złota. Są więc ludzie, którzy psy chcą od truflarzy podkupić, ale przyjaciół i członków rodziny przecież się nie sprzedaje.

Białe trufle to gastronomiczny skarb. Rosną tylko w lasach, nie da się ich hodować. Są ukryte pod ziemią i trzeba wiedzieć, gdzie ich szukać. Bohaterowie filmu wspominają, że przed laty, gdy byli dziećmi, trufli było mnóstwo. Teraz jest ich coraz mniej. Rośnie na nie popyt, ceny osiągają zawrotny poziom. Komercja zabija sztukę.

„Truflarze” to więc nie tylko film, to cudowna lekcja życia, radości i uważności.

Beata Zatońska

„Truflarze”, reż. Michael Dweck, Gregory Kershaw, (The Truffle Hunters), Włochy, Grecja, USA 2020, czas trwania: 84 minuty, dystrybucja w Polsce: M2 Films

Zdjęcia - materiały prasowe

Bolonia w świątecznej odsłonie

Bolonia w świątecznej odsłonie

Bolonia jest niesamowita. Niby dojrzała, stateczna i naukowa matrona, a bawi się jak małe dziecko. Ubrana w świąteczny strój przyciąga wszystkich, którzy tęsknią za radosną atmosferą. Można się w niej zanurzyć, zapomnieć o otaczającym świecie, poddać się jej urokowi i magii świąt.

Na głównym placu miasta (Piazza Maggiore) stoi 22-metrowa choinka, jedna z najbardziej imponujących, jakie dotychczas pojawiały się w tym miejscu. W tym roku jest to dar gminy Lizzano in Belvedere, znajdującej się w części Apeninów zwanej bolońskimi. Spowita ciepłym białym światłem i maleńkimi światełkami ledowymi, z bombkami o wielkości ok. 40 cm w kolorach białym, czerwonym i złotym robi wrażenie szczęśliwej królewny.

Kilka kroków od Piazza Maggiore znajduje się via d’Azeglio, niezwykła ulica, która oddaje hołd muzykom. Kiedyś skradła serce pochodzącemu z Bolonii piosenkarzowi Lucio Dalla, więc przez lata słowa jego piosenek rozbłyskiwały nad ulicą w formie iluminowanych cytatów. W zeszłym roku uczczono innego śpiewającego bolończyka Cesare Cremonini, a w tym roku nad słynną ulicą pamięci zabłysnęły słowa piosenek zmarłej w tym roku, a uwielbianej przez Włochów piosenkarki Raffaelli Carrà.

Ale to nie jedyna rozświetlona ulica w mieście. Bolonia przybrała odświętne szaty konsekwentnie i z rozmachem. Światełka rozbłyskują na ulicach i w zaułkach, zachęcają, by oglądać ją spontanicznie i bez planu. Nawet słynna bolońska wieża la Torre Asinelli przybrała w tym roku kolory włoskiej flagi i pozostanie tak oświetlona aż do 10 stycznia 2022 roku.

Jarmarki świąteczne potrafią zawrócić w głowie, a tych w Bolonii jest co niemiara. Na placach przed kościołami, wzdłuż ulic, a nawet w podcieniach historycznych budowli, wszędzie kuszą i czarują. Na stoiskach słodycze, typowe dekoracje świąteczne, pomysły na prezenty, a także to, co włosi uwielbiają - figurki do szopek. Na północy Europy królują choinki i to ozdoby choinkowe często kolekcjonuje się, obdarza emocjonalnymi wspomnieniami. Włosi w ten sposób traktują szopki, ich meblowanie rozkładają na lata i pokolenia, co roku kupują nowe elementy, uzupełniają o elementy świeckie i modne. To cały rytuał, a figurki do szopek potrafią pochłonąć sporą część świątecznego budżetu. Podczas grudniowego pobytu w Bolonii warto przespacerować się via Maggiore w stronę niezwykłego zespołu kościołów Santo Stefano, w pobliżu którego, przy kościele dei Servi, znajduje się najbardziej znany jarmark Antica Fiera di Santa Lucia. W pobliżu Piazza Maggiore, przy Piazza Minghetti, rozstawił się jarmark w stylu francuskim o znaczącej nazwie Villaggio di Natale francese. Można tam spróbować francuskich przysmaków i zanurzyć się w atmosferze rodem z francuskiej wioski. Wracamy do klimatów włoskich – typowy jarmark świąteczny znajduje się przy via Altabella, tuż przy katedrze św. Piotra, a w podcieniach Palazzo del Podestà, na głównym placu miasta, można poszukać świątecznych okazji antykwarycznych.

A skoro dużą część jarmarków stanowią akcesoria do szopek, to czas zobaczyć jakieś szopki. Tych także nie brakuje w Bolonii. Są wśród nich także absolutne rarytasy, jak szopka z kościoła Santo Stefano – najstarsza na świecie i jednocześnie największa we Włoszech. W poszukiwaniu szopek warto też zajrzeć do Pinakoteki czy do Muzeum Madonny św. Łukasza (Museo della Beata Vergine di San Luca) przy Piazza di Porta Saragozza. Poza centrum przy via Azzurra znajduje się też oryginalna szopka na świeżym powietrzu, nie bez powodu zwana Gran Presepe, w tym roku wzbogacona o elementy związane z otaczającą nas rzeczywistością pandemiczną.

Bolonię łatwo polubić, a tę w świątecznej odsłonie nawet pokochać. Szopek, jarmarków, światełek i choinek jest w niej tyle, że nie sposób nie ulec ich czarowi. A wszystko to w przepięknej średniowiecznej scenerii, wśród pałaców, podcieni i wież. Niby surowe to miasto, a jednak wrażliwe na piękno, również piękno życia.


Magdalena Giedrojć


Zdjęcia: Bologna Welcome




   Św. Łucja, legenda o staruszce i ciasteczka puoti

Św. Łucja, legenda o staruszce i ciasteczka puoti

W niedzielę 13 grudnia we Włoszech obchodzi się dzień św. Łucji. To patronka światła – jej imię pochodzi od  łacińskiego „lux, lucis” (światło). Jest niosącą światło.  Św. Łucja, nazywana Łucją o pięknych oczach, opiekuje się dobrym wzrokiem. Jest jest czczona szczególnie na Sycylii – urodziła się i zmarła w Syrakuzach – oraz w Lombardii.


Dlaczego 13 grudnia jest poświęcony św. Łucji? Tego dnia w 304 r. została ścięte za to, że nie chciała się wyrzec wiary chrześcijańskiej. W ręce oprawców wydał ją niedoszły mąż, poganin.

Św. Łucja męczennica 

Łucja pochodziła z bogatej, rzymiańskiej  rodziny w Syrakuzach. Jako nastolatka związała się z chrześcijaństwem i złożyła śluby czystości. Rodzice przeznaczyli ją jednak na żonę bogatego młodzieńca. Gdy dziewczyna udała się do grobu św. Agaty w Katanii, by prosić o zdrowie matki, miała objawienie – Agata przepowiedziała jej męczeńską śmierć.

Łucja wróciła do domu i zerwała oświadczyny. Musiała to niestety odpokutować. Piękną dziewczynę przeznaczono do domu publicznego. Wtedy Łucja wyłupiła sobie piękne oczy, by stracić na atrakcyjności. Jej prześladowcy nadal jednak na nią nastawali i postanowili ją zabić. 

Relikwie w Syrakuzach

W Syrakuzach, którego to miasta św. Łucja jest patronką, w katedrze przechowywane są jej relikwie –  żebro i lewe ramię. 

Katedra Najświętszej Maryi Panny – della Natività di Maria Santissima – jest budowlą niezwykłą. Jej fasada to szaleństwo sycylijskiego baroku, wnętrze zaś emanuje surowym spokojem. Katedra powstała w VII wieku. Zbudowano ją w miejscu, gdzie stała świątynia ku czci Ateny. W środku katedry znajdziemy starożytne kolumny, doryckie – są piękne i wrosły w jej architektoniczną tkankę. Potoczna nazwa katedry to św. Marii od kolumn (Santa Maria del Piliero). 

Relikwie św. Łucji przeszły burzliwą drogę.  Długo były przechowywane w Wenecji. Z Wenecji, po wiekach wędrówek, sprowadzono je do Syrakuz w 2014 roku i złożono w kaplicy w południowej nawie katedry. 

Obok katedry jest niewielki kościół św. Łucji (Chiesa di Santa Lucia alla Badia), gdzie można podziwiać obraz „Pogrzeb Łucji” namalowany przez Caravaggia. Caravaggio zaczął malować ten obraz w październiku 1608 r.  Na Sycylię przybył po ucieczce z Malty. Zlecenie dostał prawdopodobnie dzięki wstawiennictwu malarza Mario Minniti, którego poznał jeszcze za swoich rzymskich czasów. Dzieło zawisło w kościele, gdzie – według tradycji – św. Łucja została zamordowana i pochowana.

W dzień św. Łucji w wielu włoskich miastach odbywają się festy i procesje jej poświęcone. Pandemia spowodowała niestety, że w tym roku zostały odwołane.

Słodycze św. Łucji  

Św. Łucji poświęconych jest wiele słodyczy, to m.in. kruche ciasteczka zwane puoti z Werony, apulijskie oczy św. Łucji – lukrowane, słodkie taralli lub mandorlato – białe torrone zrobione z miodu i migdałów. W Palermo 13 grudnia mieszkańcy zajadają się z kolei arancini.

W Bergamo z okazji dnia św. Łucji dzieci dostają prezenty. W wigilię 13 grudnia zostawiają koło posłania szklankę mleka i ciasteczka dla świętej.   

W Polsce też jest wiele tradycji związanych ze św. Łucją. Ponieważ wierzono się, że 13 grudnia to najkrótszy dzień w roku, powstało przysłowie „Św. Łuca dnia przyrzuca”. 

Legenda o staruszce i przepis na puoti

A teraz przepis na puoti, kruche ciasteczka, których można zrobić więcej i zajadać się nimi też w Boże Narodzenie. Według legendy upiekła je sama św. Łucja, która pod postacią staruszki przyszła do ubogiej rodziny w maleńkiej wiosce Badia Calavena, niedaleko Werony.

Biedni ludzie uratowali starszą kobietę, która zagubiła się podczas śnieżycy. Działo się to w noc poprzedzającą 13 grudnia. Dzieci gospodarzy z niecierpliwością czekały na poranek, bo w dzień św. Łucji dostawały słodycze. Marzyły też o zabawkach i lalkach, ale gospodarze byli zbyt biedni, by kupić je swoim dzieciom. 

Gdy dzieci poszły spać, uratowana staruszka zdradziła gospodyni swój przepis na ciasteczka puoti, którym nadano formę ludzików. Gdy staruszka przystąpiła do pieczenia, zaczęła się dziać magia. W cudowny sposób przybyło mąki, której w biednym domu było bardzo mało. Pojawiły się dawno nie widziane jajka, cukier i masło, a woda zamieniła się w mleko. Gdy ciasteczka się już upiekły, staruszka zniknęła.

O poranku na dzieci czekały pyszne ciasteczka o w kształcie laleczek – w ten sposób dostały dwa w jednym i były bardzo szczęśliwe. A ciasteczek  przybywało, dzięki czemu nawet w Boże Narodzenie biedna rodzina miała co jeść.  

Do przygotowania puoti potrzebujemy:

150 gramów mąki, 150 gramów cukru pudru, 150 gramów masła, 3 żółtka, cukier waniliowy, szczyptę soli i łyżeczkę proszku do pieczenia. Można też dodać posiekaną  skórkę z pomarańczy.    

W misce łączymy najpierw suche składniki, mieszamy, a potem dodajemy miękkie masło. Potem dodajemy żółtka i wyrabiamy aż do chwili, gdy ciasto będzie jednolite i gładkie.  

Formujemy wałek z ciasta, przykrywamy folią spożywczą i odkładamy na kilka godzin do lodówki, żeby odpoczęło.

Następnie rozwałkowujemy ciasto i wycinamy foremką, np. ludziki. Wykładamy je na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.

Pieczemy w piekarniku rozgrzanym  do ok. 160 stopni Celsjusza przez ok. 10 minut.  

Beata Zatońska 

 

„Boska Komedia” Dantego w przekładzie Jarosława Mikołajewskiego, czyli reportaż sprzed wieków

„Boska Komedia” Dantego w przekładzie Jarosława Mikołajewskiego, czyli reportaż sprzed wieków

Mierzenie się z arcydziełami wymaga od tłumacza hartu ducha. Zwłaszcza z takimi tekstami, które opromienione są sławą światową, uznane wręcz za świętość. Jarosław Mikołajewski, poeta, reporter i tłumacz, „Boską komedię” Dantego tłumaczył przez lat 30. Wybrał drogę ciekawą, choć trudną. Jak wyjaśnia, chodziło mu o to, by być najbliżej, jak to tylko możliwe, oryginału. Choć zdaje sobie sprawę, że nie wszystkim może się to spodobać.


„Boska Komedia” w tym wydaniu bywa wymagająca, trzeba uzbroić się w cierpliwość. Poemat odwdzięcza się jednak za czytelniczy trud. Gdy wejdzie się w jego rytm, pociąga i zaczyna fascynować. Okazuje się, że tłumacz miał rację,  uznając dzieło Dantego za „reportaż” z zaświatów. Coś w tym jest. Gdy tak potraktujemy wędrówkę narratora, wiele spraw stanie się jasnymi, otworzą się nowe znaczenia.
„Boska Komedia” w tłumaczeniu Jarosława Mikołajewskiego ukazała się w na początku listopada 2021 r. nakładem Wydawnictwa Literackie. To czas szczególny, bo trwają obchody 700-lecia śmierci Dantego.

Dla przypomnienia. Dante Alighieri pisał „Komedię” – taki był oryginalny tytuł poematu, przymiotnik „boska” dodano w XVI wieku – w latach 1308-1321. Są tam trzy części – Piekło, Czyściec i Raj – a każda z nich liczy po 33 pieśni.

Dante napisał „Komedię” w volgare, czyli w tworzącym się właśnie języku włoskim, jego odmianie toskańskiej. Całość jest wierszowana, napisana tercyną, a strofy składają się z trzech wersów.

Językowi poświęcił Dante obszerny, niedokończony traktat pt. „De vulgari eloquentia”. W czasach, gdy w kręgach intelektualnych ceniono łacinę, pogardzając ludowymi dialektami, Dante starał się o podniesienie statusu toskańskiego volgare do rangi pełnoprawnego języka narodowego. Przeczuwał, że język mógłby połączyć podzielony kraj. Traktat napisał Dante po łacinie, którą postrzegał jako język sztuczny w swej doskonałości.

Jak podkreśla Jarosław Mikołajewski, volgare Dantego było językiem chropowatym, żywym i nieporadnym jeszcze. Takie właśnie brzmienie postanowił zachować w swoim przekładzie, choć – jako poetę – kusiło go, by tu i ówdzie tekst wygładzić. – Pomyślałem sobie, że ja ten poemat muszę przetłumaczyć dosłownie, to znaczy po słówku. Nie opowiedzieć na nowo współczesnym językiem, tak jak to zrobił Parandowski z Homerem. Tworzenie ładnych zdań wydało mi się niewłaściwe, bo w ten sposób odchodzimy od tej chwili, w której tworzył Dante – powiedział Jarosław Mikołajewski podczas spotkania w Domu Literatury w Warszawie.

– Postanowiłem więc zrobić operację, która jest schodzeniem w każdym słowie do samego jądra. Starałem się wchodzić w samo sedno każdego słowa, pojęcia, obrazu. Cały czas myślałem, że ja muszę się zastanowić nad każdym szczegółem tej wędrówki. Wybór, żeby oddawać wszystko, każdy szczegół, oznacza również skazanie się na pewne niezgrabności językowe... – tłumaczył poeta.

Zanim zagłębimy się w poemacie Dantego w przekładzie Jarosława Mikołajewskiego, warto dokładnie przeczytać wstęp, który wyjaśnia translatorski zamysł. Wywód jest jasny i klarowny. Kluczem jest tu potraktowanie „Boskiej Komedii” jako reportażu. Mikołajewski dał fragment swojego tłumaczenia „Boskiej…” swojemu przyjacielowi, wybitnemu reportażyście Ryszardowi Kapuścińskiemu. I usłyszał od niego: „Czytałem twój przekład i w końcu rozumiem, co to jest. To jest reportaż z Piekła. W końcu wiem, jak wygląda Charon, jego łódka, te dusze na brzegu…”. (s. 9, „Boska Komedia”, „Od tłumacza kilka słów niezbędnych”, Wydawnictwo Literackie).

Jak tłumaczy Mikołajewski: „Dante nigdzie nie napisał, że świat, o jakim opowiada, był snem czy przestrzenią wyobraźni. »Znalazłem się«, »byłem«, »zobaczyłem«, »usłyszałem«, »poczułem«… Autor »Boskiej…« w każdym wersie zaświadcza, że nie jest fantastą, lecz świadkiem, obserwatorem, reporterem. I jeśli wierzyć tej perspektywie, niedługo przed śmiercią, w roku tysiąc trzysta dwudziestym pierwszym, w którym ukończył dzieło, ludzie żyjący na Ziemi dostali od niego jedyne w historii świadectwo wędrówki przez całe zaświaty, od początku do końca”.

Językowi esteci, zwolennicy form „pięknych”, mogą się np. zżymać na obecne w przekładzie formy bezosobowe czasowników, pewne powtórki czy liczne występowanie zaimków osobowych. Tłumacz robi to świadomie, by pokazać, jak wyglądał język „Boskiej Komedii”. Tak pisał poeta, był to jego wybór, Mikołajewski uważa więc, że zadaniem tłumacza jest uszanowanie językowych wyborów autora tekstu.


Wiele powstało tłumaczeń arcydzieła Dantego na polski. Jednym z najpopularniejszych jest gładki i poetyki przekład Edwarda Porębowicza. Tamte słowa dźwięczą nam w uszach. Na przykład początek „Boskiej…” Porębowicz  przełożył tak:

„W życia wędrówce, na połowie czasu,
Zniesiony stopą w obłędne koleje,
Pośród ciemnego znalazłem się lasu.
O, jakże ciężko wysłowić tę knieję
Te puszcz pustynnych zaciernione dzicze!
Kiedy przypomnę, dusza mi truchleje”. 
(Dante Alighieri, Boska komedja, tłum. Edward Porębowicz, Warszawa: Instytut Wydawniczy "Bibljoteka Polska", 1921)

W przekładzie Jarosława Mikołajewskiego czytamy:

„W połowie wędrówki naszego życia znalazłem się w ciemnej dziczy, bo prosta droga była zgubiona. Ach, jak ciężką rzeczą jest mówić, jaka była ta dzicz dzika i surowa, i mocna, która w myśli odnawia strach!” (op. cit. str. 23)

Teraz kolejny słynny fragment, czyli przekroczenie bram piekielnych w Pieśni III.

„Przeze mnie droga w miasto utrapienia, 
Przeze mnie droga w wiekuiste męki, 
Przeze mnie droga w naród zatracenia. 
Jam dzieło wielkiej, sprawiedliwej ręki 
Wzniosła mię z gruntu Potęga wszechwładna 
Mądrość najwyższa, Miłość pierworodna. 
Starsze ode mnie twory nie istnieją, 
Chyba wieczyste, - a jam niepożyta. 
Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją.” (Edward Porębowicz).

Jarosław Mikołajewski przełożył to tak. I trzeba przyznać, że jest tu siła, ból i bojaźń:

„Przeze mnie się idzie do bolesnego miasta,
przeze mnie się idzie do wiecznego bólu,
przeze mnie się idzie między zgubionych ludzi.
Sprawiedliwość poruszyła moim wzniosłym twórcą,
zrobiła mnie Boża moc,
najwyższa mądrość i pierwsza miłość.
Przede mną nie było rzeczy stworzonych,
prócz tych, co wieczne, i ja trwam wieczna.
Porzućcie każdą nadzieję wy, którzy tu wchodzicie”. (s. 32, op. cit.)

Każda kolejna pieśń, przełożona przez Jarosława Mikołajewskiego, pokazuje, że warto było czekać na ten nowy przekład. Porzućmy więc uprzedzenia, zerwijmy z przyzwyczajeniami sprzed lat i oddajmy się lekturze. I zachwyćmy się nastrojowymi zdjęciami Jacka Poremby które są ilustracjami „Boskiej Komedii”.

Beata Zatońska

„Boska Komedia”, Dante Alighieri, tłumaczenie Jarosław Mikołajewski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021.

Ilustracja – „Mapa piekieł” Sandra Botticellego, Wikimedia Commons



 „Dom Gucci” Ridleya Scota – operowy przepych, wielka miłość i zbrodnia

„Dom Gucci” Ridleya Scota – operowy przepych, wielka miłość i zbrodnia

W kinach długo oczekiwana premiera, czyli najnowszy film Ridleya Scotta pt. „Dom Gucci”. To przede wszystkim aktorski popis gwiazd, które twórca „Łowcy androidów” i „Obcego – ósmego pasażera Nostromo” zebrał na planie. Intuicja go nie zawiodła, bo od Lady Gagi, Adama Drivera, Ala Pacino, Jeremiego Ironsa, Jareda Leto i Salmy Hayek nie można oderwać wzroku. Są doskonali.

Trzeba się nastawić na długi seans, bo film trwa 157 minut. Warto wybrać się do kina, bo tylko na dużym ekranie można docenić niezwykłą pracę operatora, scenografów, kostiumologów. Wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Opowieść o rodzie kreatorów mody zobowiązuje i ekipa Ridleya Scotta stanęła na wysokości zadania. Olśniewają plenery i stylowe wnętrza, w których rozgrywa się dramat Guccich. Ogromne wrażenie robią też kostiumy. Film jest malarski, barokowy, często przerysowany, ale widać, że nic nie jest tu dziełem przypadku.

Postaci dramatu, grane przez wielkie gwiazdy kina, które – podkreślmy to – są również aktorami artystami, bywają kreślone grubą kreską, co ma tu swoje uzasadnienie. Jest jak w operze, wysokie „C”, maksymalne wzruszenia, wielka miłość i wielka zdrada.

Początkiem końca Guccich wydaje się wejście do rodziny Patrizii Reggiani (Lady Gaga), ambitnej córki szefa firmy przewozowej. Dziewczyna postanawia, że wyjdzie za Maurizia Gucciego (Adam Driver) i dopina swego. Od początku wie, czego chce – bogactwa i wysokiej pozycji. Zrobiła więc wszystko, by pełen rezerwy, wycofany student prawa zakochał się w niej do szaleństwa, tak mocno, żeby ją poślubić mimo braku zgody swego ojca, Rodolfa (Jeremy Irons).

Patrizia sprawia, że Maurizio staje się mężczyzną. Nie wie, że otwiera puszkę Pandory, nie docenia przeciwnika. Jej mąż nabiera pewności siebie, staje do walki o przejęcie firmy z wujem Aldo (Al Pacino) i jego synem Paolo (Jared Leto). Żonie wydaje się, że to ona inspiruje go do zmian, ale tak naprawdę nie ma pojęcia, że Gucci to Gucci i dla nich liczy się przede wszystkim biznes i rodzinne interesy. Tak więc pewnego dnia Patrizia zostaje na lodzie i wciela w życie zemstę. Na jej zlecenie 27 marca 1995 r. niewierny Maurizio ginie od kilku kul, które wystrzelił płatny zabójca.



Patrizia, którą zagrała Lady Gaga, pozostaje w głębi serca naiwną, prostacką, pazerną i namiętną kobietą. Mimo całej swojej przebiegłości i inteligencji nie ma nawet pojęcia, jak daleko mogą posunąć się ludzie, by przejąć kontrolę nad rodzinną fortuną. Bogactwo, stające się w końcu jej udziałem, prezentuje ostentacyjnie. Jak cierpi, to cierpieć z nią musi cały świat, gdy się cieszy, ma być tak samo.

Lady Gaga mówi w filmie po angielsku z mocnym, włoskim akcentem. Uczyła się tego przez kilka miesięcy, choć jak przyznaje, nie czytała książki „Dom Gucci. Potęga mody, szaleństwo pieniędzy, gorycz upadku” („The House of Gucci: A Sensational Story of Murder, Madness, Glamour and Greed”) Sary Gay Forden, która była podstawą scenariusza. Nie chciała się niczym sugerować podczas pracy nad rolą.

Jeszcze kilka słów o Alu Pacino i Jaredzie Leto. Panowie zagrali ojca i syna, Alda i Paola Guccich. Są niewiarygodnie dobrzy w swoich rolach. Sceny, w których widzimy ich razem, to majstersztyk. Ktoś powie, że bywają karykaturalni, ale tak miało być. Ich gra jest częścią układanki, którą tak precyzyjnie stworzył Ridley Scott.

Zaczął Guccio Gucci

Firmę stworzył Guccio Gucci z Florencji. W 1921 roku otworzył swój pierwszy butik z galanterią skórzaną. On zaprojektował słynne logo „G”, jedno z najczęściej podrabianych na świecie. Ambitny syn florenckiego kaletnika na początku XX wieku pojechał pracować do Paryża i Londynu. W stolicy Wielkiej Brytanii pracował jako bagażowy w hotelu Savoy. Miał cel, na który oszczędzał. Chciał rozwinąć firmę. Pod koniec lat trzydziestych otworzył luksusowy sklep w Rzymie. Potem już szedł jak burza. W roku 1947 zaprojektował torbę bamboo, która stała się światowym hitem i obiektem pożądanie najbogatszych kobiet świata. Dom Mody Gucci wszedł na szczyt.

Guccio Gucci zmarł w 1953 roku. Zostawił firmę w świetnym stanie. Stery przejęli jego synowie, którzy zaczęli prowadzić między sobą mniejsze i większe wojny. Aż doszło do poważnego konfliktu, który sprawił, że Dom Gucci wykupił François Pinault i włączył do koncernu PPR, który od 2013 roku nosi nazwę Kering. W zarządzie nie ma już nikogo, kto nosiłby nazwisko Gucci.

Patrizia Reggiani – duma i namiętność „Czarnej Wdowy”

Patrizia Reggiani (ur. 2.12.1948 roku) była adoptowaną córką zamożnego mediolańskiego przedsiębiorcy Ferdinanda Reggianiego. Jej matka Silvana, zanim wyszła za mąż za Ferdinanda, była kelnerką w barze. Bezdzietny Reggiani zaadoptował córkę żony i traktował ją jak własne dziecko.

Patrizia wyrosła na atrakcyjną, pewną siebie i energiczną kobietę. Maurizia Gucci poznała na przyjęciu, na które poszła ze znajomymi. Gdy dowiedziała się, że jest „z tych” Gucci, postanowiła, że go zdobędzie. On zakochał się w niej od razu i bez pamięci. Patrizia nie musiała się więc za bardzo starać.

Ślub z Maruiziem był jej przepustką do luksusowego świata, o którym zawsze marzyła. Zaczęły się schody, bo Rodolfo Gucci nie zgodził się na ślub syna z panną Reggiano. Maurizio jednak po raz pierwszy wykazał się zdecydowaniem i poślubił ukochaną.


Wkrótce przebiegła Patrizia wykorzystała okazję, by naprawić kontakty z rodem Guccich. Okazją było spotkanie z Aldem, bratem Rodolfa. Patrizia spodobała się Aldo. Wyczuł w niej pokrewną duszę, która ma smykałkę do interesów. Razem przekonali Maurizia, by zaczął pracować dla Alda. Patrizia podpowiadała przy tym mężowi, jak pozbyć się rywali w biznesie i zdobyć cały tort. A Maurizio stawał się coraz bardziej pewny siebie, coraz bardziej bezwzględny i bezkompromisowy. W końcu pozbył się też Patrizii i związał się z młodszą kobietą.

W 1994 r. wzięli rozwód. Patrizia dostała miliona franków szwajcarskich alimentów rocznie i kilku luksusowych nieruchomości. Nie była jednak zadowolona. Bardzo bolało ją odsunięcie od firmy. Gdy rok później Maurizio poinformował byłą żonę, że zamierza wziąć ślub z kochanką, podpisał na siebie wyrok śmierci.

Patrizia poprosiła o pomoc w zorganizowaniu morderstwa swoją długoletnią doradczynię, wróżkę Pinę. Maurizio zginął 27 marca 1995 r. Długo nie podejrzewano, że Patrizia miała coś wspólnego z morderstwem byłem męża. Policja przyszła do niej do domu z nakazem aresztowania dopiero w styczniu 1997 r. Dumna Patrizia, zanim wyszła, starannie się ubrała, ozdobiła kosztowna biżuterią i otuliła futrem. Tak stawiła się w policyjnej eskorcie na komendzie, która znajdowała się vis a vis kościoła San Sepolcro, gdzie ćwierć wieku wcześniej poślubiła Maurizia.

Sąd skazał Patrizię na 29 lat więzienia za zlecenie zabójstwa męża. Przed sądem stanęła też Pina i dwóch płatnych morderców. W 2000 r. sąd apelacyjny skrócił wyrok Reggiani do 26 lat.

Patrizia w więzieniu próbowała popełnić samobójstwo. Długo starała się o zwolnienie, ale nie zgodziła się na wyjście pod warunkiem, że przez rok będzie pracowała społecznie. Na wolność wyszła w 2011 r. po odsiedzeniu 18 lat kary. Wypuszczono ją za dobre sprawowanie.

Patrizia Reggiani pozostała pewną siebie, stanowczą kobietą. Mieszka w Mediolanie i cieszy się życiem. Skruchy nie okazała. Mówią o niej „Czarna wdowa”.

Gdzie kręcono film?

„Dom Gucci” to opowieść o potędze włoskiej rodziny i o jej upadku. Zdjęcia kręcono więc we włoskich plenerach. Ich autorem jest Dariusz Wolski, znakomity operator, który urodził się w Polsce, skończył łódzką Filmówkę i od 1979 r. pracuje w USA. Wolski często współpracuje z Ridleyem Scottem, robił też zdjęcia m.in. do „Piratów z Karaibów”.

Seans filmowy z „Domem Gucci” jest jednocześnie wycieczką do Włoch. Oglądamy m.in. niezwykłe, zabytkowe wille nad jeziorem Como, zaglądamy do Galerii Wiktora Emanuela w Mediolanie i wędrujemy po Rzymie.

Pierwsze zdjęcia z planu filmu, które opublikowano, przedstawiały Adama Drivera i Lady Gagę, czyli państwa Gucci, na tle ośnieżonych alpejskich szczytów. Ekipa filmowa pracowała wtedy w Gressoney-Saint-Jean u stóp Monte Rosa w Dolinie Aosty. Gressoney-Saint-Jean to mała, niezwykle piękna włoska gmina w Alpach Pennińskich.


Właśnie tam znajduje się imponująca Villi Loubenò. Lady Gaga i Adam Driver pozowali na jednym z jej tarasów widokowych. Tę luksusową rezydencję wystawiono niedawno na sprzedaż. Cena wywoławcza to 990 tysięcy euro. Willa ma 1114 metrów kwadratowych powierzchni. Mieszczą się w niej 24 pokoje. Znajdziemy tam osiem łazienek i trzy jadalnie. Secesyjna villa Loubenò powstała na początku XX wieku. Należała na początku do barona Beck Peccoz.

Przenosimy się nad jezioro Como. Gdy Maurizio i Patrizia wybierają się na początku filmu na bardzo erotyczną wycieczkę łódką po jeziorze, jest to właśnie Como. U Ridleya Scotta wystąpiła też olśniewająca Villa Balbiano, którą pod koniec XVI wieku zbudował kardynał Tolomeo Gallio. Rezydencja znajduje się w Ossuccio na zachodnim brzegu jeziora.

W Villi Balbiano nakręcono sceny wystawnego przyjęcia z okazji urodzin Alda Gucci. W ogrodach posiadłości rozegrano mecz calzio fiorentino, zespołowej gry, która uważana jest za przodka dzisiejszej piłki nożnej i rugby. Calzio fiorentino (piłka florencka) ma starożytne korzenie. Legioniści rzymscy grali w podobną, dość brutalną grę zwaną harpastum. 

Przenosimy się do Mediolanu, gdzie mieściła się kwatera główna Guccich. Ekipa filmowa pracowała m.in. na piazza Duomo, w Galerii Wiktora Emmanuela II, na placu La Scala, w okolicach Dworca centralnego, w historycznej księgarni Cortina – tam filmowa Patrizia podrywała dziedzica fortuny Guccich, na dziedzińcu Palazzo Bagatti Valsecchi , w restauracji Il Salumaio, na ulicach Vittorio Pisani i Festa del Pedrono iVilli Necchi Campiglio przy via Mozart 14.

Pora na Rzym. Ekipa filmowa oczywiście pracowała w Cinecittà, ale wyruszyła też na ulice Wiecznego Miasta. I tak w kościele Santa Maria in Portico in Campitelli powstały sceny ślubu Patrizii i Maurizia, W filmie wystąpiła oczywiście też via Condotti, gdzie mieści się luksusowy, firmowy butik Gucci.

Seans z „Domem Gucci” to również zwiedzanie rzymskiej Quartiere Coppedè. W filmie widzimy m.in. Piazza Mincio i Via Arno. U Ridleya Scotta zagrał również monumentalny gmach Pałacu Sprawiedliwości przy via Cavour.

Beata Zatońska

„Dom Gucci”, reż. Ridley Scott. Produkcja: USA; Czas trwania: 157 min. ; Światowa premiera: 24 listopada 2021; Polska premiera: 26 listopada 2021.

Obsada filmu „Dom Gucci”:

Lady Gaga jako Patrizia Reggiani
Adam Driver jako Maurizio Gucci
Jared Leto jako Paolo Gucci
Jeremy Irons jako Rodolfo Gucci
Salma Hayek jako Pina Auriemma
Al Pacino jako Aldo Gucci
Jack Huston jako Domenico De Sole
Reeve Carney jako Tom Ford
Camille Cottin jako Paola Franchi

Dystrybucja w Polsce: Forum Film Poland
Zdjęcia – materiały prasowe
Leonardo Sciascia – pisarz trudnej prawdy

Leonardo Sciascia – pisarz trudnej prawdy

W tym roku mija setna rocznica urodzin Leonarda Sciasci, pisarza, który nie bał się stawić czoła tematom zazwyczaj wypowiadanym szeptem. Pisał o Sycylii i o mafii, o braku sprawiedliwości, o nieszanowaniu prawa i drugiego człowieka. Wszystko to po ludzku bolesne i literacko przejmujące.


Leonardo Sciascia urodził się na Sycylii i pozostał wierny tej wyspie przez całe życie (1921-1989). Kiedy jest się Sycylijczykiem, dostaje się w dziedzictwie pewien rodzaj fatalizmu i bezsilności. Żyje się z piętnem wielu trudnych prawd, w obliczu problemów nierozwiązanych od stuleci, może już wręcz nierozwiązywalnych. Tam sprawy nie są łatwe albo trudne, do załatwienia lub nie. Sycylia to stan, nie proces. Stan umysłu, stan odrętwienia, stan wszechogarniającej niemocy. Sycylia wykracza też poza proste rozróżnienia, co jest dobre, a co złe, co jest prawdą, co kłamstwem. Wszystko staje się w pewnym momencie względne. Mafia to tylko jeden z trudnych sycylijskich tematów, nierozwiązywalny i bardzo względny. W historii wyspy było wiele takich nierozwiązywalnych i pełnych względności tematów. Leonardo Sciascia sięgał po nie, przyglądał im się uważnie, po czym opisywał ze szczególnym rodzajem fatalistycznego spokoju. Zdawał się wiedzieć więcej, mimo to – a może właśnie dlatego – nie formułował prostych wniosków, nie podrzucał rozwiązań na miarę czasów, w których głosi się prawdy, że z każdej opresji jest jakieś pozytywne wyjście. Świat Leonarda Sciasci nie ma dróg ewakuacyjnych, a ludzie w nim żyjący są skazani na życie w nim. I to jest jedyna prosta prawda. Cała reszta jest skomplikowana.

Sciascia nie ma w sobie zgody na niesprawiedliwość, odróżnia prawdę od kłamstwa, oddziela światło od ciemności. Pisze o tym, co inni przeczuwają, ale nie chcą o tym wiedzieć. Pokazuje to, o czym wielu wie, ale nie chce o tym mówić, a tym bardziej pisać. Jednocześnie zdaje się mówić, że świadomość dobra i zła w świecie bez moralności nie tylko nic nie rozwiązuje, lecz wręcz komplikuje wszystko jeszcze bardziej. Oto bowiem zaczyna się żyć w tragicznej podwójności, w nieustannym zderzeniu prawdy i względności. Jego słowa oddają hołd wszystkim przegrywającym ze złem, z systemem, z historią czy w końcu z ludzką niepamięcią, która bywa ucieczką od niemocy.

Polscy czytelnicy mogą przeczytać kilka dzieł Sciasci przetłumaczonych na język polski. Wśród nich przejmujące kryminały „Kontekst” czy „Dzień puszczyka”, w których dochodzenie do prawdy to coś znacznie trudniejszego i bardziej niebezpiecznego niż tylko poszukiwanie sprawcy. Do spraw związanych z mafią nawiązują również powieści „Każdemu, co mu się należy (od mafii)” czy „Todo modo”. Także w dwóch małych opowieściach kryminalnych składających się na książkę „Rycerz i śmierć. Prosta historia” mamy do czynienia z grą z systemem, w której stawką jest życie grającego. Leonardo Sciascia tworzy nową kategorię powieści kryminalnych. Przyzwyczajeni do literackich dróg, które wiodą od morderstwa do ukarania zabójcy, czujemy się zaniepokojeni kryminałami bez wykrycia sprawcy lub, co gorsza, unicestwiającymi tych, którzy w poszukiwaniu prawdy poszli o krok za daleko. Niepokój i bezsilność to często obecni goście w twórczości Sciasci.

W 2020 roku ukazała się w Polsce powieść Leonarda Sciasci „Rada egipska”. Rzecz o tyle odmienna od wspomnianych wcześniej, że nie odwołująca się do historii współczesnej, akcja dzieje się bowiem w XVIII wieku, w Palermo. To czas nieprzypadkowy. W Europie rozpowszechniają się już myśli oświeceniowe, zaczyna się mówić o sprawiedliwości społecznej, znaczenia nabierają hasła takie, jak wolność, równość i braterstwo. Sycylia żyje jednak swoim życiem. Tu wciąż rządzi społeczna niesprawiedliwość i poddaństwo, główny przekaz kreuje klasa posiadająca. I oto na scenie pojawia się dwóch bohaterów: kapelan Giuseppe Vella i adwokat Francesco Paolo Di Blasi. Pierwszy z nich wplącze się w intrygę z tłumaczeniem pewnego arabskiego manuskryptu. Dość powiedzieć, że prawie nie zna arabskiego, a jego tłumaczenie opiera się na tym, co chciałby, aby znalazło się w przetłumaczonym dziele. Wiele jest w tym chłodnej kalkulacji, wraz z postępami pracy zgłaszają się bowiem osoby, którym zależy na tym, by historyczne arabskie kroniki we właściwym świetle opisywały przeszłość niektórych sycylijskich rodów. W grę wchodzi walka o zachowanie dziedzictwa, obecność w tłumaczeniu są więc w stanie hojnie opłacić. Rodzi się wielkie oszustwo, a Giuseppe Vella gra w nim główne skrzypce. Drugi z bohaterów adwokat Di Blasi to człowiek jasnego umysłu i czystego serca. Wierzy w równość ludzi, pragnie sprawiedliwości, chce odesłać w niebyt Sycylię burżuazyjną, opartą na wyzysku i pogardzie. Ulega pokusie dokonania przewrotu społecznego i politycznego, rodzącego nowy, sprawiedliwy ustrój, republikę. Jak to u Sciasci bywa, w walce z systemem nie można wygrać. System może wybaczyć oszustwo, nie idealizm. Oszustwo jest bowiem słabością człowieka, idealizm to jego siła, która może zagrozić systemowi. Dlatego Vella ukorzy się i ocaleje, a Di Blasi ze spokojem i jasnym spojrzeniem pójdzie ku zagładzie. Tak jakby wszyscy uczestnicy tej opowieści z góry wiedzieli, jaka rola im przypadnie i jaki będzie ich finał. Żadnego dreszczu niepewności, żadnego krzyku lub choćby emocjonalnego sprzeciwu. Na spokojnie, jakby nie było innego wyjścia.

Powieść dotyka innych tematów i opowiada inną historię niż zazwyczaj u Sciasci, jednak jest zaskakująco podobna w diagnozie Sycylii i Sycylijczyków. Nie ma znaczenia, czy to XVIII-wieczny adwokat czy współczesny komisarz – obaj stają naprzeciwko władzy, formalnej lub nie, i muszą podjąć decyzje dotyczące własnej duszy. Są bezbronni. Prawda ich nie ocali.

Choć przyjęło się uważać Leonarda Sciascię za pisarza tematów mafijnych, jego refleksje są znacznie bardziej uniwersalne. Wykraczają poza Sycylię. Pokazuje niewygodną diagnozę współczesnego świata. I zostawia nas z pytaniem, czy jesteśmy gotowi iść przez życie z jasnym spojrzeniem i czystą duszą. Może jak nas będzie więcej, to zwyciężymy. Ale pewności nie ma. Jest za to ryzyko. Bardzo duże ryzyko graniczące z pewnością klęski. Do nas należy odpowiedź i piekielnie trudna decyzja.

Leonardo Sciascia, Rada egipska, tłumaczenie Halina Kralowa, wydawnictwa Próby i Austeria, Warszawa 2020.

Magdalena Giedrojć