Szparagi –  sezonowy cud

Szparagi – sezonowy cud

 Sezon na szparagi trwa w najlepsze. We Włoszech można się cieszyć wieloma ich odmianami. Są więc szparagi zielone, białe i… fioletowe. Przepyszne są dzikie szparagi – cienkie, delikatne i bardzo aromatyczne. Szparagi są niskokaloryczne, oczyszczają organizm i są afrodyzjakami. Jak je przygotować? Im danie prostsze, tym lepsze. Podajemy garść informacji o szparagach i przepis na szparagi po wenecku.   


Szparagi jadalne to młode pędy wielorocznej rośliny. Niewiele potrzeba, by przyrządzić z nich pyszne danie. Wiele miejscowości szczyci się swoimi sposobami na przygotowanie szparagów.

Legendy

Bardzo cenione są szparagi, które rosną w miejscowości Bassano del Grappa w Wenecji Euganejskiej. Mają mięsiste, grube, kremowobiałe pędy. Wg legendy zaczął je uprawiać pewien rolnik. Działo się to w szesnastym stuleciu. Po gwałtownej burzy, która zmiotła z powierzchni pola i ogrodu prawie wszystko, co tam rośnie, rolnik zaczął szukać pożywienia, wykopując to, co pozostało po roślinach pod ziemią. Tak trafił na przepyszne szparagi. I od tamtej pory zaczął je hodować.  

 Wg innej szparagowej legendy św. Antonio z Padwy przywiózł z jednej ze swoich afrykańskich misji nasiona szparagów, by przebłagać nimi gniewnego i bardzo okrutnego pana Ezzelina III da Romano. Trochę nasion wypadło mu w okolicy Bassano dela Grappa i tak zaczęła się historia słynnych szparagów z tamtej okolicy.  A działo się to wszystko w XIII wieku.

  Zajadali się szparagami mieszkańcy Republiki Weneckiej. Wśród miłośników tego warzywa był m.in. słynny uwodziciel Casanova.  

Dzikie szparagi

  Najwięcej dzikich szparagów zbiera się m.in. w lasach Umbrii, Piemontu, w Dolinie Aosty i w Trydencie-Górnej Adydze. Sezon na nie trwa od końca marca do końca czerwca.  

  Ludzie „zaprzyjaźnili” się z dzikimi szparagami już wiele wieków temu. Zaczęli je też uprawiać. Jak napisał Pellegrino Artusi w książce „Włoska sztuka dobrego gotowania” zajadali się nimi już starożytni Rzymianie.  O szparagach pisał m.in. Pliniusz Starszy oraz Katon w „De agri cultura”.  

Cesarzowi Augustowi przypisywane jest powiedzenie „velocius quam asparagi coquantur”, czyli szybciej niż ugotują się szparagi.  

Fioletowe szparagi

Fioletowe szparagi to liguryjska specjalność. Szczyci się nimi Albegna w prowincji Savony. Te szparagi to unikat na skalę światową. Mają maślaną konsystencję  i nie mają włókien.

Zbiory fioletowych szparagów zaczynają się 18 marca, a kończą w dniu dedykowanym św. Józefowi, czyli 24 czerwca.

Fioletowe szparagi powstały spontanicznie – skrzyżowały się dwa gatunki dzikich roślin.

Szparagi po wenecku (Asparagi alla Veneta)

Składniki na cztery osoby:

Ok. 750 gramów szparagów zielonych lub białych

Trzy jajka ugotowane na twardo

Łyżka białego octu winnego

Cztery łyżki dobrej oliwy z oliwek

Sól, pieprz

Przygotowanie

Szparagi czyścimy – białe trzeba dokładnie  oczyścić z włókien po odłamaniu zdrewniałego końca; zielonym wystarczy odłamać zdrewniały koniec.

Szparagi gotujemy al. dente w osolonej wodzie; pilnujemy, by ich delikatne końce się nie rozgotowały  

Jajka obieramy ze skorupek i miksujemy z octem, oliwą i przyprawami.

Szparagi odcedzamy, wykładamy na półmisek, polewamy sosem  jajecznym i podajemy.  

Beata Zatońska

Fot. Pixabay 

  Fascynujące opowieści o historii, czyli „Starożytny Rzym. Od Romulusa do Justyniana”

Fascynujące opowieści o historii, czyli „Starożytny Rzym. Od Romulusa do Justyniana”

Rzym jako mała, niepozorna wioska, która leży zagubiona gdzieś nad rzeką? Brzmi nieprawdopodobnie, ale takie były początki stolicy wielkiego, starożytnego imperium. Amerykański historyk Thomas R. Martin, specjalista od historii starożytnej, napisał podręcznik akademicki, który czyta się jak fascynującą powieść. Martin systematyzuje i fascynuje. Bardzo precyzyjnie pokazuje przy tym, jak powstała rzymska potęga i dlaczego upadła.


Autor szuka odpowiedzi na trudne, jak podkreśla, pytanie „w jaki sposób społeczeństwo oparte na wielowiekowej tradycji wartości etycznych, łączących ludzi ze sobą w system patronów i klientów (jest to hierarchia społeczna zakładająca wzajemne zobowiązania między członkami wyższych i niższych warstw społeczeństwa) i które odniosło tyle sukcesów militarnych, mogło ponieść tak spektakularną porażkę”.

Thomas R. Martin, opierając się na źródłach historycznych, analizuje najważniejsze aspekty działania Imperium Rzymskiego, od polityki i ekonomii, poprzez religię i warstwy społeczne, po struktury militarne. Szczególnie interesująco wygląda to, co autor książki „Starożytny Rzym. Od Romulusa do Justiniana” napisał o roli religii w historii rzymskiej państwowości. Stawia świetnie obronioną hipotezę, że politeizm sprzyjał demokracji. Pokazuje też, jak rozwój chrześcijaństwa przyczynił się do stopniowego topnienia rzymskiej potęgi. Był to oczywiście jeden z całego zestawu czynników, jednak znaczący.

Historia Rzymu, jak podkreśla autor, jest opowieścią pełną niepewności i kontrowersji. Do części historii brakuje bowiem większej ilości wiarygodnych źródeł, a to podstawa dla pracy historyka. Martin, opowiadając o imperium, opiera się na klasycznym, trzyczęściowym podziale jego historii, czyli na monarchię, republikę i cesarstwo.

Jakie były Rzymu początki? Zaczęło się od skromnej wioski, która leżała w fantastycznym miejscu. Już na samym początku mieszkańcy osady kontrolowali bród na Tybrze i przystań w Ostii, u ujścia Tybru do morza. Lepszego startu wymarzyć sobie nie można było. Do tego trzeba dodać żyzne ziemie wokół, przyjazny klimat i siedem rzymskich wzgórz, które dawały poczucie bezpieczeństwa.

„Lokalizacja Rzymu daje nam fundamentalną podpowiedź w rozwiązaniu kwestii bliskiej niemal łamigłówce, jak ta mała, biedna i ignorowana społeczność wyewoluowała w największą potęgę obszaru Morza Śródziemnego. Geografia i klimat Rzymu pomogły jego mieszkańcom, w dłuższej perspektywie, stać się bogatymi i potężnymi”. A potem rozwojowi rzymskiej potęgi sprzyjało umiejętne prowadzenie wojen, kolejne podboje i bogacenie się na nich. Jak podkreśla Martin, okresy pokoju były tam okresami zmarnowanymi, jeśli chodzi o okazję do pomnażania dóbr.

Książka jest wyposażona w spis źródeł, tabele chronologiczne, mapy i wykresy, dzięki którym rzymska historia nabiera przejrzystości. To doskonały, fascynujący wstęp do pogłębionych studiów. „Starożytny Rzym. Od Romulusa do Justyniana” to pozycja obowiązkowa dla miłośników Włoch, którzy chcą zrozumieć najdawniejsze dzieje Półwyspu Apenińskiego. Nawet największy laik po lekturze książki Martina zrozumie dzieje najwspanialszej cywilizacji w Europie i na świecie.

Beata Zatońska

Thomas R. Martin, „Starożytny Rzym. Od Romulusa do Justyniana”, tłumaczenie: Mateusz Fafiński, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2022

  Włoskie występy na Eurowizji – trochę statystyki

Włoskie występy na Eurowizji – trochę statystyki

Włochy są jednym z państw, które współorganizowały Eurowizję. Do tej pory reprezentantom Italii udało się wygrać trzy razy. Czy uda się w 2022 r. po raz czwarty?


Wielki włoski i światowy przebój, czyli „Nel blue dipinto di blue” w 1958 r. zajął podczas konkursu Eurowizji trzecie miejsce z 13 punktami.

W 1964 r. wygrała Gigliola Cinquetti z piosenką „Non ho l’eta”. Cinquetti zwyciężyła w tym samym roku festiwal w Sanremo. Miała wtedy 16 lat. Utwór, który wylansowała w 1964 r. stał się wielkim przebojem. Artystka wróciła do konkursu Eurowizji w 1974 r. i zaśpiewała piosenkę pt. „Si”. Zajęła drugi miejsce plasując się za reprezentantami Szwecji, czyli zespołem ABBA, który zaśpiewał piosenkę „Waterloo”.

W 1965 r. Włosi, jak zwycięzcy ubiegłorocznej edycji konkursu, zorganizowali imprezę u siebie, w Neapolu.

W 1990 r. w konkursie Eurowizji zwyciężył Toto Cutugno z piosenką pt. „Insieme”; zdobył wtedy 149 punktów. W związku z jego zwycięstwem w 1991 r. Konkurs Piosenki Eurowizji odbył się w Rzymie, w Cinecittà.

Na kolejny sukces przyszło Włochom czekać aż do 2021 r. Rockowy zespół Måneskin zwyciężył z piosenką „Zitti e buoni” i dzięki temu Włosi zostali organizatorami 66. Konkursu Piosenki Eurowizji.

Włosi w konkursie Eurowizji uczestniczą z przerwami. Reprezentanci Italii nie pojawili się na eurowizyjnej scenie w latach: 1981-1982, 1994-1996, 1998-2010.

Beata Zatońska

zdjęcie: Wikimedia Commons




66. konkurs Eurowizji w Turynie

66. konkurs Eurowizji w Turynie

Oficjalnie wystartowała Eurowizja 2022. Konkurs odbywa się w Turynie. Wielki finał w sobotę 14 maja 2022 r. Włochy reprezentują zwycięzcy festiwalu w Sanremo Mahmood i Blanco z piosenką „Brividi” (Dreszcze).

Poprzednią Eurowizję wygrała pochodząca z Rzymu grupa rockowa Måneskin z piosenką „Zitti e buoni”. Młodzi rzymianie podbijają teraz świat. Muzycy wystąpią też podczas koncertu finałowego w Turynie. Prowadzący to uwielbiana we Włoszech piosenkarka Laura Pausini i Mika oraz prezenter telewizyjny i radiowy Alessandro Cattelan.


W tegorocznych zmaganiach muzycznych biorą udział też inni włoscy piosenkarze. Achille Lauro będzie reprezentował w konkursie San Marino, jedno z najstarszych i najmniejszych państw świata. Podczas konkursu Eurowizji zaprezentuje mocną, rytmiczną piosenkę „Stripper" i – jak zwykle – zadziwi widownię swoją stylizacją oraz odważnymi rekwizytami. Achille mówił, że podczas Eurowizji w stolicy Piemontu zaprezentuje swój „manifest wolności”.

Reprezentantka Malty, Emma Muscat, jest modelką i piosenkarką, która pracuje i mieszka we Włoszech. Uczestniczyła m.in. w niezwykle popularnym we Włoszech muzycznym, konkursowym show pt. „Amici di Maria De Filippi”. Emma Muscat zaśpiewa w stolicy Piemontu utwór pt. „I Am What I Am”.

Dziennikarze doszukali się włoskich korzeni u reprezentanta Austrii, którym jest DJ Lum!x. Muzyk jest synem Włoszki z Turynu i mieszka w Mediolanie.

Także reprezentantka Portugalii, Maro (Maria Secca), ma Włochów w rodzinie. To ze strony jej ojca.

Konkurs Eurowizji w Turynie odbywa się w hali Pala Alpitour, którą wybudowano z okazji igrzysk olimpijskich 2006 r. Koncertową scenografię zaprojektowała Francesca Montinaro, która ma już na swoim koncie przygotowanie oprawy dla Festiwalu Piosenki Włoskiej w Sanremo w 2013 i 2019 roku. Turyński projekt ma tytuł „The Sun within”, a motywem przewodnim są woda oraz słońce.

Beata Zatońska


zdjęcia: materiały prasowe Eurovision.tv
Włoskie Madonny w Warszawie

Włoskie Madonny w Warszawie

W niewielkiej sali, w półmroku, z dala od głównej trasy pięć pięknych Madonn czeka na spotkanie z miłośnikami sztuki. Wszystkie pochodzą z Włoch, każda ma w sobie piękno odległych stuleci, zadziwiający spokój i wyrafinowanie. Najstarszą i najmłodszą dzieli sto lat, to wystarczający czas, by dostrzec, jak zmieniało się malarstwo w niezwykłym czasie narodzin renesansu.
Włoskie Madonny w Warszawie

Zamek Królewski w Warszawie to wbrew pozorom nie tylko opowieść o tym, jak żyli i rządzili polscy królowie. Już od dawna w zamkowych zbiorach można podziwiać dzieła europejskich mistrzów, znacząco poszerzające kontekst kulturowy dawnych wieków. Od stycznia 2022 roku Madonny włoskich mistrzów znalazły nowe miejsce wśród zamkowych komnat i cieszą miłośników włoskiej sztuki. Warto je odwiedzić, by z dala od tłumów poobcować z ich pięknem i łagodnością.

Taddeo Gaddi, Matka Boska Tronująca z Dzieciątkiem w otoczeniu świętych
Ten niewielkich rozmiarów wizerunek Marii z Jezusem to jedna z najstarszych Madonn w sali, datowana na ok. 1330 rok. Madonna siedzi na bogato zdobionym tronie, nawiązującym do dekoracji z różnokolorowego marmuru chętnie wykorzystywanych w toskańskich kościołach. Na podłokietnikach widać nieśmiałe próby oddania perspektywy. Nic dziwnego, Taddeo Gaddi był uczniem Giotta, a Giotto to przecież jeden z pierwszych malarzy, którzy dostrzegli potrzebę oddania na obrazach trzech wymiarów świata przedstawionego. Biskup stojący na dole po prawej stronie to prawdopodobnie św. Zenobiusz, patron Florencji. Dwie małe postaci u stóp tronu to fundatorzy, również związani z Florencją. Uwagę zwraca czuła relacja matki i syna, nieoczywista na tego typu przedstawieniach. Maria przygląda się dziecku, obejmując je delikatnie, ono odwzajemnia spojrzenie. Obraz służył do prywatnej dewocji i zapewne był centralną częścią niewielkiego przenośnego poliptyku.
Taddeo Gaddi, Matka Boska z Dzieciątkiem

Pietro Lorenzetti, Matka Boska z Dzieciątkiem na tronie, ze św. Katarzyną Aleksandryjską i św. Janem Chrzcicielem
Przenosimy się z Florencji do Sieny, gdzie w XIV wieku tworzył Pietro Lorenzetti. Wraz z młodszym bratem Ambrogio wprowadzili naturalizm do sztuki sieneńskiej, a ich eksperymenty z trójwymiarowością zapowiadały już nadejście renesansu. Obaj bracia zmarli w 1348 roku podczas wielkiej epidemii dżumy. Ten obraz to prawdopodobnie także część większej całości. Anioł zwiastujący w górnej części panelu wskazuje na to, że zapewne istniała druga część z Marią, której ów anioł zwiastował Dobrą Nowinę. Madonna Lorenzettiego jest w zupełnie innej relacji z Dzieciątkiem niż Madonna Gaddiego, ale także ona została namalowała z delikatnością i elegancją mistrzów późnego gotyku.
Pietro Lorenzetti, Matka Boska z Dzieciątkiem

Andrea di Nerio, Madonna z Dzieciątkiem
Pozostajemy w Toskanii, ale zmieniamy miasto. Trzecia Madonna to jedno z najwcześniejszych dzieł malarza, który przewodził szkole malarskiej z Arezzo. Przedstawienie pochodzi z 1330 roku i zachwyca swoją gotycką subtelnością i dekoracyjnym wyrafinowaniem. Bogaty ornament na złotym tle, szata Marii podbita futrem i kunsztownie udrapowana, suknia dziecka z filigranowymi zdobieniami – to wszystko sprawia, że obraz przykuwa uwagę, mimo iż wyeksponowano go tuż przy królowej tej ekspozycji, Madonnie Paola Uccella.
Andrea di Nerio, Madonna z Dzieciątkiem

Rossello di Jacopo Franchi, Matka Boska z Dzieciątkiem i aniołami
Wracamy do Florencji, gdzie w pierwszej połowie XV wieku tworzył Rossello di Jacopo Franchi. Pozostawał pod silnym wpływem Lorenza Monaco. Był mistrzem detali, draperii, a ukazane postaci noszą modne stroje i zdobne klejnoty. Ale jego obrazy to nie jest już wyłącznie gotycka elegancja i dekoracyjność. Twarze postaci zaczynają mieć już cechy indywidualne, nabierają renesansowej lekkości, zmienia się też kolorystyka. Klęczące anioły ofiarowują wazony z kwiatami, to często motyw u tego artysty i zapowiedź renesansowego zamiłowania do natury. Dzieła Rossella można dziś podziwiać między innymi w Galerii Akademii we Florencji i w Pinakotece w Sienie.
Rossello di Jacopo Franchi, Matka Boska z Dzieciątkiem

Paolo Uccello, Madonna z Dzieciątkiem
Czas na królową wśród zamkowych Madonn. W przeciwieństwie do pozostałych obrazów, które stanowią własność Zamku Królewskiego w Warszawie, ta Madonna została wypożyczona na rok. A ponieważ czas szybko płynie, lepiej nie odkładać wizyty w sali z włoskimi Madonnami. Prawdopodobnie została namalowana w 1430 roku, jest więc znacznie młodsza od gotyckich Madonn Lorenzettiego, Gaddiego czy di Nerio. Na pierwszy rzut oka wciąż jeszcze sporo w niej inspiracji dawnych, ale wystarczy przyjrzeć się uważniej, by dostrzec, jak wiele już renesansowej zmiany dokonało się w malarstwie. Paolo Uccello (1397-1475) to malarz niezwykły, eksperymentator i twórca niezależny. Swobodnie łączył elementy stare i nowe, elegancję gotyckich drapowań z nowoczesnym światłocieniowym sposobem ich malowania, monumentalność tronującej Marii z przełamaniem symetrii poprzez inne ustawienie jej ciała, jednorodność tła z perspektywiczną głębią tronu. Smukła dłoń jeszcze w stylu dawnych mistrzów, ale twarz już oryginalna, zindywidualizowana. Jakże inna jest ta młodziutka kobieta od swych gotyckich poprzedniczek. Na wystawie odrębność i niezwykłość tego przedstawienia podkreślono odmienną kolorystyką ekspozycji oraz rozbudowanym opisem. Naprawdę warto poświęcić jej dłuższą chwilę.
Paolo Uccello, Madonna z Dzieciątkiem

Nie każdy interesuje się sztuką tak, by dostrzec subtelności i niuanse zmieniających się czasów. Nie każdy lubi malarstwo religijne, gotyckie złocenia i twarze o nieobecnym spojrzeniu. Ale w tej zamkowej sali pięć włoskich Madonn opowiada też uniwersalną historię o macierzyństwie, pozwala zanurzyć się w spokoju i dostrzec piękno poza modą i głównym nurtem.

Magdalena Giedrojć











Jak przetłumaczyć słowiańskie przekleństwa, czyli Kajko i Kokosz po włosku

Jak przetłumaczyć słowiańskie przekleństwa, czyli Kajko i Kokosz po włosku

Starsi czytelnicy pamiętają ten komiks z młodości, gdy w kolejnych numerach „Świata Młodych” wypatrywaliśmy przygód sympatycznych słowiańskich wojów Kajka i Kokosza. Młodsi miłośnicy komiksowych opowieści mogą poznawać postacie stworzone przez Janusza Christę we współczesnej reedycji przygotowanej przez wydawnictwo Egmont. A teraz o Mirmiłowie i Zbójcerzach poczytają także włoscy fani komiksów.


Komiks „Cudowny lek” powstał na początku lat 80. XX wieku. To dziewiąta historia z serii opowieści o rozważnym Kajku oraz samolubnym Kokoszu, którzy bronią Mirmiłowa przed atakami Zbójcerzy pod wodzą Hegemona, przy okazji przeżywając wiele zabawnych przygód. Tym razem również będą musieli przeciwstawić się Zbójcerzom, którzy postanawiają użyć chorego Kaprala jako broni biologicznej i podrzucić go Mirmiłowi. Dla zarażonego kasztelana jedynym ratunkiem jest cudowna woda z legendarnego źródła Pochwista. Wyruszają po nią Kajko i Kokosz w towarzystwie smoka Milusia. Niestety, źródło jest zatrute i aby przełamać czar, trzeba pokonać wiele przeszkód. Tymczasem Zbójcerze, dowiedziawszy się, że gród został pozbawiony ochrony najdzielniejszych wojów, szykują się do ataku…


Przygoda z tłumaczeniem

W kwietniu 2022 roku ukazała się specjalna włoska edycja komiksu Janusza Christy pod tytułem „Kajko e Kokosz – Il rimedio miracoloso”. Przekładu dokonali Urszula Buczkowska-Marchetti oraz Maurizio Marchetti, którzy przyznają, że świetnie się bawili podczas tłumaczenia tekstu. Tak o całym procesie opowiada nam Urszula Buczkowska-Marchetti, italianistka i nauczycielka języka włoskiego, która ma na swoim koncie także inne dokonania translatorskie, m.in. opowieści o włoskiej kuchni (Giovanni Pina, Desery. Porady cukiernika), o mitologii (Sabina Colloredo, Zeus: król bogów, mężczyzn i bardzo wielu kobiet oraz Sabina Colloredo, Hera: królowa bogów i żona prawie idealna) oraz niezwykłej książki o tym, jak działa świat (Carlo Rovelli, Siedem krótkich lekcji fizyki):

Tłumaczenie Kajka i Kokosza było dla nas wielkim wyzwaniem, ale też niezwykłą przygodą. Dla mnie był to również powrót do szkolnych czasów, kiedy z ostatniej strony „Świata Młodych” wycinałam kolejne odcinki komiksu i wklejałam do zeszytu, strona po stronie, żeby móc do tych opowieści wracać. Wydawnictwo Egmont Polska – Świat Komiksu zaproponowało nam przełożenie tomiku „Cudowny lek”.

Było to pierwsze tłumaczenie przygód Kajka i Kokosza na język włoski, musieliśmy więc zbudować od podstaw spory słowniczek, w którym znalazły się zarówno znaczące imiona pierwszo- i drugoplanowych postaci, jak i lista nazw własnych oraz rozmaitych powiedzonek. Chcieliśmy, żeby oddawały humor Janusza Christy, ale też słowiańskość stworzonych przez niego bohaterów.

Czytaliśmy więc wspólnie poszczególne sceny po kilka razy, często wracaliśmy do nich po jakimś czasie, żeby przyjrzeć im się na nowo. „Cudowny lek” jest zresztą bardzo aktualną opowieścią o poszukiwaniu cudownego remedium: w czasie pandemii nabrała dodatkowego znaczenia. Staraliśmy się, żeby dla włoskiego czytelnika przygody dzielnych wojów były równie zabawne i wciągające jak dla nas, ale również o to, żeby język, którymi się porozumiewają, obejmował podobne rejestry. Dawne słowiańskie przekleństwa zastąpiliśmy nieco archaicznymi włoskimi zawołaniami, które brzmią równie dosadnie i mają posmak historii.

Jesteśmy bardzo ciekawi, jak współcześni Włosi przyjmą „Il rimedio miracoloso”. Wierzymy, że urok osobisty Kajka i Kokosza i wielka czułość, z jaką zostali odmalowani, znajdą nowych wielbicieli.

„Kajko e Kokosz – Il rimedio miracoloso”, Janusz Christa, tłumaczenie: Urszula Buczkowska-Marchetti, Maurizio Marchetti, Wydawnictwo Egmont, Warszawa 2022.





Cri-cri – chrupiące słodycze z Turynu

Cri-cri – chrupiące słodycze z Turynu

Stolica Piemontu jest jednocześnie stolicą słodyczy, włoskich słodyczy. W Turynie można spróbować znakomitych, rzemieślniczych czekoladek, wypić doskonałą kawę. Wśród turyńskich czekoladek specjalne miejsce zajmują cri-cri. Tak naprawdę to psotnicy, czyli czekoladki przebrane za cukierki. Jest z nimi związana piękna legenda. Oczywiście Turyn jest też znany z wielu innych czekoladowych pyszności, m.in. takich jak czekoladowo-kawowy bicerin czy gianduiotto.


Cri-cri to okrągłe, czekoladowe pralinki. Niewielkie, mają średnicę dwóch centymetrów. Cri-cri zawijane są w błyszczący, kolorowy staniol tak samo jak cukierki. Jedna ręką przytrzymujemy więc jeden koniec skręconego papierka, a drugą odwijamy drugi koniec. I już po chwili widzimy słodką, kuszącą zawartość opakowania.

Papierek papierkiem, ale najważniejsza jest pralinka. Ma trzy warstwy. Prażony orzech laskowy jest otulony ciemną czekoladą. Wykończeniem czekoladki jest warstwa cukrowych, chrupiących perełek.

Cukiernicy z Turynu to artyści w swoim fachu. Jako jedni z pierwszych w Europie zaczęli przygotowywać czekoladowe, wyrafinowane smakołyki. Moda na czekoladę przywędrowała do Turynu wraz z dworem sabaudzkim. W 1560 r. dynastia ta przeniosła stolicę swego księstwa z Chambéry do Turynu właśnie. Słynne są turyńskie czekoladowe podwieczorki, wymyślone właśnie na sabaudzkim dworze, gdy pitną czekoladą popijano czekoladowe specjały.

Pora jednak wrócić do cri-cri. Pralinki te wymyślił cukiernik z położonego nieopodal Turynu miasteczka Torre Pellice w 1886 r. Od podbiły serca mieszkańców Turynu i zaczęły robić karierę.

Dlaczego czekoladowo-orzechowe pralinki nazywają się cri-cri? Opowiada o tym bardzo romantyczna legenda. Oto pod koniec XIX wieku pewien ubogi dość student z Turynu był zakochany w biednej szwaczce o imieniu Cristina. Dziewczyna bardzo lubiła czekoladki z orzechowym sercem pokryte cukrową skorupką. Ukochany przed spotkaniem z nią kupował więc dla niej słodycze. Robił to zawsze w tej samej cukierni. Sprzedawczyni już wiedziała, że chłopak idzie po łakocie dla ukochanej Cri, jak ją nazywał. Sprzedawczyni widząc to pytała więc „Cri?”, a on odpowiadał „Cri”. I stąd wzięła się nazwa tych pysznych czekoladek.

Beata Zatońska

foto. Wikimedia Commons/Rollopack
Silva Gentilini: nie przebaczyłam, ale nie czuję nienawiści

Silva Gentilini: nie przebaczyłam, ale nie czuję nienawiści

– Napisałam tę książkę, by każdy, kto znajdzie się w podobnej sytuacji, przekonał się, że nie wolno milczeć. Chciałam dodać odwagi cierpiącym kobietom, żeby zrozumiały, że muszą mieć odwagę, by odejść i zacząć nowe życie. Na spotkaniach autorskich opowiadałam wielokrotnie, że poprzez moje doświadczenie pokazuję, że z takiej sytuacji można wyjść. Kobiety powinny uciekać, gdy tylko pojawią się pierwsze oznaki przemocy w rodzinie – mówi Silva Gentilini, autorka książki „Mrówki nie mają skrzydeł”, która ukazała się w wydawnictwie Fame Art.

Silvia Gentilini, autorka książki "Mrówki nie mają skrzydeł"

Książka „Mrówki nie mają skrzydeł” opowiada o cierpieniu dwóch kobiet, które dzieli pół stulecia, lecz łączy to samo okrutne doświadczenie: konieczność porzucenia własnego dziecka. Silva Gentilini, korzystając z przeżyć swojej rodziny oraz własnych doświadczeń, niezwykle sugestywnie, czasem brutalnie, przedstawia oba rodzaje bólu. To książka, która bez ogródek zgłębia temat okrucieństwa, ale także, co najważniejsze, kwestię potrzeby wolności.

Napisałaś książkę, której nie sposób czytać spokojnie. Twoje bohaterki przeszły przez piekło. Płynie z ich historii jednak nadzieja, bo udało im się, ogromnym kosztem, odbudować swoje życie. Opowiadasz o przemocy wobec kobiet, o obojętności otoczenia, o ogromnym wstydzie i bólu. Tak naprawdę opowiadasz o sobie. Musiałaś w pewnym sensie przekroczyć siebie, pisząc tę książkę?

Obie bohaterki są prawdziwe. Emma to moje alter ego, jej historia jest moją historią. Margerita była moją prababką. Wybór takich bohaterek nie był przypadkowy. Zaczęłam pisać tę książkę jako dojrzała kobieta, po wielu latach terapii. Zanim się odważyłam opowiedzieć o mojej rodzinie, robiłam kilka podejść. Pisałam inne rzeczy. Długo nie byłam gotowa, czekałam na właściwy moment. Aż nadszedł moment, gdy musiałam powrócić w pełni do tej historii, która wydarzyła się przed laty. Rodzice już nie żyją. Poprosiłam siostrę o pozwolenie na opisanie naszej historii. Obudziłam w sobie siłę, by pokonać przeznaczenie bycia ofiarą. Byłam dzieckiem, które było poddawane codziennemu terrorowi. Ciągle bałyśmy się, ja, mama i moja siostra. Gdy on wracał, często rozpętywało się piekło, powtarzały się wybuchy wściekłości i akty przemocy. Nie bił nas codziennie, bywały okresy ciszy i spokoju. Wiedziałyśmy jednak, że po nich nastąpi burza. Napisanie tej książki miało dla mnie walor oczyszczający. Długo starałam się uwolnić od poczucia winy i wstydu, które od zawsze mi towarzyszyły.

Wstydu? Poczucia winy?

Razem z mamą i siostrą miałyśmy przekonanie, że jesteśmy w jakiś sposób winne wybuchom gniewu i atakom mojego ojca. Myślałyśmy że to z nami jest coś nie tak. Gdy podrosłam, zrozumiałam, że inne rodziny nie są takie jak moja. Poczułam gniew, ten dobry; taki, który sprawia, że nie chcesz już pozwalać na to, by ktoś cię źle traktował. Zrozumiałam, że nie byłyśmy niczemu winne. Po latach okazało się, że ojciec cierpiał na chorobę afektywną dwubiegunową. To go oczywiście nie tłumaczy, ale pewne sprawy wyjaśnia. Nie leczył się, bo w latach siedemdziesiątych trudno było o odpowiednią diagnozę. Wielokrotnie próbował popełnić samobójstwo. Poza domem był zupełnie innym człowiekiem: eleganckim, dobrze wychowanym.

Dlaczego nikt wam nie pomógł? Mieszkałyście w niewielkiej toskańskiej miejscowości. W małych miasteczkach wszyscy wszystko o sobie wiedzą.

Ta sytuacja była społecznie akceptowana. Nikt nie chciał wtrącać się w nasze życie rodzinne. Oczywiście, że widzieli siniaki, słyszeli krzyki. Cisza pokrywała nasz ból, ludzie odwracali oczy. Rodzinie pozostawało poczucie wstydu, o którym już mówiłam. Szukałyśmy pomocy u rodziny ojca. Moja mama była jedynaczką, jej ojciec zginął podczas wojny. W Orbetello mieszkały dwie siostry ojca, każda z nich miała męża. Zdarzało nam się biec do nich, gdy ojciec demolował mieszkanie. Usłyszałyśmy, że ojciec może robić w domu to, na co ma ochotę. Gdy pewnej nocy, w piżamach, z kotem pod pachą, pobiegłyśmy na posterunek karabinierów, poradzili nam, żebyśmy zaopiekowały się ojcem, zrobiły mu coś pysznego do jedzenia i będzie dobrze. To potęgowało nasz wstyd. Panowało przekonanie, że mężczyzna zawsze ma rację. Tak wychowana została moja matka. Robiła dobrą minę do złej gry, a my razem z nią. Udawałyśmy, że mamy siniaki, bo o coś się uderzyłyśmy lub upadłyśmy przez nieuwagę. Na zewnątrz starałyśmy się pokazać nasze rodzinne szczęście.

Twoja mama nigdy nie próbowała odejść od twojego ojca?

Spróbowała raz. Dowiedział się, groził, że nas zabije. Mógł być do tego zdolny. Mama była delikatna, krucha, dała nam wiele miłości. Zawsze miałam poczucie, że powinnam ją chronić. Wydawała się taka bezbronna.

Najgorsza jest obojętność i społeczna akceptacja. Na całym świecie wiele kobiet codziennie cierpi z powodu przemocy domowej. Czytałam, że we Włoszech w ubiegłym roku z ręki partnera zginęło 68 kobiet.

Przemoc wobec kobiet nie ustaje, ale spada akceptacja społeczna wobec takich zachowań. Powstały ruchy społeczne, stowarzyszenia, które oferują pomoc i wsparcie. Kobiety dowiadują się, że nie muszą cierpieć w milczeniu i godzić się na wszystko. Mają prawo do spokojnego i godnego życia. Staram się angażować w pomoc. Napisałam tę książkę, by każdy, kto znajdzie się w podobnej sytuacji, przekonał się, że nie wolno milczeć. Chciałam dodać odwagi cierpiącym kobietom, żeby zrozumiały, że muszą mieć odwagę, by odejść i zacząć nowe życie. Na spotkaniach autorskich opowiadałam wielokrotnie, że poprzez moje doświadczenie pokazuję, że z takiej sytuacji można wyjść. Kobiety powinny uciekać, gdy tylko pojawią się pierwsze oznaki przemocy w rodzinie.




Emma została zgwałcona przez ojca i zaszła z nim w ciążę… Ty zostałaś zgwałcona i zaszłaś w ciążę z ojcem.

O tym najtrudniej było mi napisać. Starałam się to zrobić możliwie delikatnie. Przed laty, gdy to się stało, nie byłam w stanie nic zrobić, nie mogłam od niego uciec, byłam bezradna. Był silnym człowiekiem, a choroba psychiczna, paradoksalnie, w pewnych momentach potęgowała jego siłę fizyczną. Potem okazało się, że jestem w ciąży. Dziecko rosło we mnie. Nie powiedziałam matce, co się stało – o tym, że ojciec mnie zgwałcił i to jego dziecko. Zwierzyłam się tylko mojej siostrze. Byłam w czwartym miesiącu ciąży, nie można było już zrobić aborcji. Kryłam się więc z ciążą i z porodem, jakby to była moja wina. Musiałam oddać syna do adopcji, a gdy dorosłam długo go szukałam. Nie chciałam mieć dzieci, dopóki go nie znajdę. Nie udało się. Gdybym mogła wybierać, nie urodziłby się, ale to wciąż mój syn. Nadal chciałabym się dowiedzieć, co się z nim stało.

Wiele osób mnie pytało, czy było więcej napaści seksualnych ze strony ojca. Była tylko jedna. Stałam się wobec niego agresywna, pełna złości. Przeciwstawiałam mu się, zbudowałam wokół siebie mur. Byłam jak żołnierz na wojnie. On był zaborczy, nie pozwalał mi wychodzić z domu. Moje koleżanki ze szkoły chodziły na dyskoteki, jeździły na wycieczki. Ja nie. Dużo czytałam, zaczynałam już pisać i marzyłam o tym, by wyrwać się z domu. Zakochałam się i w wieku 20 lat wyszłam za mąż. To była jedyna możliwa forma ucieczki. Pozostałam jednak wtedy niedaleko, na tyle blisko, by nadal móc chronić matkę.

Opowiedziałaś mężowi, co się wydarzyło w twoim życiu?

Tak. Wyjaśniłam mu, dlaczego nie chcę mieć dzieci.

Masz jednak córkę.

Urodziła się wiele lat później, w szczególnym czasie. W tym samym roku zmarła na raka moja mama, miała 55 lat. Półtora miesiąca po niej umarł ojciec. Córka dała mi niezwykłą siłę do życia.

Opowiedz jeszcze proszę o Marghericie, drugiej bohaterce twojej książki.

To matka mojego dziadka ze strony mamy. Jako młodziutka dziewczyna zakochała się i zaszła w ciążę. Urodziła syna. Rodzina i sąsiedzi uznali ją za dziwkę. Margherita postanowiła więc wyjechać do Ameryki, żeby zarobić pieniądze i przeznaczyć je na wychowanie syna. Zostawiła chłopczyka w klasztornym oknie życia i ruszyła za ocean. Poznałam ją z opowieści mojej babci, żony tego chłopca, którego porzuciła z konieczności Margherita. W Stanach dwukrotnie wyszła za mąż i otworzyła sieć pralni. Była inteligentną, piękną kobietą. Nigdy nie pogodziła się z tym, że zostawiła Amelia, ale nie mogła wrócić, pozostawała zależna najpierw od jednego, potem od drugiego męża, urodziła pięcioro dzieci. Przysyłała z USA listy i pieniądze. Dziadek zginął na wojnie, w 1945 r., ale Margherita utrzymywała długo kontakt z moją babcią i mamą. Mam z moją prababką wiele wspólnego.

Przebaczyłaś ojcu? W książce nie używasz słowa „ojciec”, piszesz o nim „on”.

Nie, nie przebaczyłam, ale mogę powiedzieć, że nie czuję do niego nienawiści. Jego ojcostwo to jedynie sprawa krwi. Używałam podczas pisania zaimka „on”, by nabrać dystansu, tak było mi łatwiej. Ale podczas pracy nad książką wylałam wiele łez, czułam jego obecność. To przerażające, że boisz się kogoś, kto już nie żyje. Gdy moja córeczka miała półtora miesiąca, poszłam z nią do szpitala na badania. W oknie szpitalnego skrzydła gdzie mieścił się oddział psychiatryczny zobaczyłam ojca. Palił papierosa. Był cieniem tamtego mężczyzny, którego pamiętałam, pożałowałam go jako człowieka, ale się nie zatrzymałam. Było już za późno dla mnie, by być jego córką.

Czy wracasz do miejsca, gdzie się wychowałaś?

Mieszkam tam, uwielbiam to miasteczko, każdy jego zakątek. Nie spotykam się jednak z rodziną ojca. Byli na mnie wściekli za książkę, którą napisałam. Nie chodzę na cmentarz, na jego grób, choć siostra mnie czasem namawia. Nie interesuje mnie to, nie mam zamiaru robić już niczego „dla ludzi”.

Dlaczego nadałaś książce tytuł „Mrówki nie mają skrzydeł”?

Gdy byłam mała, chodziłam często obserwować mrówki. Są małe, ale niezwykle silne, nie poddają się łatwo, z determinacją dążą do celu. Są też świetnie zorganizowane. Nie mają skrzydeł, ale sprawiają wrażenie, jakby dzięki swojemu uporowi mogły niemalże latać. My kobiety, tak samo jak mrówki, choć pozornie kruche, jesteśmy silne i wytrwałe. Pracujemy ponad siły dla rodziny, znosimy największe upokorzenia, ale z uporem i odwagą idziemy do przodu. Jeśli będziemy się wzajemnie wspierać i nie pozwolimy się krzywdzić, wiele osiągniemy.

Z Silvą Gentilini rozmawiała Beata Zatońska

„Mrówki nie mają skrzydeł”, Silva Gentilini, (Le formiche non hanno le ali), tłumaczenie: Ewa Trzcińska, ISBN 978-83-961074-5-9, wydawnictwo Fame Arte

Zdjęcie: Fame Art, materiały prasowe
„Czarne oczy Marilyn”  – carbonara, miłość i różne kłopoty

„Czarne oczy Marilyn” – carbonara, miłość i różne kłopoty

Stefano Accorsi i Miriam Leone w świetnym komediodramacie, który można obejrzeć na platformie Netflix. Do kin włoskie filmy trafiają raz na jakiś czas, ale są platformy streamingowe, gdzie kinomaniacy zakochani w filmach z Półwyspu Apenińskiego znajdą coś aktualnego dla siebie. Tak jest w przypadku „Czarnych oczu Marilyn”. Jest tu wszystko, co znaleźć się powinno w dobrym filmie – ciekawy scenariusz, dobre role i mnóstwo emocji. Kinomaniacy zaawansowani rozsmakują się także w odnajdywaniem nawiązań do innych filmów.

 Film "Czarne oczy Marylin"


„Czarne oczy Marilyn” wyreżyserował Simone Godano („Żona czy mąż”, „Prawie zwyczajne wakacje”). Film jest zbudowany jak klasyczna komedia romantyczna, ale to, czym konstrukcyjna forma jest wypełniona, bywa zaskakujące. Odnajdziemy tu klimaty z takich filmów jak np. „Zwariować ze szczęścia”.

Bohaterowie filmu „Czarne oczy Marilyn”, Diego i Clara, tak samo jak Beatrice i Donatella z obrazu w reż. Paola Virzi, są zmęczeni chorobą i szukają dla siebie miejsca w życiu. Wśród szalonych, radosnych i pełnych energii momentów są w tym filmie także melancholia i smutek. Tak jak w przypadku filmu, który zrobił przed laty Virzi, dzięki „Czarnym oczom Marilyn” spoglądamy na zaburzenia psychiczne z perspektywy osób, które na nie cierpią.

Na początku jest tzw. mocne uderzenie. Diego (Accorsi), jak się potem okaże, bardzo zdolny i ceniony szef kuchni, demoluje wnętrze luksusowej restauracji. Diego jest chory, cierpi na poważne dolegliwości psychiczne. Z tego powodu jego życie rodzinne i zawodowe legło w gruzach. Żona go zostawiła i zabrała ze sobą córeczkę. Diego nie może znieść myśli, że obecny partner jego byłej żony ma kontakt z jego ukochanym dzieckiem. Z powodu wybuchów złości może widywać córkę tylko pod nadzorem kuratora. Diego mieszka z ojcem, a dnie spędza w dziennym ośrodku leczniczym.

W ośrodku, wśród podobnych do niego chorych outsiderów, jest też Clara (Leone). Piękna, energiczna młoda kobieta. Clara czuje się lepsza od reszty grupy, opowiada, że jest aktorką i przez konieczność przychodzenia na terapię wiele traci w życiu zawodowym. Jak się szybko okaże, opowieści Clary, atrakcyjne i wibrujące od ekscytujących zdarzeń, to wytwór jej wyobraźni. Clara jest bowiem patologiczną kłamczuchą.

Clara i Diego są jak ogień i woda. Coś ich do siebie przyciąga, a potem ranią się boleśnie. Oboje nieufni, schowani w swoich skorupach, poranieni.

Elementem resocjalizacji członków grupy terapeutycznej jest przygotowywanie posiłków dla seniorów z domu opieki. Diego ma więc dyrygować w kuchni swoimi kolegami i koleżankami z terapii. Musi przy tym przekroczyć siebie, zwalczyć wybuchy złości i pokonać niepohamowaną chęć dążenia do perfekcji. Na pierwszy ogień przygotowuje carbonarę i jest załamany tym, co robią jego pomocnicy w kuchni. Przecież tak nie da się, jego zdaniem, ugotować nic dobrego, a zwłaszcza carbonary.

Clara podchwytuje pomysł z „restauracją” i przetwarza go na swój sposób. Zabiera się za promocję lokalu. Jest w tym świetna. Wkrótce restauracja staje się miejską legendą… Zbliża się chwila, w której trzeba będzie fikcję skonfrontować z rzeczywistością. Jeśli restauracja naprawdę otworzy podwoje przed ludźmi z miasta, Diego może odzyskać kucharską renomę i wiele naprawić w swoim życiu. To także wielka szansa dla Clary i innych członków grupy. Rzeczywistość potrafi zaskakiwać…

Normalność w wykonaniu Clary, Diego i ich kolegów jest nieszablonowa, ale szczera. Powtórzylibyśmy za wszelkimi guru od well being – najważniejsze to być sobą i czuć się dobrze w swojej skórze. W przypadku bohaterów filmu wypadałoby jeszcze dodać, że warto zadbać o to, by inni czuli się komfortowo w naszym towarzystwie.

„Czarne oczy Marylin” to oczywiście opowieść o walorach baśni, ale wiele tu elementów bardzo realnych. Doskonałe aktorstwo Stefana Accorsi („Sekrety bogini Fortuny”, „W domu wszystko ok.”, „1994”, „On, ona, on”, „Un viaggio chiamato amore”) i Miriam Leone („Dama w czarnym welonie”, „Ciao, Italia!”, „Słodkich snów”) uwiarygadnia wszystko.

Beata Zatońska

„Czarne oczy Marilyn” (Marilyn ha gli occhi neri), reż. Simone Godano, scenariusz: Giulia Louise Steigerwalt, występują: Stefano Accorsi jako Diego, Miriam Leone jako Clara Pagani, Thomas Trabacchi jako Paris, Mariano Pirrello jako Sosia, Orietta Notari jako Susanna, Marco Messeri jako Aldo. Czas trwania: 112, Włochy, 2021      


  Kwietniowe ryby, czyli „nie wierz, bo się omylisz”

Kwietniowe ryby, czyli „nie wierz, bo się omylisz”

1 kwietnia to dzień żartów. W polszczyźnie funkcjonuje przysłowie „Na Prima Aprilis nie wierz, bo się omylisz”. We Włoszech ten szczególny dzień to „pesce d'aprile” (kwietniowe ryby). Zwyczaj robienia sobie psikusów ma korzenie antyczne. Żartowali sobie na potęgę już starożytni Rzymianie.


„Kwietniowa rybka” to okazja do nabrania kogoś na zabawną, ale nieprawdziwą informację. 1 kwietnia włoskie dzieci ukradkiem przyczepiają sobie i dorosłym na plecach karteczki z narysowanymi rybkami.

Zygmunt Gloger w IV tomie Encyklopedii staropolskiej napisał: „Prima Aprilis. Tak się nazywa powszechny zwyczaj zwodzenia innych w dniu pierwszym kwietnia. Początek tego zwyczaju niektórzy wywodzą od uroczystości dawnych Rzymian na cześć bożka śmiechu i wesołości, wiadomo bowiem, iż poganie rzymscy nowy rok rozpoczynali w dniu 1 kwietnia, wśród najweselszych zabaw”. Zobaczmy więc, jak to z tymi dawnymi Rzymianami i bożkiem śmiechu było.

Kybele – bogini wiosny i płodności

Opowieści o początkach wiosennego żartowania jest wiele. Łączy się je ze świętem ku czci frygijskiej bogini płodności, urodzaju, wiosny i miast obronnych, strażniczki zmarłych, którą nazywano Kybele. Była uważana za jedną z opiekunek Rzymu. 25 marca, w dniu zrównania nocy z dniem, zmartwychwstawał jej towarzysz, bóg wegetacji Attis.

Obchodzono więc 25 marca początek nowego roku. Świętowanie było huczne, zabawom nie było końca. Wszyscy cieszyli się, że ciemności ustępują światłu. Starożytni Rzymianie tego dnia robili sobie żarty z przyjaciół i rodziny.

Zamieszanie z kalendarzem

Nowy rok w marcu? Zaczynanie nowego roku 1 stycznia to stosunkowo młody wynalazek. Na dodatek obliczanie dat ważnych było kiedyś dość skomplikowane. Np. Wenecjanie do XVIII wieku rozpoczynali nowy rok 1 marca zgodnie z tym, co obowiązywało w republikańskim Rzymie.

25 marca to w Kościele katolickim data Zwiastowania Pańskiego i tego dnia obchodzono początek nowego roku. Do tej daty byli bardzo przywiązani np. mieszkańcy Florencji.

Papież Grzegorz XII w 1582 r. wydał bullę Inter gravissimas (łac. Między najważniejszymi). Była to reforma kalendarza juliańskiego, do którego wprowadzono poprawkę w naliczaniu lat przestępnych, mającą na celu zapobiegnięcie opóźnianiu się kalendarza wobec roku zwrotnikowego. Z 25 marca zrobił się 1 kwietnia. Nowy rok przeniesiono na 1 stycznia. Co ciekawe, Florentyńczycy przestali świętować noworocznie 1 stycznia, gdy nakazał im to w 1749 r. książę Franciszek I Lotaryński.

Puste prezenty i puste sieci

Kwietniowe żarty zaczęły się więc w epoce nowożytnej wraz ze zmianą kalendarza. Na początku zapominalscy i roztargnieni nadal próbowali świętować nowy rok wg starej daty, co stało się źródłem wielu dowcipów.

1 kwietnia dawano sobie więc puste, ale pięknie zapakowane paczki z noworocznymi prezentami. Gdy obdarowany zaczynał je niecierpliwie odpakowywać, znajdował w środku kolejne zawiniątka, aż trafiał na karteczkę z napisem „pesce d’aprile”; ten zwyczaj był bardzo rozpowszechniony we Francji. Prezentu nie było, tak samo jak kwietniowych ryb, bo rybakom pierwsze wiosenne połowy się nie udawały i wracali do domu z pustymi sieciami.

Skąd się wzięły we włoskim „kwietniowe ryby”? Wyjaśnień jest co najmniej kilka. Mówi się np., że łapie się ludzi na żarty tak jak ryby na wędkę.

Wracamy na chwilę do starożytności. Królowa Egiptu, piękna Kleopatra, romansowała z rzymskim wodzem Markiem Antoniuszem. Plutarch z Heronei napisał, że Kleopatra i Antoniusz lubili łowić razem ryby w porcie w Aleksandrii. Dumny Antoniusz nie był mistrzem wędkarskim i kazał niewolnikowi nurkować i przyczepiać do swojej wędki wcześniej złowione, piękne okazy ryb. Kleopatra zauważyła oszustwo kochanka i pewnego razu kazała swojemu niewolnikowi zanurkować i przyczepić do wędki Antoniusza marynowaną rybę.

Drzewo, na którym rośnie spaghetti

Wiele jest słynnych primaaprilisowych żartów. Np. w 1957 r. telewizja BBC podała informację, że miłośnicy spaghetti mogą zacząć je uprawiać. W programie pokazano rodzinę z południu Szwajcarii, która zbierała dorodne pęki długiego makaronu z „drzewa spaghetti”.

W latach pięćdziesiątych XX wieku Brytyjczycy raczej niewiele wiedzieli o spaghetti i dali się nabrać. Wielu widzów kontaktowało się z BBC, bo chcieli zacząć hodować „drzewa spaghetti”.

Koń z tablicą rejestracyjną

W 1961 r. dziennik „La Notte” ogłosił, że w Mediolanie konie, które pojawią się na ulicach miasta, będą musiały mieć przyczepioną rejestrację – taką samą jak te samochodowe. W innym przypadku nie będzie można pojawić się na koniu na ulicy.

Beata Zatońska



Foto: Rybka - zhengtao tang/Unsplash