Galeria Uffizi – królowa muzealnego piękna (MG)


Każdy, kto choć trochę zna się na malarstwie, wie, że wśród wszystkich włoskich galerii Galeria Uffizi oferuje najwięcej artystycznych wzruszeń. Sale pełne arcydzieł mogą niedoświadczonych miłośników sztuki doprowadzić na skraj wyczerpania, także fizycznego.
Galeria należy do kompleksu budynków, które w przeszłości służyły Medyceuszom. Powstała jako swego rodzaju biurowe zaplecze dla pobliskiego Palazzo Vecchio i to pierwotne przeznaczenie pozostało w jej nazwie (ufficio to po włosku biuro).



Stworzeniem budynku zajął się Giorgio Vasari, twórca wówczas bardzo popularny, ale talentem daleki od swych wybitnych renesansowych mistrzów. Lubił manieryczny nadmiar formy i treści, fascynowały go efektowne rozwiązania, wielkie rozmiary i mocne barwy. Aż dziw, że Galeria Uffizi jest tak zrównoważona i dyskretna. Vasari pracował przy tym projekcie od 1559 roku, a kiedy zmarł w 1574 roku, dzieło kontynuowali Buontalenti i Parigi. Galeria zbudowana została na planie bardzo wydłużonej litery U. Z pobliskim Palazzo Vecchio i znajdującym się tuż za rzeką Arno Palazzo Pitti łączy ją korytarz, zwany korytarzem Vasariego, który umożliwiał Medyceuszom poruszanie się między budynkami bez konieczności wychodzenia na zewnątrz, co bardzo ułatwiało prowadzenie dyskretnych rozmów, spotkań i przedsięwzięć.


Na początku Medyceusze powiększali swoje zbiory, nie myśląc o udostępnianiu ich szerszej publiczności. Część z nich wyeksponowano w korytarzach, inne znajdowały się w prywatnych pokojach. Kolekcja powiększała się jednak i potrzebowała coraz więcej przestrzeni, wkrótce zaczęła więc wypierać pomieszczenia biurowe. W ten sposób powstała galeria, ale wciąż daleko jej było do tego, co znamy dziś. Medyceusze pozwalali oglądać swoje zbiory tylko wybranych gościom. Zdarzało się, że nawet znane osoby nie dostępowały takiego zaszczytu. Dopiero w 1737 roku ostatnia Medyceuszka, Anna Maria Ludwika, zapisała całą kolekcję miastu, zastrzegłszy, by ogromne zbiory nigdy nie opuściły Florencji, a miasto dbało o nie w należyty sposób. Miasto przejęło ów bezcenny spadek i opiekuje się nim po dziś dzień. Powstał projekt Wielkie Uffizi, którego celem jest nie tylko odnowienie powierzchni wystawienniczych, ale znaczne ich zwiększenie. Wszystko po to, by oczom miłośników sztuki mogły się ukazać kolejne skarby, teraz należące do tak zwanej wielkiej rezerwy, która przekracza dwa tysiące dzieł. Kilka lat temu otwarto osiem nowych sal.

Co trzeba zobaczyć w Uffizi? Łatwiej chyba byłoby wskazać, czego oglądać nie trzeba. W tej niezwykłej galerii każda sala kryje arcydzieła, których żaden miłośnik sztuki nie może pominąć. Najpierw punkty absolutnie obowiązkowe. Dwa wielkie płótna Sandra Botticellego „Narodziny Wenus” i „Wiosna” – wyeksponowane w wielkiej sali z ławeczkami, ale za szkłem, co znacznie pogarsza odbiór obrazów. Na szczęście większość dzieł w galerii nie została odgrodzona od widzów szybą. Warto zobaczyć trzy Madonny tronujące (Duccia, Cimabuego i Giotta), Leonarda da Vinci „Zwiastowanie” i Michała Anioła „Świętą Rodzinę”, Tycjana „Wenus z Urbino” i Caravaggia „Głowę Meduzy”. To na początek. A potem Rafael („Madonna ze szczygłem”), Tintoretto („Leda z łabędziem“), Parmigianino (niezwykła „Madonna z długą szyją”), Pontormo („Chrystus w Emaus”), Filippo Lippi („Madonna z Dzieciątkiem i dwoma aniołami”) czy Piero della Francesca („Podwójny portret”). Wśród zagranicznych malarzy znajdziemy m.in. Rembrandta, Rubensa, Durera i Francisca de Goya.

I tak naprawdę wciąż jesteśmy jeszcze na początku, bo galeria wydaje się nieskończonym zbiorem malarskich cudowności, a im dłużej się ją zwiedza, tym silniejsze jest wrażenie, że ogarnięcie wszystkiego jest po prostu niemożliwe. Są dwie szkoły radzenia sobie z nadmiarem. Niektóre osoby idą tropem dzieł najbardziej znanych, nie rozpraszają uwagi tymi płótnami, które nie zostały wskazane w przewodnikach. W ten sposób w mniej więcej półtorej godziny są w stanie dotrzeć do końca. Inni zostawiają w spokoju przewodniki i po prostu idą, pozwalają się porwać temu, co znajome lub ciekawe, wielkie lub intrygujące. Z zeszycikiem, w którym notują nazwiska i tytuły, bo po wyjściu z galerii wszystko błyskawicznie ucieka z pamięci. Takie niespieszne zwiedzanie może trwać nawet pięć godzin, więc nie jest rozwiązaniem dla niecierpliwych i początkujących. Jeśli jednak ktoś naprawdę lubi malarstwo, to takie długie celebrowanie na pewno mu się spodoba. Przydadzą się wygodne buty i mała przekąska w torbie, by zrobić sobie w trakcie zwiedzania przerwę, przysiąść na ławce na korytarzu i odzyskać siły.

Magdalena Giedrojć