Silva Gentilini: nie przebaczyłam, ale nie czuję nienawiści

– Napisałam tę książkę, by każdy, kto znajdzie się w podobnej sytuacji, przekonał się, że nie wolno milczeć. Chciałam dodać odwagi cierpiącym kobietom, żeby zrozumiały, że muszą mieć odwagę, by odejść i zacząć nowe życie. Na spotkaniach autorskich opowiadałam wielokrotnie, że poprzez moje doświadczenie pokazuję, że z takiej sytuacji można wyjść. Kobiety powinny uciekać, gdy tylko pojawią się pierwsze oznaki przemocy w rodzinie – mówi Silva Gentilini, autorka książki „Mrówki nie mają skrzydeł”, która ukazała się w wydawnictwie Fame Art.

Silvia Gentilini, autorka książki "Mrówki nie mają skrzydeł"

Książka „Mrówki nie mają skrzydeł” opowiada o cierpieniu dwóch kobiet, które dzieli pół stulecia, lecz łączy to samo okrutne doświadczenie: konieczność porzucenia własnego dziecka. Silva Gentilini, korzystając z przeżyć swojej rodziny oraz własnych doświadczeń, niezwykle sugestywnie, czasem brutalnie, przedstawia oba rodzaje bólu. To książka, która bez ogródek zgłębia temat okrucieństwa, ale także, co najważniejsze, kwestię potrzeby wolności.

Napisałaś książkę, której nie sposób czytać spokojnie. Twoje bohaterki przeszły przez piekło. Płynie z ich historii jednak nadzieja, bo udało im się, ogromnym kosztem, odbudować swoje życie. Opowiadasz o przemocy wobec kobiet, o obojętności otoczenia, o ogromnym wstydzie i bólu. Tak naprawdę opowiadasz o sobie. Musiałaś w pewnym sensie przekroczyć siebie, pisząc tę książkę?

Obie bohaterki są prawdziwe. Emma to moje alter ego, jej historia jest moją historią. Margerita była moją prababką. Wybór takich bohaterek nie był przypadkowy. Zaczęłam pisać tę książkę jako dojrzała kobieta, po wielu latach terapii. Zanim się odważyłam opowiedzieć o mojej rodzinie, robiłam kilka podejść. Pisałam inne rzeczy. Długo nie byłam gotowa, czekałam na właściwy moment. Aż nadszedł moment, gdy musiałam powrócić w pełni do tej historii, która wydarzyła się przed laty. Rodzice już nie żyją. Poprosiłam siostrę o pozwolenie na opisanie naszej historii. Obudziłam w sobie siłę, by pokonać przeznaczenie bycia ofiarą. Byłam dzieckiem, które było poddawane codziennemu terrorowi. Ciągle bałyśmy się, ja, mama i moja siostra. Gdy on wracał, często rozpętywało się piekło, powtarzały się wybuchy wściekłości i akty przemocy. Nie bił nas codziennie, bywały okresy ciszy i spokoju. Wiedziałyśmy jednak, że po nich nastąpi burza. Napisanie tej książki miało dla mnie walor oczyszczający. Długo starałam się uwolnić od poczucia winy i wstydu, które od zawsze mi towarzyszyły.

Wstydu? Poczucia winy?

Razem z mamą i siostrą miałyśmy przekonanie, że jesteśmy w jakiś sposób winne wybuchom gniewu i atakom mojego ojca. Myślałyśmy że to z nami jest coś nie tak. Gdy podrosłam, zrozumiałam, że inne rodziny nie są takie jak moja. Poczułam gniew, ten dobry; taki, który sprawia, że nie chcesz już pozwalać na to, by ktoś cię źle traktował. Zrozumiałam, że nie byłyśmy niczemu winne. Po latach okazało się, że ojciec cierpiał na chorobę afektywną dwubiegunową. To go oczywiście nie tłumaczy, ale pewne sprawy wyjaśnia. Nie leczył się, bo w latach siedemdziesiątych trudno było o odpowiednią diagnozę. Wielokrotnie próbował popełnić samobójstwo. Poza domem był zupełnie innym człowiekiem: eleganckim, dobrze wychowanym.

Dlaczego nikt wam nie pomógł? Mieszkałyście w niewielkiej toskańskiej miejscowości. W małych miasteczkach wszyscy wszystko o sobie wiedzą.

Ta sytuacja była społecznie akceptowana. Nikt nie chciał wtrącać się w nasze życie rodzinne. Oczywiście, że widzieli siniaki, słyszeli krzyki. Cisza pokrywała nasz ból, ludzie odwracali oczy. Rodzinie pozostawało poczucie wstydu, o którym już mówiłam. Szukałyśmy pomocy u rodziny ojca. Moja mama była jedynaczką, jej ojciec zginął podczas wojny. W Orbetello mieszkały dwie siostry ojca, każda z nich miała męża. Zdarzało nam się biec do nich, gdy ojciec demolował mieszkanie. Usłyszałyśmy, że ojciec może robić w domu to, na co ma ochotę. Gdy pewnej nocy, w piżamach, z kotem pod pachą, pobiegłyśmy na posterunek karabinierów, poradzili nam, żebyśmy zaopiekowały się ojcem, zrobiły mu coś pysznego do jedzenia i będzie dobrze. To potęgowało nasz wstyd. Panowało przekonanie, że mężczyzna zawsze ma rację. Tak wychowana została moja matka. Robiła dobrą minę do złej gry, a my razem z nią. Udawałyśmy, że mamy siniaki, bo o coś się uderzyłyśmy lub upadłyśmy przez nieuwagę. Na zewnątrz starałyśmy się pokazać nasze rodzinne szczęście.

Twoja mama nigdy nie próbowała odejść od twojego ojca?

Spróbowała raz. Dowiedział się, groził, że nas zabije. Mógł być do tego zdolny. Mama była delikatna, krucha, dała nam wiele miłości. Zawsze miałam poczucie, że powinnam ją chronić. Wydawała się taka bezbronna.

Najgorsza jest obojętność i społeczna akceptacja. Na całym świecie wiele kobiet codziennie cierpi z powodu przemocy domowej. Czytałam, że we Włoszech w ubiegłym roku z ręki partnera zginęło 68 kobiet.

Przemoc wobec kobiet nie ustaje, ale spada akceptacja społeczna wobec takich zachowań. Powstały ruchy społeczne, stowarzyszenia, które oferują pomoc i wsparcie. Kobiety dowiadują się, że nie muszą cierpieć w milczeniu i godzić się na wszystko. Mają prawo do spokojnego i godnego życia. Staram się angażować w pomoc. Napisałam tę książkę, by każdy, kto znajdzie się w podobnej sytuacji, przekonał się, że nie wolno milczeć. Chciałam dodać odwagi cierpiącym kobietom, żeby zrozumiały, że muszą mieć odwagę, by odejść i zacząć nowe życie. Na spotkaniach autorskich opowiadałam wielokrotnie, że poprzez moje doświadczenie pokazuję, że z takiej sytuacji można wyjść. Kobiety powinny uciekać, gdy tylko pojawią się pierwsze oznaki przemocy w rodzinie.




Emma została zgwałcona przez ojca i zaszła z nim w ciążę… Ty zostałaś zgwałcona i zaszłaś w ciążę z ojcem.

O tym najtrudniej było mi napisać. Starałam się to zrobić możliwie delikatnie. Przed laty, gdy to się stało, nie byłam w stanie nic zrobić, nie mogłam od niego uciec, byłam bezradna. Był silnym człowiekiem, a choroba psychiczna, paradoksalnie, w pewnych momentach potęgowała jego siłę fizyczną. Potem okazało się, że jestem w ciąży. Dziecko rosło we mnie. Nie powiedziałam matce, co się stało – o tym, że ojciec mnie zgwałcił i to jego dziecko. Zwierzyłam się tylko mojej siostrze. Byłam w czwartym miesiącu ciąży, nie można było już zrobić aborcji. Kryłam się więc z ciążą i z porodem, jakby to była moja wina. Musiałam oddać syna do adopcji, a gdy dorosłam długo go szukałam. Nie chciałam mieć dzieci, dopóki go nie znajdę. Nie udało się. Gdybym mogła wybierać, nie urodziłby się, ale to wciąż mój syn. Nadal chciałabym się dowiedzieć, co się z nim stało.

Wiele osób mnie pytało, czy było więcej napaści seksualnych ze strony ojca. Była tylko jedna. Stałam się wobec niego agresywna, pełna złości. Przeciwstawiałam mu się, zbudowałam wokół siebie mur. Byłam jak żołnierz na wojnie. On był zaborczy, nie pozwalał mi wychodzić z domu. Moje koleżanki ze szkoły chodziły na dyskoteki, jeździły na wycieczki. Ja nie. Dużo czytałam, zaczynałam już pisać i marzyłam o tym, by wyrwać się z domu. Zakochałam się i w wieku 20 lat wyszłam za mąż. To była jedyna możliwa forma ucieczki. Pozostałam jednak wtedy niedaleko, na tyle blisko, by nadal móc chronić matkę.

Opowiedziałaś mężowi, co się wydarzyło w twoim życiu?

Tak. Wyjaśniłam mu, dlaczego nie chcę mieć dzieci.

Masz jednak córkę.

Urodziła się wiele lat później, w szczególnym czasie. W tym samym roku zmarła na raka moja mama, miała 55 lat. Półtora miesiąca po niej umarł ojciec. Córka dała mi niezwykłą siłę do życia.

Opowiedz jeszcze proszę o Marghericie, drugiej bohaterce twojej książki.

To matka mojego dziadka ze strony mamy. Jako młodziutka dziewczyna zakochała się i zaszła w ciążę. Urodziła syna. Rodzina i sąsiedzi uznali ją za dziwkę. Margherita postanowiła więc wyjechać do Ameryki, żeby zarobić pieniądze i przeznaczyć je na wychowanie syna. Zostawiła chłopczyka w klasztornym oknie życia i ruszyła za ocean. Poznałam ją z opowieści mojej babci, żony tego chłopca, którego porzuciła z konieczności Margherita. W Stanach dwukrotnie wyszła za mąż i otworzyła sieć pralni. Była inteligentną, piękną kobietą. Nigdy nie pogodziła się z tym, że zostawiła Amelia, ale nie mogła wrócić, pozostawała zależna najpierw od jednego, potem od drugiego męża, urodziła pięcioro dzieci. Przysyłała z USA listy i pieniądze. Dziadek zginął na wojnie, w 1945 r., ale Margherita utrzymywała długo kontakt z moją babcią i mamą. Mam z moją prababką wiele wspólnego.

Przebaczyłaś ojcu? W książce nie używasz słowa „ojciec”, piszesz o nim „on”.

Nie, nie przebaczyłam, ale mogę powiedzieć, że nie czuję do niego nienawiści. Jego ojcostwo to jedynie sprawa krwi. Używałam podczas pisania zaimka „on”, by nabrać dystansu, tak było mi łatwiej. Ale podczas pracy nad książką wylałam wiele łez, czułam jego obecność. To przerażające, że boisz się kogoś, kto już nie żyje. Gdy moja córeczka miała półtora miesiąca, poszłam z nią do szpitala na badania. W oknie szpitalnego skrzydła gdzie mieścił się oddział psychiatryczny zobaczyłam ojca. Palił papierosa. Był cieniem tamtego mężczyzny, którego pamiętałam, pożałowałam go jako człowieka, ale się nie zatrzymałam. Było już za późno dla mnie, by być jego córką.

Czy wracasz do miejsca, gdzie się wychowałaś?

Mieszkam tam, uwielbiam to miasteczko, każdy jego zakątek. Nie spotykam się jednak z rodziną ojca. Byli na mnie wściekli za książkę, którą napisałam. Nie chodzę na cmentarz, na jego grób, choć siostra mnie czasem namawia. Nie interesuje mnie to, nie mam zamiaru robić już niczego „dla ludzi”.

Dlaczego nadałaś książce tytuł „Mrówki nie mają skrzydeł”?

Gdy byłam mała, chodziłam często obserwować mrówki. Są małe, ale niezwykle silne, nie poddają się łatwo, z determinacją dążą do celu. Są też świetnie zorganizowane. Nie mają skrzydeł, ale sprawiają wrażenie, jakby dzięki swojemu uporowi mogły niemalże latać. My kobiety, tak samo jak mrówki, choć pozornie kruche, jesteśmy silne i wytrwałe. Pracujemy ponad siły dla rodziny, znosimy największe upokorzenia, ale z uporem i odwagą idziemy do przodu. Jeśli będziemy się wzajemnie wspierać i nie pozwolimy się krzywdzić, wiele osiągniemy.

Z Silvą Gentilini rozmawiała Beata Zatońska

„Mrówki nie mają skrzydeł”, Silva Gentilini, (Le formiche non hanno le ali), tłumaczenie: Ewa Trzcińska, ISBN 978-83-961074-5-9, wydawnictwo Fame Arte

Zdjęcie: Fame Art, materiały prasowe