Marek Zagańczyk „Cyprysy i topole” (MG)


Trudno nie zachwycać się prozą podróżną Marka Zagańczyka, ale trzeba być przygotowanym na natłok erudycyjnych odniesień, które lektury nie ułatwiają. Autor wędruje bowiem geograficznie i literacko, nieustannie przeplata swoje wrażenia i relacje swych wędrujących poprzedników.

Marek Zagańczyk miał niełatwe zadanie, sam sobie bowiem bardzo wysoko ustawił poprzeczkę. Swoją poprzednią książką wszedł do kanonu literackich podróży po Włoszech. „Droga do Sieny”, wydana w roku 2005, stała się punktem odniesienia dla wędrujących intelektualistów, pisano o niej i mówiono jako o nowej jakości literackiej w podróżopisarstwie. Trudno mierzyć się z legendą, a ta niewielka książeczka niewątpliwie nabrała wartości niemal symbolicznej. Zagańczyka ustawiono w jednym szeregu z wędrującymi pisarzami tej miary co Iwaszkiewicz czy Herbert, szeroko rozpisywano się o jego talencie i pisarskich umiejętnościach.
Po kilku latach milczenia Marek Zagańczyk znów wybrał się w literacką podróż do Włoch. I znów powstała książeczka niewielka, ale nasycona treścią. Na nieco ponad stu stronach znalazło się miejsce dla dwudziestu rozdziałów, miniaturowych opowieści o jakimś miejscu, człowieku czy wędrownym doświadczeniu. Tym razem szkicom włoskim towarzyszą refleksje na temat miejsc znacznie nam bliższych geograficznie. Zapowiada to już tytuł, są w nim wszak południowe cyprysy i północne topole. A zatem Europa spójna, wspólna, połączona tą samą pasją poznawania, przeżywania, współuczestniczenia w wielkim dziedzictwie.

Jak poprzednio łączą się w tej opowieści piękne opisy przyrody, bardzo osobista narracja i niezwykłe oczytanie autora. Językowo Marek Zagańczyk potrafi czarować i uwodzić. Bywa bardzo poetycki, jego opisy stopniują emocje, podkreślają subtelność otaczającego świata. To naprawdę mistrzostwo. Szkoda tylko, że autor nie pozwala sobie na więcej siebie w swoich tekstach. Nawet jeśli odkrywa rąbek swoich emocji, za chwilę skrywa się za cudzymi wspomnieniami, cytatami innych podróżników. Obudowuje się murem swojej erudycji tak bardzo, że chwilami lektura jego książki przypomina stąpanie po cudzych śladach. O ile na początku wprawia to w rodzaj czytelniczej euforii, bo niewiele jest dziś tak mądrych książek, o tyle z każdą stroną, z każdym kolejnym rozdziałem coraz bardziej nuży lub irytuje. Akceptuję konwencję, którą przyjął Marek Zagańczyk, ale wolę go w tych fragmentach, w których to on patrzy na świat, a nie jego zasłużeni poprzednicy.

Magdalena Giedrojć