Gianlorenzo Bernini. Celebryta, który stworzył Rzym (MG)


Barokowy Rzym – to nie było miłe miasto. Potężne rzymskie rody prowadziły wyniszczające wojny o wpływy. Nie cofano się przed kradzieżą ani przemocą, a zbrodnie i mroczne występki królowały i w biednych zaułkach, i w pozłacanych salonach. Z biegiem lat coraz piękniejsze miasto spowijały coraz okrutniejsze intrygi. Trzeba było wielkiej przebiegłości i sprytu, a nierzadko też bezwzględności, by utrzymać się na powierzchni.
Bernini doskonale odnajdował się w tym fascynującym świecie gwałtownych emocji i skrajnej hipokryzji. Miał nie tylko nieprzeciętny talent, lecz także instynkt salonowego drapieżnika. Wytworny i czarujący, ale gdy zaszła potrzeba, atakował bez ostrzeżenia. Za jego wdziękiem skrywały się zazdrość, namiętność i zemsta. Jak mało kto rozumiał, że aby być w centrum wydarzeń, nie można zdawać się na przypadek.

Gianlorenzo był synem toskańskiego rzeźbiarza Pietra Berniniego, który z rodzinnych stron przeniósł się do Neapolu. Ożenił się z neapolitanką Angelicą Galante i w 1598 roku został ojcem przyszłego geniusza. Siedem lat później rodzina przeniosła się do Rzymu, ponieważ Pietro rozpoczął prace rzeźbiarskie w Santa Maria Maggiore. Chłopiec obserwował ojca przy pracy, uczył się, rysował, zaczynał rzeźbić. Wieść o młodym pomocniku Pietra dotarła do papieża, który zapragnął zobaczyć chłopca. I tu rozpoczyna się pierwszy akt oszałamiającej kariery człowieka, który – jeśli przyjrzymy się dokładniej – stworzył nie tylko znany nam dziś Rzym, ale również wzór salonowego bywalca, bohatera masowej wyobraźni. Był barokowym celebrytą, który świetnie wiedział, jak sobie pomóc w życiu. Oto jego recepta na sukces.

Po pierwsze: zrobić wielkie wejście
Kilkuletni chłopiec stanął przed obliczem papieża, który, ciekaw umiejętności dziecka, poprosił go o narysowanie głowy. Spodziewał się zapewne, że zobaczy bezimienną, może jeszcze odrobinę nieudolną twarz, jaką zwykle rysują bardziej uzdolnione plastycznie dzieci. Ale nie Bernini! Chłopiec zaskoczył wszystkich zgromadzonych szczegółowymi pytaniami: o jaką konkretnie głowę chodzi, co życzy sobie ujrzeć papież. Ten, nieco rozbawiony powagą młodego artysty, podniósł poprzeczkę i poprosił o głowę św. Pawła. Pół godziny później oglądał zachwycający rysunek. Czy to się mogło skończyć zwykłą pochwałą? Oczywiście, że nie! Ojciec Święty obdarował Gianlorenza dwunastoma złotymi monetami i zlecił kardynałowi Maffeo Barberiniemu opiekę nad chłopcem. Bernini zachował monety do końca życia, by przypominały mu o pierwszym wielkim sukcesie. A troskliwy kardynał sam wkrótce stał się papieżem i nie zapomniał o swym podopiecznym.

Po drugie: obdarowywać właściwe osoby
Bernini szybko odkrył, że przyjaźń osób możnych i wpływowych może zdziałać cuda. Tę pierwszą istotną naukę przyjął do serca i pamiętał o niej do końca swych dni. Zawsze miał wokół siebie odpowiednich mecenasów, których rozpieszczał swym talentem. W zamian otrzymywał stosowne wynagrodzenie, a także – a może przede wszystkim – swego rodzaju immunitet, chroniący go przed nieprzychylnością losu. Nigdy nie odmawiał ważnym osobistościom. Dlatego gdy dzieł Berniniego zapragnął wielki kolekcjoner, kardynał Scipione Borghese, młody mistrz przystąpił do pracy. Wykonał cztery rzeźby, z których każda zasługuje na miano arcydzieła. Najpierw był Eneasz i Anchizes z chłopcem Askaniuszem, potem pojawili się: Pluton i Prozerpina, Dawid oraz Apollo i Dafne. Wszystkie rzeźby powstały w ciągu zaledwie sześciu lat, a gdy Bernini przedstawiał ostatnią z nich, nie miał nawet trzydziestki. Trudno w to uwierzyć, gdy dziś ogląda się je w Galerii Borghese.


W rękach Gianlorenza marmur stawał się miękki i namiętny, postacie unosiły się nad ziemią, wirowały, tańczyły, biegły. Pluton obejmuje władczym gestem Prozerpinę, ona szarpie się, wyrywa, ale jego silna dłoń wbiła się już w jej ciało i nic nie wskazuje na to, by zechciał odpuścić. Znamy tę historię – wiemy, że mroczna namiętność Plutona zwycięży. Bernini pokazuje jednak moment, gdy jeszcze nic nie jest przesądzone, gdy jeszcze może zdarzyć się cud. Może taki, jak ten, który przytrafił się Dafne, gdy uciekała przed pożądaniem Apolla. Jego ręce już jej dotykają, bóg już pewnie czuje się zwycięzcą, ale oto ciało dziewczyny zmienia się w drzewo, a dłonie rozwiewają się szumem liści na wietrze. Chwila przemienienia; udana, choć tragiczna, ucieczka przed gwałtem. Prozerpina uległa, Dafne ocalała. Obie zachwycają w swych rzeźbiarskich wcieleniach. Bernini sprawił, że mitologiczne opowieści nabrały rumieńców, stały się zmysłowe, prawdziwe, dramatyczne. Pasja i żywioł. Marmur, który żyje!



Po trzecie: odrzucać sentymenty
Nie sposób odmówić temu człowiekowi geniuszu. Wydobył z marmuru oddech i namiętność. Pokazał, że rzeźba może być miękka i gwałtowna, wirująca i zmysłowa. Zniewalająco piękna, tak inna od wszystkiego, co powstało wcześniej. On nie rzeźbił – on malował dłutem.

Rzeźby nie były jednak w całości dziełem Berniniego, o czym bardzo szybko zapomniał. Urzekające lekkością gałązki i liście, w które na naszych oczach przeobraża się uciekająca Dafne, stworzył mniej znany rzeźbiarz, asystent Gianlorenza – Giuliano Finelli. Mistrz błyskawicznie wyparł to z pamięci i przyjmował wszystkie pochwały, również te za pracę, której nie wykonał. Niestety, nie był to wyjątek. Artysta nie lubił konkurencji, chciał być jedynym mistrzem, królem sztuki i salonu. Nieraz korzystał z cudzej wiedzy i pomocy. Nie dziękował, nie dbał o sprawiedliwe rozliczenia i ocenę. Brał, co uważał za potrzebne. A potem w blasku pochwał stawał sam.

Tak było z jego największym rywalem, Francesco Borrominim, który w dziedzinie architektury nie tylko nie ustępował Berniniemu, lecz – zdaniem wielu – wręcz go przerastał. Nie miał jednak talentu do autopromocji, na dodatek bywał gwałtowny i mało subtelny. Musiał przegrać w pojedynku z czarującym Gianlorenzem. Zaczynali jako współpracownicy przy ozdabianiu Bazyliki Świętego Piotra w Watykanie. Bernini doceniał wiedzę i umiejętności kolegi, przyglądał się jego pracy, uczył się, korzystał z fachowej pomocy. Ale kiedy przychodziło do zaszczytów i nagród, zapominał o wspólniku swego sukcesu. To nie mogło się skończyć dobrze. Panowie szybko się rozstali, by przez kolejne dziesięciolecia toczyć ze sobą wyniszczającą wojnę na śmierć i życie. Borromini walczył na argumenty i projekty, Berniniemu zdarzało się sięgać po nieszlachetny oręż, jak na przykład wtedy, gdy we wpływowym towarzystwie szepnął o sztuce Borrominiego zaledwie jedno, ale za to straszliwe słowo: „gotyk”. W tamtych czasach to był cios w samo serce.

Po czwarte: nie wybaczać zdrady
Kiedy Maffeo Barberini stał się papieżem Urbanem VIII, Bernini zyskał największego sojusznika, o jakim można było w tamtych czasach marzyć. Ojciec Święty zadbał o to, by jego genialnemu podopiecznemu nie zabrakło pracy. Powierzył mu stanowisko głównego architekta Watykanu. Nad rzeźbą Matyldy Toskańskiej w Bazylice Świętego Piotra Gianlorenzo pracował wraz z bratem Luigim, pomagał mu także Matteo Bonarelli. Nie był on wielkim rzeźbiarzem i pewnie nikt by o nim nie usłyszał, gdyby nie jego żona Costanza, która zawróciła w głowie samemu mistrzowi. Bernini był wrażliwy na kobiece wdzięki, a żona współpracownika była naprawdę piękną kobietą. I tak zaczął się gorący romans. W dowód swych uczuć Gianlorenzo wyrzeźbił popiersie namiętnej kochanki, pełne subtelnej zmysłowości. Nie wziął jednak pod uwagę, że skoro piękna Costanza zdradziła męża, to może zdradzić również swego adoratora; na dodatek z jego własnym bratem Luigim. Urażona duma, niespełniona namiętność, zdrada – to wszystko sprawiło, że Bernini oszalał z wściekłości. Gdyby nie interwencja matki, zapewne zabiłby swego brata. Kiedy Luigiemu udało się uciec, gniew Gianlorenza skierował się na niewierną kochankę. Nakazał swemu służącemu, by oszpecił Costanzę. Mistrzowi wolno było odebrać kobietę innemu mężczyźnie, inni nie mieli takiego prawa. Kara musiała być sroga. W efekcie awantury Luigiego wypędzono z miasta, a Costanza bezpowrotnie straciła urodę. Berniniego ukarano zaledwie grzywną. Możni opiekunowie po raz kolejny zadbali o genialnego pupila, pewnie po cichu zazdroszcząc mu odwagi i pasji, z jaką wymierzał sprawiedliwość.


Po piąte: zawsze wracać na szczyt
Choć przygoda miłosna nie skończyła się dla Berniniego groźnie, wkrótce po nieszczęsnym zajściu z Costanzą i Luigim szczęście odwróciło się od artysty i zaczęły się kłopoty w Watykanie. Projekty dzwonnic okazały się za ciężkie, bagniste tereny pod Bazyliką nie wytrzymały takiego obciążenia. Pojawiły się pęknięcia, a wraz z nimi ożywili się wszyscy przeciwnicy Berniniego, cierpliwie oczekujący na potknięcie mistrza. Teraz nadszedł właściwy moment, więc ruszyli do ataku. Oskarżony bronił się, ale przegrał. Dzwonnicę zburzono, projekt zakończono. Po sprawie? Absolutnie nie!

Przeliczyli się ci, którzy myśleli, że architektoniczna klęska będzie oznaczać odejście Berniniego. Owszem, artysta przeżywał swój upadek, wpadł nawet w depresję, ale nie przestał pracować. Nie brakowało mu zleceń, nadal miał ważnych przyjaciół, którzy pragnęli jego dzieł. Powrót mistrza był tylko kwestią czasu.

Już jako dojrzały mężczyzna i doświadczony artysta, stworzył dwa genialne dzieła, które wystarczyłyby, aby jego nazwisko zapisało się złotymi zgłoskami w historii światowego piękna. Rzeźba Ekstaza św. Teresy w kościele Santa Maria della Vittoria nawet dzisiaj bulwersuje i zachwyca, prowokuje do pytań i rozmyślań, przywodzi na myśl rozkosze ciała i ducha, najwyższe uniesienia dane człowiekowi. Z kolei kolumnada na Placu Świętego Piotra w Watykanie stała się wcieleniem ideału Kościoła, który obejmuje swymi troskliwymi ramionami cały świat i wszystkich ludzi. Otaczające plac kolumny to kwintesencja piękna, harmonii i geniuszu.

Epilog: mistrz salonowego świata
Gianlorenzo Bernini był geniuszem – co do tego nikt nie może mieć wątpliwości. Nie osiągnąłby jednak tak wiele, gdyby nie jego niezwykła umiejętność walki o siebie. To jej zawdzięczał popularność, towarzyskie kontakty i świetnie wynagradzane zlecenia. Równie uzdolniony Borromini, któremu brakowało lekkości i salonowej finezji, nie miał szans zajść tak daleko. Do końca życia zmagał się z nieprzychylnością wpływowych sfer towarzyskich.

Berniniemu sprzyjało także niezwykłe wyczucie chwili. Niczym Hitchcock stopniował napięcie, organizował mniejsze i większe trzęsienia ziemi, zaskakiwał, oszałamiał. Wciągał swych zleceniodawców w drobne pułapki, jak wtedy, gdy rozstrzygały się losy fontanny na Piazza Navona. Nie brano go pod uwagę jako twórcy, gdyż następca Urbana VIII, Innocenty X, był przychylny jego konkurentom. Jednakże Bernini przygotował makietę swojego projektu i zadbał o to, by papież dostrzegł ją podczas odwiedzin u rodziny. Podstęp się udał: koncept zachwycił papieża i przekonał do zatrudnienia Berniniego przy Fontannie Czterech Rzek.

Pod koniec życia Bernini przestał być drapieżnikiem – zaczął pracować dla przyjemności. Jego syn wspominał w poświęconej ojcu biografii, że przy ostatnich projektach przestał ścigać się sam ze sobą i cieszył się swoimi dziełami. Wreszcie poczuł się spełniony. Kiedy dostał udaru i stracił władzę w ręce, był zadowolony, że wreszcie odpocznie. Zmarł 28 listopada 1680 roku, pogodzony, spokojny, przygotowany na odejście.

Pozostał nam Rzym Berniniego: miasto pełne architektonicznych cudów, urokliwych fontann, oszałamiających kościołów i zapierających dech w piersiach rzeźb. Miasto pełne pasji, okrutne i namiętne, piękne i zachwycające. Zmienne i niejednoznaczne. Niezwykłe – jak Bernini.

Magdalena Giedrojć

Tekst pierwotnie ukazał się w dwumiesięczniku „La Rivista” 2013, nr 4, s. 20-27.