Piranesi. Król rzymskich ruin (MG)


W XVIII wieku jego ryciny odgrywały mniej więcej taką samą rolę, jak pocztówki w wieku XX czy fotki z Facebooka dzisiaj. Przede wszystkim przybliżały odległy świat, przy okazji jednak – podobnie jak podretuszowane widokówki czy poprawione zdjęcia – dyskretnie go modyfikowały, tworzyły obraz prawie zgodny z rzeczywistością, choć to „prawie” potrafiło naprawdę wiele zmienić. I tak jak dziś wyprawa do Rzymu może przynieść rozczarowanie, gdy Koloseum okazuje się nie tak monumentalne, jak na lekko zmontowanych zdjęciach, które krzyczą do nas z każdego internetowego zaułka, tak dawni podróżnicy bywali rozczarowani, gdy po rzymskich obrazkach Piranesiego oglądali prawdziwy Rzym. To zdecydowanie nie było to samo miasto. Brakowało mu tajemnicy, monumentalności i nastroju…

A wszystko dlatego, że Giovanni Battista Piranesi miał niezwykłą umiejętność budowania atmosfery. Bez względu na to, czy rysował słynne Koloseum, bezimienne ruiny czy wyimaginowane przestrzenie więzienne, było w tym mistrzostwo nie tylko samej kreski, lecz także twórczej wizji i emocji. Rzadko kiedy miejskie widoki budzą tak silne przeżycia. Zachwyt miesza się z niepokojem, radość z niepewnością, pięknu towarzyszy złowieszczy pomruk przemijania. Nic dziwnego, że w jego grafikach zakochali się romantycy, że poszukiwali ich miłośnicy gotyckich spiętrzeń i kontrastów. Obcowanie z Rzymem Piranesiego jest niebezpieczne. Im bliżej podchodzimy, tym bardziej demoniczne stają się budowle. Człowiek znika gdzieś w tle, stanowiąc jedynie dekorację dla pełnej napięcia opowieści o drugim życiu kamieni; o ruinach, które walczą z naturą o prawo do przeżycia. To nie jest gładka historia z dobrym zakończeniem. Kiedy walczą ze sobą żywioły, kiedy natura ściera się z cywilizacją, muszą być ofiary. Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że natura i cywilizacja jakoś dojdą do porozumienia, czas dogada się z przestrzenią i tylko człowiek pozostanie wykluczony, już na zawsze gdzieś na marginesie Miasta i jego historii.

Wenecjanin w stolicy
Wielki piewca Rzymu nie był rzymianinem. Urodził się w 1720 roku w Mogliano w regionie weneckim. Młodość spędził w Wenecji, niewiele jednak wiadomo o tej części jego życia. Na pewno zdobywał wiedzę z zakresu architektury, scenografii i historii starożytnej. Wpływ na jego zainteresowania mieli bez wątpienia zarówno brat matki Matteo Lucchesi, który był inżynierem i architektem, jak i brat samego artysty, Angelo, mnich z zakonu kartuzów.

Młody, 20-letni Giovanni opuścił rodzinne strony i wyjechał do Rzymu, gdzie na początku korzystał z opieki weneckiego wysłannika Marca Foscariniego. Pierwsze spotkanie z Wiecznym Miastem nie przyniosło artyście wielu zleceń, dlatego po trzech latach zdecydował się wrócić do Wenecji. Rzym nie pozwolił mu jednak na tę ucieczkę, zbyt głęboko wgryzł się w duszę Giovanniego. Wkrótce Piranesi ponownie zawitał do Wiecznego Miasta i pozostał w nim do końca życia, choć po drodze zdarzało mu się gdzieś wyjechać, na przykład do Paestum, gdzie greckie świątynie zainspirowały go do stworzenia kolejnych rycin.

Jednym z pierwszych wizjonerskich dzieł Piranesiego był cykl Więzienia wyobraźni. Pomysł powstał podczas pobytu w Wenecji, ale dopełnił się już po powrocie do Rzymu, w 1745 roku. Kilkanaście lat później, w roku 1761, ukazała się druga edycja, uzupełniona i poprawiona przez Piranesiego. Jak wskazuje tytuł, nie są to więzienia prawdziwe – powołał je do życia sam artysta. Wystarczy rzut oka, by poczuć dławienie w gardle i niepokój w żołądku. Oto bowiem rozpościerają się przed nami ogromne przestrzenie, niczym stare fabryki, pełne niedokończonych schodów, urwanych przejść, zawieszonych pod sufitem nieokreślonych konstrukcji, łuków, przęseł, ogromnych drewnianych belek, które zdają się gotowe do upadku. Prawie nie ma tu krat, ale wydostanie się z tej zapętlonej rzeczywistości wydaje się niewykonalne. Przestrzeń, która osacza; surrealistyczna sceneria filmu grozy. Gdzieś w tym wszystkim są ludzie, przemykają chyłkiem po schodach, spoglądają z urwanych balkonów, snują się w oddali. Kiedy zaczyna być ich zbyt wielu, przestrzeń staje się jeszcze bardziej demoniczna, ociera się niemal o bramy piekielne. Zaiste trzeba mieć wyobraźnię, by stworzyć takie więzienie.

Zrujnowany pejzaż
Choć cykl więzienny robi piorunujące wrażenie, największą sławę Piranesi zdobył dzięki swym widokom rzymskim. Pogrupowane w różne cykle, różnie nazywane, powstające przez całe życie artysty w ilościach przewyższających normę, niezmiennie pozostawały autorskim spojrzeniem na Rzym. Spojrzeniem pełnym miłości do rzymskiej historii, subiektywnym i naznaczonym pasją, dalekim od ogólnie przyjętych sposobów portretowania Wiecznego Miasta. To nie piękne fasady i wypolerowane place stoją w centrum tych rycin, lecz ruiny: ogromne, posępne, żyjące własnym życiem. Monumentalni świadkowie przeszłości.


Na pierwszy rzut oka wszystko jest w porządku. Tu Koloseum, tam Panteon. Na jednej rycinie świątynia, na drugiej łuk, dalej jakaś kolumna, obelisk i portyk. Można rzec: zestaw obowiązkowy dawnego Rzymu. A jednak kiedy spojrzeć dokładniej, coś się nie zgadza. Koloseum niemal wychodzi z obrazu, Panteon rośnie monstrualnie, wypełniając całą przestrzeń, łuk zakrywa niebo, a strzaskana kolumna staje się ważniejsza niż wszystko inne na obrazie. Do tego jeszcze powykrzywiane drzewa wciśnięte w każdy zrujnowany zaułek, rośliny nadgryzające klasyczne piękno, nieuporządkowany świat wokół i maleńcy ludzie, pochłonięci swoimi sprawami, nie zauważający rozgrywającego się na ich oczach spektaklu, niewidzący walki między przeszłością a przyszłością.

Piranesi wybiera sobie pewne zabytki, najchętniej te, którym czas zdążył już wyrządzić trochę krzywdy, nadgryźć je i pozbawić fasonu, po czym ustawia je w centrum swojej miejskiej opowieści. To właśnie one stanowią o urodzie Rzymu, to one są Rzymem. Reszta to tylko dodatek, malownicze otoczenie. Artysta wiele uwagi poświęcał poznaniu każdego rysowanego obiektu. Studiował go za dnia i nocą, gdy świat stawał się odrealniony, bardziej emocjonalny, a poetyckie starożytności nabierały drapieżności. To działało na wyobraźnię. Jego ryciny dzieją się za dnia, ale niektóre przerysowania, kontrasty i niepokoje są niczym z nocnego spaceru. Rysował to, co wiedział o zabytku, to, co widział i to, co czuł, spoglądając na kamienne osamotnienie ruin. Idealna synteza.


Pracowity kreator wyobraźni
Mówi się o ponad dwóch tysiącach rycin, które stworzył. Pracował dużo, ale mądrze. Umiał odnaleźć się i jako artysta, i jako popularyzator swych dzieł. Prowadził pracownię w centrum miasta, założył własną drukarnię. Za posag otrzymany po ślubie z Angeliką Pasquini kupił płyty miedziane do wykonywania rycin. Pracował i żył gorączkowo, zapalczywie, choć bez skandali.

Próbował swych sił również jako architekt – ślady jego architektonicznej działalności zobaczyć można na Awentynie, przy Pałacu Maltańskim, przy słynnej dziurce od klucza, przez którą można zobaczyć piękną panoramę Rzymu zwieńczoną watykańską kopułą. Piranesi zmarł w 1778 roku i został pochowany w pobliskim kościele Santa Maria del Priorato, nad którym również pracował. Trzeba sobie jednak uczciwie powiedzieć, że do historii przeszedł nie jako architekt; jego realizacjom daleko do wybitności. Mistrzostwem były ryciny – zrujnowane wizje Rzymu, demoniczne więzienia, malownicze weduty z niepokojem w tle, architektoniczne opowieści o świecie, który przeminął. Piranesi był wielbicielem Rzymu, który na zawsze związany jest ze swoją historią, kontynuujący swą starożytną chwałę, dumny i walczący o siebie. Rzymu, który nie przemija. Miasta, które trwa wbrew wszelkim przeciwnościom. Wiecznie.

Magdalena Giedrojć

Tekst ukazał się pierwotnie w dwumiesięczniku „La Rivista” 2015, nr 17, s. 60-65.