Natalia Moskal: Lubię włoski styl życia, celebrowanie codzienności

Wokalistka Natalia Moskal mieszka teraz we Włoszech i tam kontynuuje swoją karierę muzyczną, którą rozpoczęła w Polsce. Wydała niedawno płytę pt. „There Is a Star”, która wzbudziła duże zainteresowanie we włoskich i polskich mediach. Album zawiera 14 piosenek znanych m.in. z włoskiego powojennego kina, w nowych aranżacjach Jana Stokłosy. Italiankom opowiada o tym, jak się żyje we Włoszech, o fascynacji Sofią Loren i muzycznych projektach. „There Is a Star” to trzeci album w karierze Natalii Moskal.


Spotkałyśmy się dwa lata temu z okazji premiery płyty „Iłłakowiczówna. Bunt młodości”, na której śpiewała pani wiersze poetki do muzyki Jana Stokłosy. I niedługo potem zaczął się włoski rozdział pani kariery. Najpierw był świetnie przyjęty singiel „(Im)Perfetta”, a teraz jest płyta „There Is a Star” z włoskimi piosenkami. Idzie pani jak burza… Jak to się stało, że znalazła się pani we Włoszech?

Pojechałam do Mediolanu trzy lata temu na wymianę studencką i dokończyłam studia magisterskie. Zapragnęłam tam zostać. Wybór kraju nie był przypadkowy. Szukałam powodu, by zacząć tam żyć, sprawdzić, czy mi to odpowiada na dłużej. Studia to był świetny pretekst. Bardzo mi się we Włoszech spodobało. Zostałam.

Lubię włoski styl życia, celebrowanie codzienności. We Włoszech tak normalnie, bez pandemii, życie toczy się na ulicy, w barach, kafejkach, restauracjach. Ludzie są bardzo przyjaźni, otwarci.


Po singlu „(Im)Perfetta”, który nie był związany z żadnym albumem, miałam ochotę wydawać kolejne autorskie utwory we Włoszech. Przyszła jednak pandemia i wiele się zmieniło. Okazało się, że jest czas na to, by zrobić płytę, o której myślałam od pięciu lat. Wszyscy muzycy mieli wolne miejsca w kalendarzu, nie grali koncertów. Zdecydowaliśmy więc z Jankiem Stokłosą, że robimy album. Każdy nagrywał osobno, Janek zrobił aranże w u siebie w domu. Spotkaliśmy się dopiero, jak nagrywaliśmy wokale. Specyficzne doświadczenie muzyczne, ale ciekawe.

Zanim porozmawiamy o płycie „There Is a Star”, proszę mi jeszcze opowiedzieć o preselekcjach do festiwalu w San Remo w ub.r. To kultowa impreza muzyczna we Włoszech, narodziło się tam wiele karier, wylansowano mnóstwo przebojów. Oglądała pani festiwal?

Od chwili, gdy przeprowadziłam się do Włoch, zaczęłam uważniej śledzić to, co dzieje się w San Remo. Moje serce skradł w 2019 r. Mahmood, który wygrał festiwal z piosenką „Soldi”. Zaśpiewał coś innego, świeżego i przejmującego. Do tej pory w San Remo dominowały piosenki podniosłe, z długimi nutami, w stylu Laury Pausini. Teraz to się zmienia.



Na preselekcje pojechałam z singlem „Im(Perfetta)”, to było jeszcze przed jego premierą. Spędziłam w San Remo cały weekend, bo oprócz selekcji odbywały się tam zajęcia dla piosenkarzy z najlepszymi specjalistami z włoskiej branży muzycznej. Miałam m.in. masterclass z Fabio Ingrosso, który uczył nas, jak zachowywać się na scenie, jak walczyć z tremą i jak najlepiej się zaprezentować. Były też m.in. zajęcia z prawa autorskiego. Nie udało mi się zakwalifikować, miałam tremę, a konkurencja była ogromna. Myślę też, że największą szansę na udział w festiwalu mają Włosi. Ale spróbuję jeszcze na pewno. Może w przyszłym roku?

Włosi żyją festiwalem w San Remo przez kilka miesięcy...   

To jest dla nich wielkie wydarzenie. Co najmniej na miesiąc przed festiwalem zaczyna się o nim dużo mówić w mediach. Agenci i menadżerowie twierdzą, że nie ma co promować w lutym i w marcu nowych utworów, bo i tak wszystko będzie w cieniu San Remo.

Album „There is a Star” to hołd złożony włoskiej klasyce, piosenkom znanym na całym świecie z filmów. Wymagało to dużej odwagi?

Tak jak mówiłam, od pięciu lat myślałam o takiej płycie. Przy okazji projektu związanego z Iłłakowiczówną poznałam Janka Stokłosę i wiedziałam, że z nim będę mogła spełnić to moje muzyczne marzenie. Chciałam, żeby piosenki były zaaranżowane na orkiestrę. Są tak piękne, że nie ma sensu ich zmieniać, używać elektroniki. Ostatecznie na płycie gra około 20 muzyków. Trudne było dla mnie śpiewanie po włosku, to wielkie wyzwanie. Mój obcy akcent jest słyszalny. Trochę mnie to deprymuje.

Śpiewa pani też po neapolitańsku…

We Włoszech dialekt neapolitański jest uznawany za osobny język, Włosi z innych regionów go nie rozumieją. Musiałam się więc nauczyć tych piosenek fonetycznie. Miałam zajęcia z trenerką, która pomagała mi przygotować się nie tylko pod kątem wokalnym, ale też pod kątem wymowy – włoskiej i neapolitańskiej. Nadal się stresuję, ale wielu włoskich dziennikarzy muzycznych mówi mi, że mój akcent w niczym nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, piosenki nabrały ciekawego, lekko egzotycznego zabarwienia. Dodają mi otuchy i podkreślają, że super, że podjęłam taką próbę. Cieszę się, że są tak otwarci.

Patrzę na okładkę płyty „There Is a Star” i widzę na niej piękną kobietę, czyli panią, wystylizowaną na Sofię Loren, która w zmysłowy sposób je makaron. To płyta poświęcona Loren, prawda?

Tak, nic tu nie jest przypadkowe. Ani tytuł, ani zdjęcia, ani dobór piosenek. W książeczce dołączonej do płyty jest wiele zdjęć, inspirowanych kadrami z filmów, w których zagrała Sofia Loren. Ona jest tą tytułową gwiazdą, ona mnie zainspirowała, ona wcześniej śpiewała piosenki, które znalazły się na płycie.

Dlaczego właśnie Sofia Loren?

Kocham ją jako artystkę, wokalistkę, jest moją wielką idolką. Bardzo ją cenię za pracę, którą musiała wykonać w życiu. Odniosła ogromny sukces, zdobyła międzynarodową sławę, a wywodzi się z bardzo biednej rodziny spod Neapolu. Wychowywała się bez ojca, przeżyła wojnę i z tego wszystkiego udało jej się wykaraskać i dokonać rzeczy pozornie niemożliwych. Bardzo to w niej szanuję. Wiele projektów, w które się angażuję, dotyczy kobiet – tak było w przypadku poezji Iłłakowiczówny i książek Ester Singer Kreitman, siostry Izaaka Singera, które wydałam w wydawnictwie Fame Art.

Przeczytałam autobiografię Sofii Loren i zafascynowała mnie. Zaczytałam tę książkę, znam cytaty z niej, pozaznaczałam sobie wiele inspirujących fragmentów, popodkreślałam wiele zdań. Historia życia, którą Loren opowiada, jest niesamowita, trudno przejść obok niej obojętnie.

Sofia Loren jako kwintesencja włoskiej kobiety?

Jest ikoną, kobietą wciąż bardzo piękną. Loren nie kryje swojego wieku, ma 86 lat i niczego nie udaje. Nadal jest aktywna, ma apetyt na życie. 13 listopada 2020, gdy wyszedł mój album, miał premierę nowy film z Sofią Loren pt. „Życie przed sobą”. Zagrała po 11 latach przerwy, a reżyserem był jej syn. Ta data to zupełny przypadek, ale pięknie się złożyło.

Znak od Sofii?

Próbowałam się z nią skontaktować, ale jeszcze mi się to nie udało. Może wyślę jej płytę.

Jakie cytaty zaznaczyła pani sobie w autobiografii Sofii Loren?

Napisała m.in. słowa, które są też moją życiową dewizą: „wolę jeść makaron i pić wino, niż nosić rozmiar S”. Tych cytatów jest mnóstwo, trudno wybrać kilka. Loren mawia np., że kobieta jest piękna wtedy, kiedy piękną się czuje, bez względu na rozmiar, który nosi, czy kolor włosów. To bardzo ważne zwłaszcza teraz, w czasach Instagrama, gdy liczy się sztuczne podkręcanie urody.



Po pierwszych zdjęciach próbnych do swojego pierwszego filmu Sofia Loren usłyszała, że powinna zoperować nos, bo jest za długi. Namawiał ją do tego też Carlo Ponti, jej ukochany, ale nie zgodziła się. Powiedziała, że woli porzucić karierę filmową i zostać np. nauczycielką, niż pozwolić komuś ingerować w swoją urodę. Trzeba mieć niezwykłą siłę charakteru, by tupnąć nogą i pozostać sobą w przemyśle filmowym.

Jakie kolejne włoskie projekty ma pani przed sobą?

Wydajemy single z płyty „There Is a Star”. Piszę też piosenki, które zaśpiewam po włosku. A w Fame Art ukaże się m.in. przekład książki „Le formice non hanno le ali” (Mrówki nie mają skrzydeł), którą napisała Silvia Gentilini.

Na okładce „There Is a Star” je pani makaron. Zaprzyjaźniła się pani z włoską kuchnią i włoskimi zwyczajami kulinarnymi? Gotuje pani czy tylko je?

Do chwili wyjazdu do Włoch nie gotowałam w ogóle, nie potrafiłam poruszać się w kuchni. Potem zamieszkałam tam i powolutku zaczęłam się uczyć prostych przepisów. We włoskiej kuchni kluczowa jest prostota i to jest wspaniałe, bo można bez problemu nauczyć się robić bardzo pyszne rzeczy. Nadal nie potrafię ugotować rosołu, ale robię pastę i risotto. Przyucza mnie mój chłopak, który doskonale gotuje. Zachęcam go, by napisał książkę kucharską, bo jest bardzo utalentowany.

Mieszka pani w Mediolanie?

Tak, w pięknej dzielnicy Porta Venezia. Lubię to miasto, jest nowoczesne, europejskie i bardzo energetyczne. Choć bardzo podoba mi się o wiele spokojniejsza Werona. Ale w dynamicznym Mediolanie jest więcej pracy i to jest dobre miejsce na rozwijanie kariery muzycznej.

Po włosku zaczyna pani dzień od espresso?

Od cappuccino albo od americano. Kofeinowy szot, który jest w espresso, to dla mnie za dużo. Podziwiam Włochów, że wypijają kilka espresso dziennie. Uczę się ich kulinarnych przyzwyczajeń. I lubię rozmowy o jedzeniu, zawsze i wszędzie. Albo opowiadają o tym, co jedli, albo planują, co będą jedli.

Jest pani teraz przewodniczką po włoskim świecie dla polskich znajomych?

Tak, tłumaczę, że cappuccino pija się do godz. 11, góra do 12, bo Włosi uważają, że picie kawy z mlekiem po obiedzie jest nieeleganckie i niezdrowe. Albo że po godz. 14, po pranzo, restauracje pustoszeją i siedzą w nich tylko turyści, bo Włosi będą jeść dopiero po 19. Celebruję aperitivo, które bardzo lubią mediolańczycy.

Trzymam kciuki za kolejne włoskie projekty. I za koniec pandemii.

Oby się skończyła jak najszybciej. Chciałabym zaśpiewać piosenki z „There Is a Star” na żywo, w Polsce i we Włoszech, marzą mi się koncerty z orkiestrą. A potem chciałabym nagrać kolejne włoskie, autorskie piosenki.

Beata Zatońska

* * zdjęcia w tekście - Adam Romanowski/materiały prasowe