Luca Marinelli: Martin Eden powstawał m.in. w Teatro Bellini w Neapolu

– Neapol jest miastem szczególnym, tyglem kulturowym. Jest bardzo gościnny i przygarnia wszystkich, którzy są na niego otwarci. Pietro Marcello pokazywał nam to miasto, które doskonale zna. Wiele lat tam mieszkał, a urodził się w Casercie. Spędziłem w Neapolu razem z ekipą filmową fantastyczny czas – opowiada aktor Luca Marinelli o pracy na planie filmu pt. „Martin Eden”, który 21 maja wchodzi do kin.

Miłośnicy włoskich filmów znają Lukę Marinellego. Zagrał m.in. Mattię w „Samotności liczb pierwszych” oraz Cygana Fabio w „Jeeg Robot”. Za rolę w „Martinie Edenie” w reż. Pietra Marcello dostał Puchar Volpiego na festiwalu w Wenecji. Ten znakomity aktor ma na swoim koncie wiele innych prestiżowych wyróżnień, m.in. David di Donatello za „Jeeg Robot”.


Jak zaczęła się pana przygoda z „Martinem Edenem”?
Na długo przed tym, jak dowiedziałem się, że będę grał tę postać. Zobaczyłem film Pietro Marcello pt. „Bella e perduta”. Pamiętam do dziś emocje i wzruszenie, które we mnie wzbudził. Pomyślałem od razu, że chciałbym kiedyś pracować z tym reżyserem. I chyba go przyciągnąłem do siebie. Co prawda upłynęły trzy lata, ale liczy się efekt. Zadzwonił telefon i okazało się, że Marcello chce ze mną porozmawiać o nowym projekcie. To był właśnie „Martin Eden”. Tak więc zaczęło się to wszystko od artystycznej fascynacji. Gdy moje marzenie się ziściło, nie posiadałem się z radości.

Czytał pan wcześniej tę powieść Jacka Londona?
Znałem i lubiłem inne książki Jacka Londona. „Martina Edena” miałem na liście do przeczytania. Podczas pracy nad filmem przeanalizowałem tę powieść bardzo, ale to bardzo dokładnie. Czytałem jednocześnie książkę i scenariusz, który na początku liczył 300 stron.

300 stron? To bardzo, bardzo dużo.

Taką objętość miała pierwsza wersja scenariusza. Tekst się zmieniał, ewoluował. Na początku był długi, bardziej gęsty. Przejście od książki do filmu to zawsze długa droga. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że zachowaliśmy ducha pierwowzoru literackiego. To, co widzimy na ekranie, to oczywiście wizja Pietra Marcello. Z książki takiej, jaką jest „Martin Eden”, można zrobić prawie wszystko – spektakl teatralny, serial, film krótkometrażowy. To po prostu arcydzieło, jedna z najpiękniejszych książek, jaka została do tej pory napisana.

Kim jest dla pana Martin Eden?
Martin Eden to wrażliwiec o ogromnej sile woli i przetrwania. Jest empatyczny i ma przy tym niezwykłą, nieposkromioną chęć odkrywania świata, smakowania życia. Przeżywa wiele rozczarowań, ale się nie cofa. To, co z nim dzielę, to m.in. poczucie, że najważniejsza jest sama podróż, a nie osiągnięcie jej celu.


Niespodzianką dla mnie było to, że Pietro Marcello przeniósł akcje „Martina Edena” z USA do Neapolu.
Też byłem zaskoczony, ale to świetna decyzja. Neapol jest miastem szczególnym, tyglem kulturowym. Jest bardzo gościnny i przygarnia wszystkich, którzy są na niego otwarci. Pietro pokazywał nam to miasto, które doskonale zna. Wiele lat tam mieszkał, a urodził się w Casercie. Tak, spędziłem w Neapolu razem z ekipą filmową fantastyczny czas.



Martin Eden mówi w filmie po neapolitańsku. To trudny język?
Ma pani rację, to jest język, nie dialekt, jak uważa wielu. Trudny, ale piękny. Na początku przysparzał mi kłopotów, zwłaszcza gdy trzeba było coś zaimprowizować. Pomagał mi nauczyciel, wiele podpowiadał Pietro, który mówi po neapolitańsku. 

Jak wyglądały próby przed wejściem na plan filmowy?
Najpierw dużo rozmawialiśmy z Pietro, a potem pojechaliśmy do Neapolu i przez półtora miesiąca pracowaliśmy w Teatro Bellini w Neapolu. Mieliśmy do dyspozycji scenę. Było tak, jakbyśmy próbowali przed spektaklem teatralnym. Dla Pietro dialogi są bardzo ważne. Podczas prób poznaliśmy tekst od podszewki, wiedzieliśmy jak brzmią zdania ze scenariusza, poczuliśmy dynamikę scen.

Brakuje panu teatru? Mówi pan teraz z wielkim zapałem o deskach scenicznych.
Teatr to dla mnie pierwsze aktorskie doświadczenie. Studiowałem przez trzy lata w Accademia d’Arte Drammatica w Rzymie. Po studiach przez dwa lata jeździliśmy ze spektaklem dyplomowym, który wyreżyserował nasz profesor Carlo Cecchi.


Ze swoim profesorem spotkał się pan na planie Martina Edena. Jak się wam grało razem?
To było bardzo wzruszające przeżycie, nigdy wcześniej nie spotkaliśmy się na planie filmowym. Choć na co dzień jesteśmy w kontakcie, to jednak zawsze brakowało nam czasu na długie rozmowy. W Neapolu mieliśmy go więcej.

Grywa pan często mocnych, bardzo charakterystycznych bohaterów. Taki jest Martin Eden, taki był Cygan z „Jeeg Robot” czy wielki pieśniarz Fabrizio De André. Przypadek?

Nie wiem, ale coś w tym jest, skoro dostaję propozycje zagrania takich właśnie ról. Dla aktora to wielka radość, bo może pracować ze wszystkimi odcieniami emocji. Poza tym jest w takiej pracy coś z ducha alpinizmu – gdy gram taką postać, czuję się, jakbym zdobywał górę.

Jak mieszka się rzymianinowi w Berlinie? Kilka lat temu przeniósł się pan do stolicy Niemiec.
Lubię Berlin, to wspaniałe miasto, pełne teatrów, kin, sal koncertowych. Wszystko tam chodzi jak w zegarku. Można wypić kawę nie gorszą niż w Rzymie. Tak naprawdę to brakuje mi moich przyjaciół, bywają chwile, że chciałbym wyczarterować samolot i sprowadzić ich natychmiast do Berlina.

Rozmawiała Beata Zatońska

Dystrybutorem filmu jest Aurora Films
Zdjęcia – materiały prasowe