Gran finale

Moje pierwsze spotkanie z prawdziwą włoską piłką nastąpiło na początku lat 90. ubiegłego wieku. Oczywiście jako kibic doskonale znałem włoską piłkę, piłkarzy, kluby, ich osiągnięcia i porażki. Ale znać a rozumieć to zupełnie różne rzeczy.


To był mój pierwszy pobyt w Italii, dokładnie w okolicach Neapolu. W niedzielne popołudnie postanowiliśmy pójść na mszę do miejscowego kościoła, w którym jeden z księży był Polakiem. Przeszliśmy przez opustoszałe miasteczko, co nas zbytnio nie dziwiło, wszak była pora sjesty. Ale drzwi do kościoła były zamknięte. Sprawdziliśmy bardzo dokładnie – czas, który wskazywały nasze zegarki i godzina nabożeństwa podana na tablicy, były identyczne. Tylko te drzwi i brak ludzi. Po chwili w naszym kierunku ruszył szybkim krokiem silnie zbudowany krępy mężczyzna z kijem w ręku. Nie miał na sobie szat liturgicznych, tylko strój w biało-zielone pasy. Powitał nas po polsku i poinformował, że teraz nie będzie żadnej mszy, tylko za jakiś czas nabożeństwo weselne lub żałobne. To był nasz ksiądz. Pierwszy tifoso, którego poznałem osobiście. 

Dowiedzieliśmy się, że miejscowa drużyna piłkarska gra wielkie derby z drużyną z sąsiedniej parafii. Walka o prymat nad okolicą przez najbliższy rok. Tradycja sięgająca kilku wieków wstecz. Wcześniej w turniejach rycerskich, dzisiaj w meczu piłkarskim. Oczywiście poszliśmy na ten mecz. Zobaczyłem całe miasteczko, który wspólnym śpiewem przy akompaniamencie bębnów i piszczałek zachęcał swoją ukochaną drużynę do boju. Większość trzymała transparenty, do których drzewce przyniósł nasz ksiądz. Zawodnicy dawali z siebie wszystko, przecież obserwowani byli przez swoje matki, kochanki i żony, przez sąsiadów, pracodawców i pracowników. Przez swoich. Ta prowincjonalna drużyna dawała im poczucie wspólnoty, bycia razem niezależnie od wyniku. Ale najbardziej chcieli dać radość tym, którzy na nich patrzą i w nich wierzą. Gdyby ksiądz nie zmienił godziny mszy, musiałby zmienić parafię. Jako chrześcijanie wybaczyliby mu, ale nie zapomnieli. On jako tifoso by sobie nie wybaczył.

Squadra Azzurra

To wydarzenie pozwoliło mi zrozumieć, czym jest Squadra Azzurra. Drużyna narodowa w niebieskich barwach, których nie ma na fladze Włoch, ale które są kolorem dynastii sabaudzkiej, dynastii królów Italii po zjednoczeniu. W czasach poprzedzających II wojnę światową, gdy Italia nie była potęgą gospodarczą należącą do grupy najbogatszych państw świata, a jej obywatele masowo uciekali za ocean za chlebem, Azzurri dali swemu narodowi dwukrotnie prymat w piłkarskim świecie. Podobnie w latach 70-80, gdy państwo nie radziło sobie z mafią, zamachami, a rządy upadały tak szybko, że nikt nie zwracał uwagi na ten drobny szczegół, kto jest premierem. To może jedna z głównych przyczyn pozycji futbolu w życiu tego pięknego kraju. Emocji, które wzbudzają derby w Rzymie, Mediolanie, Turynie czy miasteczku pod Neapolem. Nadzieja na radość.

W opinii wszystkich liczących się komentatorów Włosi tworzą drużynę – jak żadna inna ekipa na tych mistrzostwach. Nie ma tam wybitnych osobistości piłkarskich walczących o miano najlepszego (najdroższego) piłkarza na świecie, który myśli głównie o sponsorach. Jest zespół dobrych zawodników, którzy razem stanowią doskonały organizm. Kieruje nimi zbliżający się do czterdziestki kapitan Giorgio Chiellini z lekką już łysiną. Obrońca, więc nie ściga się z innymi na liczbę strzelonych bramek. Dba o to, by ich nie stracić. Zresztą przejął opaskę po bramkarzu, wciąż grającej legendzie Gianluigim Buffonie. Prawie wszyscy członkowie kadry narodowej są Włochami od wielu pokoleń, grają we włoskich klubach, którym potrafią pozostać wiernymi przez całą karierę. Po jej zakończeniu mieszkają wśród swoich. Być może również dzięki temu włoska reprezentacja piłkarska ma obecnie najdłuższą w historii zwycięską passę.

Włosi to jedna z trzech najbardziej utytułowanych drużyn w historii światowej piłki nożnej – cztery mistrzostwa globu, dwa Europy, złoty medal Igrzysk Olimpijskich oraz liczne sukcesy drużyn klubowych. To dlatego polscy piłkarze marzą o występach w Serie A, chociaż część z nich przekonała się, jak tam blisko od miłości do nienawiści. W końcu południowy temperament.

Wielki finał

Na obecnych mistrzostwach od początku urośli do roli faworyta. Na meczu otwarcia na Stadio Olimpico Roma pokazali, że nie tylko potrafią się genialnie bronić (słynne włoskie catenaccio), ale przeprowadzać zabójcze kontrataki czy świetnie układać atak pozycyjny. Oczywiście niepozbawione aktorstwa, symulowania fauli, bólu, kontuzji, gestykulacji, emocji werbalnej. Ale to również część ich włoskiej legendy. Tego też oczekują widzowie.

Teraz ku radości kibiców czeka ich Gran Finale. To naprawdę będzie wielki finał. Po pierwsze, mecz odbędzie się na kultowym obiekcie. Po drugie, z nie lada przeciwnikiem. Z Anglią na Wembley.

Czym jest Wembley? Wszystkim, co oznacza piłka nożna. Nie ma bardziej kultowego miejsca w piłkarskim świecie. 90 tysięcy widzów na trzech poziomach trybun. Piekło czy raj piłkarski? Każdy, kto strzeli bramkę na tym stadionie, pozostaje w historii na zawsze. Żaden blamaż nie zostanie zapomniany. Przeciwnikiem finałowym zaś nacja, która ten sport wymyśliła. Zawsze grająca świetną piłkę, ale tylko z jednym mistrzostwem świata i bez miana najlepszej drużyny na naszym kontynencie. Bardzo czekają na kolejny sukces. W końcu największy (jedyny) odnieśli na starym Wembley. Mają drużynę z młodych zawodników grających na Wyspach. Kluby, które w ostatnich 3 latach zdominowały całkowicie europejską piłkę. I kibiców, którzy krzyczą: „jak nie teraz, to kiedy…” (dalej niecenzuralne). Na tych mistrzostwach równie skuteczni jak Włosi. Grają z całkowitym zaangażowaniem od pierwszej do ostatniej sekundy. Grają obserwowani przez miliony ultrasów w pubach, którzy ani nie zapominają, ani nie wybaczają. Do historii przeszedł pewien zawodnik, którzy grał do końca meczu mimo rozbitej, krwawiącej głowy. Stracił tyle krwi, iż po ostatnim gwizdku sędziego upadł i trafił prosto do szpitala. Krew oddali mu wszyscy pozostali pacjenci.

Ten finał jest na tzw. nowym Wembley, na którym pierwszym rozegranym meczem było spotkanie drużyn Anglii i Włoch. Warto przypomnieć, że pierwszą bramkę strzelił włoski piłkarz Giampaolo Pazzini.

A więc do boju, Rzymianie! Już raz zdobyliście Wyspy. Niech wygra piękna gra.

Marcin Giedrojć - kibic piłkarski, archeolog, wielbiciel Włoch, miłośnik Rzymu