Henry James "Godziny włoskie" – między czytaniem a podróżowaniem


Opowieść o tej książce powinna się zacząć od trzech wyznań prawie miłosnych, trzech porządnych i niemijających zachwytów. 

Pierwszy zachwyt – nad formą książki. Wydawnictwo Próby po raz kolejny dało czytelnikom nie tylko publikację piękną w czytaniu, lecz także piękną w swej fizycznej obecności. Starannie wydana, elegancko zaprojektowana i przygotowana z wyraźną dbałością o szczegóły. To nie jest jednorazówka czytelnicza, to rzecz warta spoczywania przez długi czas na szafce nocnej, przyglądania się jej w niespiesznych chwilach, powracania po wielokroć, by wyjąć z niej dla siebie choć kilka zdań. W czasach literatury supermarketowej seria podróżnicza Wydawnictwa Próby zasługuje na szczególne docenienie. Tym razem niebiesko-żółta okładka, a wraz z nią całe moje ogromne skojarzenie z kulturą śródziemnomorską, z podróżami w stronę słońca i wysokiej kultury. Przyjemna jest też grubość książki (pond 400 stron), obiecująca wiele włoskich wieczorów.

Drugi zachwyt to niespieszna i mądra podróż autora. Dobór miejsc dość oczywisty, ale sposób ich poznawania i kontemplowania już oczywisty nie jest. To przede wszystkim podróż człowieka samodzielnego mentalnie, człowieka o dużej wiedzy i jeszcze większej odwadze odkrywania. Im więcej wiem o Włoszech, tym bardziej cenię samodzielne sądy. Już nie porywają mnie podróże śladami cudzych odkryć, otaczanie się cudzymi wyborami i słowami. Mam dość elokwentnych erudytów, których podróże są prezentacją tych, którzy podróżowali przed nimi. Henry James zna tych, co przed nim, wspomina Ruskina, Goethego czy Murraya, ale patrzy na Włochy własnymi oczami, zwiedza je i poznaje niezależnie od tego, co o nich wcześniej przeczytał. Czasami wchodzi w polemikę, częściej jednak w ogóle nie zawraca sobie głowy odniesieniami i po prostu doświadcza. Zdarza się, że zachwyt miesza się z rozczarowaniem, a do poczucia satysfakcji potrzeba kilku powrotów. Poddaje się urokowi chwili i własnej wyobraźni, by potem stawać w dystansie do samego siebie. Bywa niekonsekwentny, zawsze jednak pozostaje podróżnikiem wiernym sobie. Bawi się konwencją, dyskutuje z wizerunkiem Włoch, ostatecznie zawsze można liczyć na jego doświadczanie i refleksję. Jest mądrym towarzyszem podróży, w którą wybieramy się wraz z jego książką.

Trzeci zachwyt, który towarzyszył mi przez całą lekturę, to poczucie, że ponad sto lat temu ktoś – podobnie jak ja teraz – próbował odpowiedzieć na pytanie, za co tak lubi Włochy. Na pierwszy rzut oka pytanie o małym ciężarze gatunkowym, błahe jak błahe bywają Włochy. Ale to tylko pozór. Miłość do Włoch to wprawdzie uczucie potężne i z zasady nieprzemijające, kryje się za nim jednak potężne splątanie rozmaitych emocji. Każda odpowiedź na pytanie o sympatię czy miłość do Włoch wydaje się banalna i niewystarczająca. Rodzi frustrację. Henry James miał 26 lat, gdy pierwszy raz odwiedził Włochy, potem wracał tam przez wiele lat. Pisząc o Italii, naprawdę wiedział, o czym pisze. A mimo to – a może właśnie dlatego – towarzyszy mu pragnienie znalezienia odpowiedzi, dotknięcia prawdy, dlaczego Włochy budzą emocje, rozkochują w sobie i nie wypuszczają z objęć. Szuka w innych miejscach niż typowi turyści, gromadzi wrażenia i emocje, potem próbuje znaleźć jakieś ogólne formuły, chce schwytać w swojej książce to nieuchwytne coś, co sprawia, że Włochy kocha się miłością wielką i wierną. Można z nich żartować, można z nimi dyskutować, można nawet trochę powybrzydzać, ale i tak się do nich wraca z duszą pełną uwielbienia. James kocha Włochy, choć po męsku unika egzaltacji i uczucie to poddaje raczej dyskretnej analizie niż radosnemu opisowi.

Henry James (1843-1916) to przede wszystkim pisarz, autor wielu znanych powieści, by wymienić choćby „Portret damy” czy „Dom na Placu Waszyngtona”. Nie jest to wyłącznie informacja biograficzna, ową pisarskość bowiem doskonale czuć i widać w „Godzinach włoskich”. Są chwile, gdy autor wyraźnie buduje napięcie, ustawia dekoracje, wprowadza czytelnika na wyższy poziom zaangażowania. Jest nie tylko podróżnikiem, ale też świetnym przewodnikiem po swojej podróży. To się po prostu bardzo dobrze czyta, choć zdecydowanie nie jest to lektura na jeden wieczór. Zresztą szkoda by jej było na krótką chwilę czytania. Trzeba ją w sobie zatrzymać, podzielić na drobne chwile przyjemności, rozgościć się w jego opowieści. Pozachwycać się wraz z nim, a potem wspólnie ponarzekać na turystów i współczesną kulturę przesytu, dopiero po chwili zdając sobie sprawę z tego, że tak aktualne słowa Jamesa mają już ponad sto lat.
Henry James, Godziny włoskie, tłum. Anna Arno, Wydawnictwo Próby, Warszawa 2021.

Magdalena Giedrojć