Michał z Mediolanu. Czy Anioł?

29 września chrześcijanie wspominają najważniejszego z aniołów, Michała Archanioła. Czczą go też wierzący Żydzi i Arabowie. Tego, który pozostał wierny Bogu i jako pierwszy wystąpił przeciwko zbuntowanym aniołom, którzy opowiedzieli się po stronie Szatana. Kiedy więc 29 września 1571 roku w rodzinie Merisi w Mediolanie urodził się chłopiec, musiał otrzymać imię na cześć wielkiego patrona tego dnia.

Co było dalej?

Artyści to nacja szczególna. Trochę narcystyczni, zakochani w sobie, egocentryczni. Żyją w innym stanie świadomości. Świat ich nie rozumie. Inni, bo bardziej wrażliwi. Wybuchowi, rozchwiani emocjonalnie, niedający się zaszufladkować.

Dlatego na pytanie o Caravaggia najłatwiej odpowiedzieć – niczym w szkole – że wielkim artystą był! To prawda, jego wielkość artystyczna nie podlega dyskusji. Czy jednak możemy go oceniać wyłącznie jako artystę, pozostawiając w cieniu cały kontekst? Jakim był człowiekiem? Na to pytanie odpowiedzieć jest znacznie trudniej.

Na szczęście artyści w swej próżności często przemycają w dziełach odrobinę siebie. Pisarze mają do dyspozycji setki stron, miliony znaków, mogą opisać kim są lub kim chcieliby być, co im w duszy gra. A co może malarz? Może umieścić na płótnie wnętrze swojego domu, członków rodziny, okolicę, w której mieszka. Może namalować swój autoportret lub umieścić siebie wśród osób w tle, tworząc zagadkę dla najbardziej wytrwałych.


Jaki był Michelangelo Merisi? Poza tym, że wielkim artystą był? Pochodził z zamożnej, dobrze ustawionej rodziny, pracującej dla rodu Sforzów (tych od królowej Bony). Zaraza odebrała mu ojca, gdy był jeszcze małym chłopcem, ale matkę było stać na wysłanie go do dobrej szkoły malarskiej, gdzie pobierał nauki i szlifował swój talent. Szkoły lombardzkiej, która kładła nacisk na realizm w przenoszeniu świata na płótno. Potem na północy w Wenecji nauczył się, jak ważne jest światło i kolor w obrazie.

Już ukształtowany malarsko, dotarł do stolicy świata, gdzie biło serce nowego okresu w historii sztuki, barwnego baroku. Po początkowym okresie skrajnej – w zgodnej opinii jego biografów – biedy szybko i głęboko, dzięki protekcji rodu Colonna, wszedł w świat Rzymu. Stał się znany i rozpoznawany zarówno w środowisku arystokracji, jak i szemranym, spelunkowym półświatku. Doceniany także finansowo i objęty ochroną możnych tego świata. Trafił pod skrzydła jednego z bardziej wpływowych kardynałów, zamieszkał we wspaniałym Palazzo Madama, w którym dzisiaj włoscy senatorowie decydują o losach swojej ojczyzny.

W archiwach dawnych akt niepoświęconych historii sztuki znajdziemy kilka przydatnych informacji. Z rejestrów „skarbowych” dowiemy się, że otrzymywał bardzo wysokie apanaże za swoje dzieła, ze spisów dzieł – że tych dzieł było niemało. Zaś z akt policyjno-sądowych – jak wydawał zarobione pieniądze. Nie jest to lektura do polecenia młodym czytelnikom, chyba że jako przestroga.

Nigdy nie założył rodziny, nie miał żony i dzieci na utrzymaniu. Nie musiał też wspomagać finansowo rodzeństwa czy rodziców. Jedyny brat był księdzem, rodzice nie żyli. Żył zupełnie sam, własnym życiem na własny rachunek. I był bardzo sam, otoczony kardynałami i prostytutkami – to jeden z wielu paradoksów, które go charakteryzują. Co pisali o nim współcześni: wstrętny i zgniły członek społeczności, antychryst malarstwa z potwornymi umiejętnościami zwodzenia; największy z malarzy Rzymu, geniusz i mistrz pędzla... Nec spe, nec metu – bez nadziei, ale i bez lęku. To motto jego życia. Ale mógł sobie na takie życie pozwolić. Pewny siebie, bezczelny, z ostrym mieczem u boku i ostrym językiem. Jednym i drugim ciął na prawo i lewo, by w chwilach zagrożenia uciec jak pisklę pod skrzydła kwoki. Niebezpieczny awanturnik zawsze ze wsparciem możnych mecenasów, więc najlepiej było trzymać się od niego z daleka. To poczucie bezkarności doprowadziło go, w momencie największego sukcesu jako artysty, do najniższego upadku jako człowieka. Uczyniło zabójcą, którego poszukiwano i za którego głowę wyznaczono nagrodę. Aspołeczny typ patrzący na innych z wyższością, którego nawet ten fakt nie nauczył niczego na dłuższą metę.

To człowiek. A malarz?


Każdy z jego obrazów zasługuje na kilka osobnych tomów opisu. Blog to za mało. Okres jego tworzenia to jedynie 17 lat. Na ten moment szacuje się, że spod jego pędzla wyszło prawie 60 dzieł, średnio 4 rocznie. Nawet jeśli mierzyć je według znormalizowanego układu jednostek miar SI, to dzieła wielkie. Największe to Ścięcie św. Jana z katedry na Malcie, gdzie mistrz zamalował ponad 18 m kw. powierzchni. Największe pod względem artystycznym? Tutaj padnie około 60 odpowiedzi. I bardzo dobrze, bo o gustach się nie dyskutuje. 

Każdy, kto miał przyjemność „dotknąć” własnym okiem dzieł mistrza, zapewne ma swego faworyta. Od miłośników pięknych, młodych półnagich chłopców, po osoby szukające pomocy na swojej drodze rozwoju duchowego czy poszukujące bodźca do zmian. Przedstawiał modelkę w momencie świętego uniesienia, a chwilę potem przeżywał wspólnie z nią uniesienia innego typu w burdelu, z którego przyprowadził ją do swojej pracowni malarskiej. Ukazywał zwykłe życie szulerów karcianych i momenty wewnętrznej przemiany największych świętych. Twarze portretowanych kobiet były znane osobom podziwiającym je w kościołach pod postacią świętych dam z zupełnie innych okoliczności. Ale w każdym z tych dzieł jest coś, co powoduje, wielu czeka na palec wskazujący nasze powołanie czy światło z nieba, które wyrwie nas z cienia.


Jaki obraz mistrza najbardziej współgra z jego własnym życiem?

Michelangelo jest obecny w swoich działach. Nie tylko jak u dawnych mistrzów jako obserwator wydarzeń, ale ich centralna postać. Chyba najbardziej opisuje jego życie ten ukazujący śmierć. Kolejny paradoks.


Caravaggio, tworząc, dążył do perfekcji. Malował ten sam obraz dwa razy, czasem wracał do tematu po latach. Ale jeden motyw pojawił się wyjątkowo trzykrotnie. W tym na ostatnim obrazie, który stworzył. Obrazie będącym specyficzną spowiedzią, rozliczeniem z życia. To Dawid z głową Goliata. Dar dla papieża, załącznik do prośby o darowanie win i ułaskawienie. Goliat, wielki mocarz, powalony przez młodego pasterza, który trzyma w ręku jego wielką, odciętą głowę, ale nie okazuje z tego powodu radości. Nie jest to twarz triumfu, bardziej smutku, że musiał pozbawić życia kogoś wielkiego. Jakby kierował do martwej już głowy pytanie: I po co ci to było? Nie miałem wyjścia, musiałem cię pokonać, dopowiadał. Dawid trzyma głowę Caravaggia. Sprawia wrażenie, jakby miał świadomość, iż jest tylko wykonawcą woli siły wyższej. Jest w nim siła młodości połączona z godnością i przekonaniem, że czyni dobro. Niektórzy badacze twierdzą, że na obrazie mistrz umieścił swoje dwa autoportrety – pełnego wiary młodzieńca oraz świadomego swoich grzechów i zmarnowanego życia dojrzałego człowieka. To ten pełen radości młody Bachus z wczesnych obrazów musiał skrócić i zakończyć męki ziemskie wielkiego mistrza. Jego ucieczkę przez cieniem, który rzucał. Nieważne, jak silnego światła użyjesz i tak cień będzie z tobą zawsze – stara się przekazać mistrz światłocienia na tym obrazie. Nie uciekniesz. Caravaggio nie uciekł przeznaczeniu. Mimo ułaskawienia nie powrócił do Rzymu. Miał świadomość, że pewnie i tak wkrótce wplątałby się w kolejne kłopoty. Miał przecież dopiero 39 lat. Caravaggio musiał odebrać światu Caravaggia.

Czy Archanioł Michał powinien być dumny ze swego imiennika? Na pewno pomógł wielu wrócić na łono Kościoła w czasach kontrreformacji. Głębokie przesłanie metafizyczne podawał odbiorcom w pięknej formie fizycznej. Pamiętajmy, iż są to czasy, do których odnosi się określenie Biblia pauperum. Kiedy umiejętność, a przede wszystkim dostępność świętej księgi dana była jedynie nielicznym, a pozostali ubodzy wierni poznawali ją z obrazów umieszczanych w kościołach. Z roli tej wywiązywał się genialnie. Prości ludzie widzieli na obrazach opowiadających biblijne historie siebie, swoich bliskich. O brudnych stopach, wielkich dłoniach i zmęczonych twarzach w zniszczonych ubraniach. Widzieli realny, zrozumiały, a nie wyidealizowany, obcy świat. Pokazał, że jest to też ich Kościół.
Szkoły malarskiej nie założył, bo chyba nie wytrzymałby z żadnym uczniem. Znalazł wielu naśladowców, dla których był wyrocznią, z Vermeerem i Rembrandtem na czele. Wciąż intryguje i uwodzi. Urzeka i nie zostawia obojętnym. Powoduje, że pytamy siebie o siebie, gdy odchodzimy od płótna. Pozostaje aktualny po czterech wiekach. Przedstawione sceny są wciąż aktualne.

Pomyślmy dzisiaj ciepło o tym chłopcu obierającym owoce, trochę wpatrzonym we własne odbicie… Szkoda, że tak szybko odszedł. Może cudownie odnajdą się kolejne jego dzieła? Takie małe życzenie dla nas.

Buon compleanno, Michelangelo



Marcin Giedrojć - archeolog, wielbiciel Włoch, miłośnik Rzymu, znawca Caravaggia